tatarstan - baba z szablą tatarstan - baba z szablą
810
BLOG

Mali cenzorzy

tatarstan - baba z szablą tatarstan - baba z szablą Polityka Obserwuj notkę 21

 


 

 

Po tym, jak pewna firma zażądałą od Jankesa (i pośrednio ode mnie) zdjęcia opisu pobicia dziennikarza przez osobników w koszulkach tejże firmy, postanowiłem poszukać publikacji prasowych na temat tejże firmy.

Robię to po to, by każdy internauta zaglądający na mój azjatycki blog mógł sobie wyrobić własne zdanie na temat tych panów. Pozostawiam je bez komenatarza. Komentarz wyróbcie sobie Waćpaństwo sami.

 

Jak się robi interesy w Afryce

King Konga (link)

[podpis] MARCIN RYBAK, FILIP MECNER; WOJCIECH JAGIELSKI
Gazeta Wyborcza nr 179, wydanie waw z dnia 02/08/2001 GOSPODARKA, str. 16

KGHM Polska Miedź straciła koncesję na wydobycie rudy miedzi w Kongu. Do jej odzyskania wynajęła za 1,5 mln dol. niewielką firmę z Warszawy - King & King. Ich wspólnym wysłannikiem do Kinszasy jest były dyplomata, który wcześniej w imieniu polskiego rządu podpisywał kontrakty z właścicielami King & King

KGHM to jedna z największych polskich spółek giełdowych z ponad 44-proc. udziałem skarbu państwa. Firmą, która miała dla Polskiej Miedzi odzyskać kongijską koncesję, jest King & King. To niewielka spółka, wynajmuje biura tylko na godziny. Czym się zajmuje, dokładnie nie wiadomo, bo zarząd nie składa w sądzie wymaganych przez prawo rocznych sprawozdań. Wspólnikami King & King są Ryszard Żmuda i Paweł Solski, prezes i członek zarządu Polskiej Izby Broni Lotnictwa i Przemysłów Strategicznych.

Ich firma zawarła kontrakt z KGHM w lipcu ub.r. Według naszych informatorów konkurencyjną ofertę załatwienia problemów spółki w Kongu złożył również znany angielski bank. Polska Miedź jednak z niej nie skorzystała.

Prezesa KGHM Mariana Krzemińskiego z King & King skontaktował Mirosław Kasza, bliski współpracownik Mariana Krzaklewskiego odpowiedzialny w Komisji Krajowej "Solidarności" za finanse. Kasza nam to potwierdził.

Działacz "Solidarności" do niedawna reprezentował skarb państwa w radzie nadzorczej gdańskiego Petrobalticu, który wydobywa ropę naftową na Bałtyku. Petrobaltic również współpracował z King & King - budował z nią konsorcjum, które miało eksploatować w Kongu złoża ropy. Z konsorcjum nic nie wyszło, bo nie zgodził się na to minister skarbu.

Jednak King & King zdobyła w ub.r. koncesję na eksploatację złóż ropy w Kongu. Pomogło jej poparcie Ambasady Polski w Kinszasie. Wówczas pracował tam jeszcze Marian Piaszczyński, który w 1999 r. w imieniu rządu RP podpisał z władzami Konga oraz Solskim i Żmudą jako przedstawicielami Izby Broni umowę na wydobycie i dostawę do Polski asfaltu. O działalności Piaszczyńskiego dopiero po czasie dowiedział się jego bezpośredni przełożony z ambasady. Kiedy zawiadomił o wszystkim kierownictwo MSZ, usłyszał, że "ma się nie wtrącać".

Po zdobyciu w ub.r. przez King & King koncesji na ropę Piaszczyński odszedł z MSZ. Dziś jest przedstawicielem tej spółki w Kinszasie. Załatwia dla KGHM odzyskanie utraconej koncesji na wydobycie rud miedzi.

