Stacja CBS pokazała dom dziecka w Bagdadzie. Patrol amerykańskich żołnierzy przez przypadek zajrzał do sierocińca. Żołnierze znaleźli skatowane dzieci, wygłodzone, nagie, brudne, poprzywiązywane kablami do łóżek. Ich opiekunowie w tym czasie jedli obiad w suto zaopatrzonej kuchni.
Przypomniały mi się podobne obrazki z Chin, Korei Północnej i Rosji.
O ile dotąd nie pałałem entuzjazmem dla wojny w Iraku, teraz coś we mnie coś pękło. Zastanawiam się, czy tragedia dzieci jest efektem wojny, czy tak było tam zawsze.
Ale tak czy owak - zawsze, gdy cierpią dzieci, wzbiera we mnie gniew.
Drugie pytanie, jakie mi się narzuciło: jak pomagamy ubogim krajom? Dajemy żywność, ale czy trafia tam gdzie jest potrzebna?
Na razie płaczę z bezsilności. Ile jest takich istnień, bezbronnych, głodzonych, katowanych, z na zawsze poranioną psychiką i ciałem? Gdzie podziała się elementarna wrażliwość ludzi najbardziej powołanych do opieki nad nimi?
Gdzie jesteśmy MY?


Komentarze
Pokaż komentarze (2)