Piaszczyński ma jednak trudności. Namówiony do współpracy z King & King miejscowy biznesmen Paulin Robert Kuwa w maju br. oskarżył Polaków w liście do najwyższych władz Konga o oszustwa i wyłudzanie pieniędzy, m.in. od KGHM. Wkrótce po doniesieniu Kuwy Piaszczyńskiego zatrzymały kongijskie służby imigracyjne. Wypuściły go dopiero po kilku dniach. - Musimy teraz wszystko wyjaśniać i odkręcać - martwi się jeden z polskich dyplomatów w Kongu.

Oto opowieść o tym, jak robi się interesy w Kongu.
1996: rozkręcanie interesu

KGHM, King & King i Piaszczyński zawitali do Konga mniej więcej w tym samym czasie.

Polska Miedź zdecydowała się na inwestycję w Kongu, bo zasoby miedzi w okolicach Lubina wystarczą na mniej więcej 10 lat. Złoża w Kimpe wystarczyłyby na kilkadziesiąt. Negocjacje z władzami afrykańskiego państwa rozpoczęto na początku 1996 r. W marcu do Kinszasy przyjechała polska delegacja - przedstawiciele KGHM i Ministerstwa Współpracy Gospodarczej z Zagranicą. Spotkali się z przedstawicielami rządu dyktatora Mobutu Sese Seko. Dotarliśmy do "pilnej notatki" wiceministra Macieja Leśnego z tej wizyty. "W trakcie spot-kania delegacja polska przedstawiła sytuację gospodarczą w kraju, a także cele polityczne i gospodarcze, jakie Polska ma zamiar osiągnąć. Przedstawiono możliwe obszary współpracy: energetyka i górnictwo, przemysł chemiczny, samochodowy (...) W trakcie rozmów, również poza protokołem, poruszono sprawę wyrobów >>S<< (duże zainteresowanie)". Wyroby "S" to po prostu broń.

Kilka miesięcy po spotkaniu w Kinszasie - w maju 1996 r. - w Warszawie powstaje mała firma King & King. Założyli ją Ryszard Żmuda i Paweł Solski. Jej kapitał zakładowy wynosił na początku 5 tys. zł. Profil działalności - od handlu do gastronomii.

W sierpniu w Ambasadzie Polski w Kinszasie rozpoczyna pracę Marian Piaszczyński, wcześniej m.in. wicekonsul (1986-88) i zastępca attache handlowego w Paryżu (1989-91), pracownik firmy handlu zagranicznego Polservice i producenta przetworów Hortex.

Jednak zanim zeszły się drogi lubińskiego kombinatu, King & King i Piaszczyńskiego, wiele się jeszcze wydarzyło.
1997: pierwsze wątpliwości

Najpierw - w styczniu 1997 r. - KGHM podpisała kontrakt na wydobycie i przerób rud miedzi w Kongu.

Kontrakt z rządem Mobutu Sese Seko zawarł zarząd KGHM kierowany przez Stanisława Siewierskiego i kojarzony z SLD.

W maju w wyniku wojny domowej władzę w Kongu przejął Laurent Kabila. We wrześniowych wyborach parlamentarnych w Polsce wygrała AWS. Zmienił się też zarząd lubińskiego kombinatu i podejście do inwestycji w Afryce.

Nowy, kojarzony z AWS, zarząd KGHM kierowany przez Mariana Krzemińskiego złożył w prokuraturze doniesienie o popełnieniu przestępstwa. Jego zdaniem na kontrakcie z Kongiem spółka straciła 32 mln dol. Były zarząd KGHM również zawiadomił prokuraturę o przestępstwie. Miało ono polegać na zaniechaniu inwestycji w Kongu przez nowy zarząd.

Obie sprawy trafiły do Prokuratury Okręgowej w Katowicach. Śledztwo ciągnie się do dziś. - Właśnie przygotowywana jest opinia biegłych z ekonomii i geologii - mówi Leszek Goławski, rzecznik katowickiej prokuratury.

W 1997 r. spółka King & King miała blisko 45 tys. obrotu i 605 zł straty. Co dokładnie robiła, nie wiemy, bo zarząd nie składał w sądzie sprawozdań. King & King nie ma biura na stałe. Na 11. piętrze wieżowca przy ul. Emilii Plater w Warszawie wraz z kilkunastoma innymi spółkami wynajmuje biura w firmie Regus. - Wynajmujemy pomieszczenia na godziny, na dni, na miesiące. Firmie King & King też - wyjaśnia sekretarka. Wielokrotnie próbowaliśmy za jej pośrednictwem, a także na wiele innych sposobów skontaktować się z udziałowcami King & King Ryszardem Żmudą i Pawłem Solskim. Bez skutku.

Udało nam się jednak ustalić, że w 1997 r. działająca od sześciu lat Ogólnopolska Izba Przemysłowo-Handlowa Inwestorów Prywatnych zmieniła nazwę na Polską Izbę Broni Lotnictwa i Przemysłów Strategicznych. Jej prezesem został Ryszard Żmuda. Paweł Solski zasiada w zarządzie.

Zapytaliśmy o tę Izbę w znanych polskich fabrykach zbrojeniowych. - Nie znamy - odpowiedzieli w radomskim Łuczniku i mieleckiej WSK PZL. Doradca prezesa Cenzinu, firmy specjalizującej się w eksporcie broni, przyznaje, że słyszał o Izbie, ale tylko tyle, że istnieje.

Udało nam się dotrzeć do wiceprezesa Izby Broni Andrzeja Ostrowskiego. Jest właścicielem firmy, która ma koncesję na obrót bronią z zagranicą. Czym zajmuje się Izba? - Podam przykład - mówi Ostrowski. - To dzięki Izbie i mojemu osobistemu zaangażowaniu prawie na ukończeniu jest prototyp polskiego granatnika. Pomogliśmy uzyskać dotację na jego produkcję z Komitetu Badań Naukowych.

- Jaki związek z bronią ma firma King & King? - zapytaliśmy Ostrowskiego.

- Nie wiem, czy zajmują się handlem bronią - odpowiedział. - Być może mają jakiś związek z "przemysłami strategicznymi", choćby z ropą naftową.
1998-99: bierzemy, co się da

W 1998 r. obroty King & King spadły do 30 tys. zł, a strata wzrosła do 12,5 tys. Przełom nastąpił w 1999 r. - obroty osiągnęły prawie 1,4 mln zł, firma straciła 11,3 tys. zł. Co się wydarzyło? Mniej więcej w tym okresie King & King zaczyna robić interesy w Kongu.

Jan Słowiński, w latach 1997-99 charge d'affaires ambasady w Kongu, dobrze pamięta, jak poznał szefostwo King & King. - Przedstawił mi ich Piaszczyński. Mówili, że są zainteresowani współpracą z Kongiem. Kiedy zapytałem, jaka branża ich interesuje, odpowiedzieli: "Jaka się da".

W styczniu 1999 r. rząd RP i Konga oraz Solski i Żmuda w imieniu swojej Izby Broni podpisali umowę na wydobycie i dostawę asfaltu do Polski. W imieniu polskiego rządu podpisał się Marian Piaszczyński. Jan Słowiński: - Właśnie wróciłem z urlopu w Warszawie. Wezwał mnie do siebie urzędnik kongijskiego MSZ. Zapytał, czy rząd polski bierze na siebie obowiązki wynikające z tej umowy. Byłem zaskoczony. Nic o niej nie wiedziałem. Natychmiast poinformowałem o wszystkim Jacka Chodorowicza, dyrektora departamentu Afryki w naszym ministerstwie. Powiedział mi, że "mam się nie wtrącać w to, co robi Piaszczyński".

W MSZ nie udało nam się dowiedzieć, jaką misję wykonywał Marian Piaszczyński w tajemnicy przed swoim bezpośrednim przełożonym. - To nie jest pytanie do naszego resortu - odpowiedział rzecznik Grzegorz Dziemidowicz.

- Przecież dotyczy dyrektora departamentu w MSZ? - zdziwiliśmy się.

- Taka jest ocena resortu i już - uciął rzecznik.

Próbowaliśmy więc dowiedzieć się od rzecznika, o jaki resort chodzi i w jakim celu zatrudniono Piaszczyńskiego w ambasadzie w Kinszasie? - Nie wiem - odpowiedział Grzegorz Dziemidowicz. - Czasami zatrudniamy na kontraktach na czas określony ludzi z różnych resortów.

- A może pan Piaszczyński reprezentował resort ministra Pałubickiego [służby specjalne - red.]?

- Nie wiem, a nawet gdybym wiedział, to i tak bym nie powiedział - usłyszeliśmy od rzecznika MSZ.
2000: znajomy pomoże

Zarząd King & King nie złożył jeszcze do sądu bilansu za rok 2000, nie wiemy więc, jakie miał obroty. Z rejestru wynika jedynie, że spółka podwyższyła kapitał zakładowy do 50 tys. zł. Przypuszczamy jednak, że właśnie w ub. r. firma rozwinęła skrzydła.

Marian Piaszczyński bowiem w imieniu polskiej ambasady polecił firmę Solskiego i Żmudę władzom Konga jako partnera, który może podołać dużo większym kontraktom niż wydobycie asfaltu, m.in. wydobyciu ropy naftowej. Powiedział nam to Isidore Mavambu Matumona, charge d'affaires Demokratycznej Republiki Konga w Warszawie. - Mieliśmy wątpliwości, czy uda im się udźwignąć taką inwestycję jak wydobycie ropy, ale nasz rząd dostał pismo z firmy Petrobaltic z informacją, że King & King reprezentuje ich interesy w Kongu. To spowodowało, że władze zaufały tej firmie - wyjaśnia Matumona.

Petrobaltic ma platformę wydobywczą na Morzu Bałtyckim. - Rzeczywiście, rozmawialiśmy z King & King o eksplo-atacji ropy w Kongu - potwierdza Jan Kurek, prezes Petrobalticu. - Miała powstać spółka Orlenu, Polskiego Górnictwa Naftowego i Gazownictwa, Petrobalticu i King & King. Nic z tego nie wyszło, bo na jej utworzenie nie zgodził się minister skarbu.

Jeszcze w czasie trwania rozmów o inwestycji w kongijską naftę z King & King nawiązała kontakt KGHM. Właściwie to te dwie firmy skontaktował Mirosław Kasza, członek prezydium Komisji Krajowej NSZZ "Solidarność" odpowiedzialny tam za finanse. Kasza reprezentował do niedawna skarb państwa w radzie nadzorczej Petrobalticu.

- Poznałem prezesa Krzemińskiego podczas spotkania w jednym z ministerstw. Prezes opowiedział mi o proble-mach KGHM w Kongu. I ja wtedy przypomniałem sobie o King & King - opowiada Mirosław Kasza.

O jakie problemy chodzi? Chociaż prezes Marian Krzemiński zapewniał, że aby zminimalizować straty, inwestycja w Kongu nie zostanie zaniechana, to nagle okazało się, że lubińska spółka straciła koncesję kongijskiego rządu. Było to na początku 2000 r. Jak twierdzi Katarzyna Muszkat, była wiceprezes kombinatu, zarząd KGHM po prostu przestał wnosić opłaty koncesyjne. Henryk Jaśkowski, obecny wiceprezes spółki i jedyny, który chciał z nami rozmawiać, twierdzi, że było "chyba trochę inaczej", ale szczegółów nie chciał podać.

W każdym razie w lipcu 2000 r. KGHM i King & King podpisały umowę. Mamy jej kopię. Warszawska spółka zobowiązała się do wspierania i uporządkowania interesów KGHM w Kongu - w tym do uzyskania nowej koncesji na wydobycie miedzi. Spółkę z Lubina kontrakt miał kosztować 1,5 mln dol.

Udało nam się ustalić, że oprócz King & King ofertę pomocy w rozwiązaniu problemów KGHM w Kongu złożył duży angielski bank inwestycyjny działający tam od kilkudziesięciu lat i znający się na sprawach związanych z eksplo-atacją surowców. Zarząd KGHM nie skorzystał jednak z tej oferty. Dlaczego? Tego nie udało nam się wyjaśnić. - My też pytaliśmy zarząd o King & King. Chcieliśmy wiedzieć, co ta firma zrobiła dla spółki - przyznaje Stanisław Chomątowski, prezes rady nadzorczej KGHM. - Uzyskaliśmy odpowiedź, ale nie powiem jaką. Niektórzy członkowie rady nadzorczej nie byli z niej zadowoleni - mówi Chomątowski.

We wrześniu 2000 r. King & King - mimo że konsorcjum tuzów polskiego przemysłu naftowego nie powstało - udało się zdobyć koncesję na wydobycie ropy w Kongu. W tym samym miesiącu Marian Piaszczyński kończy misję w ambasadzie w Kinszasie. Zostaje jednak w Kongu, już jako przedstawiciel King & King.

Jak MSZ ocenia to, że dyplomata najpierw współpracuje z firmą, a później zostaje w niej zatrudniony? - Tego rodzaju praktyka nie wymaga chyba komentarza - ucina Grzegorz Dziemidowicz, rzecznik resortu.
2001: Kuwa robi problemy

To właśnie Piaszczyński ma wykonać umowę firmy z KGHM i odzyskać utraconą koncesję na kongijską miedź. Może mieć jednak z tym duży kłopot. A wszystko przez oskarżenia Paulina Roberta Kuwy.

Kuwa prowadzi w Kinszasie firmę Kongo Bitume zajmującą się wydobyciem i przetwarzaniem asfaltu. To właśnie Kuwa - jak sam twierdzi - pośredniczył w zdobyciu koncesji i dekretu prezydenta Konga dla King & King na wydobywanie ropy. I to on miał załatwić przywrócenie koncesji dla KGHM. Do współpracy z warszawską spółką miał go namówić jeszcze w 1999 r. sam Piaszczyński. W zamian za pomoc Kuwy Żmuda i Solski mieli sponsorować jego firmę. Kłopot w tym, że nie sponsorowali. Wszystko to wiemy z doniesienia na King & King, jakie Kuwa 21 maja br. złożył najwyższym władzom Konga. Kilka dni później Marian Piaszczyński został zatrzymany przez kongijskie służby imigracyjne.

Co takiego napisał jeszcze Kuwa? Afrykański biznesmen zarzucił Żmudzie i Solskiemu, że "na podstawie koncesji na wydobycie ropy otrzymali w jednym z zachodnich banków 250 mln dol. kredytu, ale ani dolara nie zainwestowali w Kongu". Kuwa pisze też, że "posługując się dokumentami, uzyskali od KGHM 850 tys. zł, jeszcze zanim rozpoczęliśmy rozmowy o koncesji". Nie wiadomo, o jakie dokumenty chodzi. KGHM nie chciała w żaden sposób komentować swojej współpracy z King & King.

- Musimy to teraz wszystko wyjaśniać i odkręcać. Sprawa jest delikatna - mówi jeden z polskich dyplomatów w Kongu.

Zatrzymany przez kongijskie władze Marian Piaszczyński został zwolniony po czterech dniach. Udało nam się do niego dodzwonić. Nie chciał zbyt wiele powiedzieć o firmie King & King.

- Koncesje od rządu Konga to dla nas duży sukces - stwierdził lakonicznie.

- W jaki sposób przeszedł pan z dyplomacji do prywatnej firmy?

- Skończył mi się kontrakt i tak postanowiłem. A tak poza tym, ta rozmowa schodzi na niezbyt przyjemne tory, więc życzę miłego dnia - uciął i rozłączył się.

MARCIN RYBAK, FILIP MECNER
Handel bronią
na czarnym lądzie

Robienie interesów w większości afrykańskich państw przypomina wizytę w kasynie. Przedsiębiorcy ryzykują, bo wielu afrykańskich przywódców traktuje swoje kraje jak prywatne folwarki, bez ceregieli łamią obietnice i umowy. Liczy się tylko, kto da więcej. Pieniądze potrzebne są na broń. Broń - by utrzymać się u władzy.

Karabinów Afryce dostarczają wszyscy. Żeby zarobić - ale także żeby zaskarbić sobie wdzięczność reżimów, która zwykle przekłada się na polityczne lenno lub górnicze koncesje - w czasie granicznej wojny etiopsko-erytrejskiej Rosja i Ukraina sprzedawały broń i wysyłały instruktorów zarówno do Addis Abeby, jak i do Asmery. Przed kilkoma dniami prezydent Gwinei Lansana Conte wyprosił na Kremlu dostawy broni, obiecując koncesje na wydobycie boksytu.

Tylko nieliczne afrykańskie reżimy zostały obłożone międzynarodowymi sankcjami i embargiem na dostawy broni. Ale i do nich broń dostarczają prywatni handlarze wywodzący się często z b. ZSRR. Rosja, Ukraina, Kazachstan, Uzbekistan oraz Bułgaria są dziś największymi dostawcami karabinów, min i czołgów dla Afryki. Inni czynią to dyskretniej, a przede wszystkim unikają krajów aż tak wielkiego ryzyka jak Kongo, Sierra Leone czy Sudan.

Oczywiście to niemoralne wyciągać pieniądze od biednej Afryki na broń. Wszyscy się z tym zgadzają. I wszyscy ją Afrykanom sprzedają.

WOJCIECH JAGIELSKI

[podpis pod fot./rys.]

Gdzie leży Kongo
[autor fot./rys] STUDIO GAZETA
GW

 

 

Firma King&King szukała dojścia do PiS i PO?

Krótki romans z "Gazetą Polską" (link)

[podpis] MARCIN RYBAK, PIOT
Gazeta Wyborcza nr 234, wydanie waw z dnia 07/10/2005 KRAJ, str. 8

Firma King&King w kwietniu przejęła udziały w spółce wydającej "Gazetę Polską". Miało być wspaniale. Ale teraz zarząd spółki oskarżył tę firmę o powiązania z polskimi i zagranicznymi służbami specjalnymi

Warszawska firma Ryszarda Żmudy (niedoszłego lekarza) i Pawła Solskiego (reżysera) kupiła 20 proc. udziałów w spółce Niezależne Wydawnictwo Polskie, wydawcy ledwie zipiącego tygodnika. Do końca roku miała przejąć kolejne 20 proc. łącznie za milion złotych.

Ale w ostatnich dniach zarząd wydawnictwa uznał umowę z King&King za nieważną. W środę Żmuda i Solski nie zostali wpuszczeni na zebranie udziałowców Nowego Wydawnictwa Polskiego. Wezwali policję, a w końcu sami pojechali na komendę zawiadomić o popełnieniu przestępstwa. Twierdzą, że zostali oszukani, a zarząd działa na szkodę spółki.

Tymczasem w specjalnym oświadczeniu władze Wydawnictwa stwierdzają, że King&King próbowała dokonać wrogiego przejęcia tygodnika, wprowadziła wydawnictwo w błąd, nie informując o swoich związkach ze służbami specjalnymi, a także wbrew ustaleniom umowy wpływała na treść i linię programową pisma.

Żmuda i Solski zaprzeczają jakimkolwiek związkom ze służbami specjalnymi.

Natomiast Tomasz Sakiewicz, redaktor naczelny "Gazety Polskiej", mówi tak: - Dowody przedstawimy w sądzie. O powiązaniach panów ze specsłużbami wiemy od byłych ministrów z rządu Buzka.

Kilka miesięcy temu Sakiewicz, też powołując się na ludzi z otoczenia Buzka, dowodził, że King&King jest wiarygodna. Było to wtedy, gdy usuwał z "Gazety Polskiej" naczelnego Piotra Wierzbickiego i jego zastępczynię Elżbiete Isakiewicz.

- Inwestycja King&King w naszą spółkę to była próba destrukcji prawicy - twierdzi dziś Sakiewicz. Sugeruje, że nowi inwestorzy próbowali załatwiać za pomocą gazety swoje interesy. - Prosili Piotra Wierzbickiego o pomoc w skontaktowaniu ich z politykami prawicy.

Kilka miesięcy temu z inicjatywy Żmudy i Solskiego doszło w redakcji do spotkania z Janem Rokitą (PO), Kazimierzem Ujazdowskim i Jarosławem Kaczyńskim (PiS). Miało być poświęcone polityce zagranicznej i stosunkom z USA. Zamieniło się w spotkanie ze Żmudą i Solskim.

- Cala nasza trójka była tym zaskoczona i zniesmaczona - mówi Ujazdowski. - Szybko wyszliśmy. To, co oni opowiadali, to było pomieszanie z poplątaniem.

Piotr Wierzbicki: - Opowiadali o swojej biznesowej karierze, reklamowali amerykańską firmę prawniczą zajmującą się lobbingiem, proponowali nawet organizację wizyty w USA kandydata na prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

Firma King&King jest najbardziej znana ze swojej inwestycji w Kongu. Pięć lat temu uzyskała od tamtejszych władz koncesję na wydobycie ropy naftowej. W Kongu pomagał jej polski dyplomata Marian Piaszczyński, do 1989 r. oficer wywiadu PRL, dziś pracownik King&King. Od pięciu lat spółka szuka partnera, który pomógłby jej sfinansować eksploatację kongijskiej ropy.

MARCIN RYBAK, PIOT

GW

 

Przejąć „Gazetę Polską" (link)

Józef Darski
W „Gazecie Polskiej" nałożyły się na siebie dwa konflikty: między kierownictwem redakcji a zespołem dziennikarskim, który nie chciał stać się tubą „Agory", i między nowymi udziałowcami dążącymi do przejęcia redakcji celem zinfiltrowania prawicy i realizacji własnych planów politycznych oraz większością zespołu redakcyjnego, która z poparciem starych udziałowców właśnie wyszła zwycięsko z konfrontacji z wielbicielami „Wybiórczej". Poniżej przedstawię przebieg obu konfliktów i aktualną sytuację redakcji GP tak, aby Czytelnicy mogli sami wyrobić sobie zdanie na ten temat, od nich bowiem zależy, czy przetrwamy jako redakcja.

Od „Traktatu o gnidach" do „Agory"

Zasługi red. Piotra Wierzbickiego, najpierw jako twórcy „Nowego świata" - jedynej przeciwwagi dla postkomunistycznej propagandy „Wyborczej", a później „Gazety Polskiej" - jedynego wolnego słowa w III RP, są niezaprzeczalne. Myślę, że ludzi należy zapamiętywać w ich najlepszym okresie. Dlatego red. Wierzbicki na zawsze pozostanie dla mnie genialnym autorem „Traktatu o gnidach", który wywarł na mnie ogromne wrażenie, umocnił moją postawę polityczną i zdecydował o wyborze bezkompromisowego zachowania w całym późniejszym życiu. Dlatego podjęcie współpracy z GP w 1998 r., po powrocie z 14letniej emigracji we Francji, uważałem za swego rodzaju nobilitację.

Gdy dziś zastanawiam się nad punktem zwrotnym w historii GP, sądzę, że była nim dyskusja nad lustracją dziennikarzy, do której doszło około 2000 r. Red. Wierzbicki stwierdził wówczas, że jest jej przeciwnikiem, ponieważ ucierpieć mógłby nie funkcjonariusz zmuszający lub namawiający do współpracy, ale ktoś, kto popełnił błąd, krótko współpracował z SB i wywinął się z tego, a później już zajmował słuszną pozycję oraz miał wiele zasług. Towarzyszyły temu zastanawiające zaczarowania; red. Wierzbicki popadał w miłość - a to do prof. Geremka, a to do Cimoszewicza, lecz najbardziej złowieszczym dla nas był pogłębiający się od kilku lat napad michnikofilii, który zaprzeczał 16 latom działalności publicystycznej twórcy „Nowego świata" i „Gazety Polskiej". Ostatnią decyzją Wierzbickiego był powrót do GP Jacka Hofmana, uznanego za kłamcę lustracyjnego. Dziwne zmiany jedni interpretowali jako wynik zmęczenia red. Wierzbickiego życiem na marginesie, bez uznania, przemilczaniem i bojkotem ze strony Salonu, ja natomiast przypisywałem rosnącej pozycji Kontrolera.

Rolę kontrolera red. Wierzbickiego, lansowanej linii politycznej, publikowanych autorów i cerbera cenzury wewnętrznej, która niepostrzeżenie pojawiła się w GP, odgrywała Elżbieta Isakiewicz. Jej działalność odbywała się w dwu płaszczyznach: ludzkiej i politycznej. Tę pierwszą można by nazwać zafascynowaniem Torquemadą; konsekwencje ponosili wszyscy członkowie redakcji, a przede wszystkim Jacek Kwieciński, mój przyjaciel jeszcze z czasów współpracy w podziemiu. Najprostszym sposobem było unikanie redakcji, ale nie wszyscy mogli uciec.

Ewolucja postawy politycznej Elżbiety Isakiewicz przebiegała meandrami od „ITD" Kwaśniewskiego do „Nowego świata" Wierzbickiego, od hurraradykalizmu do popierania Mumii Wolności po roku 2001.

W miarę upływu czasu Piotr Wierzbicki był coraz bardziej zmęczony i wiosną br. postanowił wycofać się z redakcji na emeryturę przekazując swoje stanowisko redaktora naczelnego Elżbiecie Isakiewicz. Zamiar ten spowodował przerażenie zespołu; trudno mi nawet powiedzieć, czy ważniejszy był motyw polityczny - bunt przeciwko roli tuby „Wyborczej", czy ludzki - dość redakcyjnej inkwizycji.

W tym momencie Zarząd Niezależnego Wydawnictwa Polskiego, właściciela „Gazety Polskiej", składał się z trzech osób: Piotra Wierzbickiego, Elżbiety Isakiewicz i Tomasza Sakiewicza, jednocześnie szefa działu krajowego. W sposób naturalny na drodze do objęcia przez miłośniczkę Mumii Wolności stanowiska redaktora naczelnego stał Tomasz Sakiewicz, należało więc go usunąć. W tym momencie Elżbieta Isakiewicz zaczęła podkreślać brak kompetencji Sakiewicza, co należało rozumieć, że sama wszelkie kompetencje oczywiście posiada. Piotr Wierzbicki zaproponował Sakiewiczowi stanowisko komentatora za ustąpienie z szefa działu krajowego, co pozwoliłoby Torquemadzie w spódnicy rządzić niepodzielnie redakcją.

Takie było tło konfliktu zespołu redakcyjnego z kierownictwem, który zakończył się odwołaniem 9 czerwca przez Walne Zgromadzenie Udziałowców Piotra Wierzbickiego i Elżbiety Isakiewicz z Zarządu. Na ich miejsce weszli: Janusz Miernicki, reprezentujący tzw. starych udziałowców i Włodzimierz Kuligowski, kandydat nowego udziałowca, firmy King & King. Jednocześnie starzy udziałowcy nie zgodzili się na dymisję Sakiewicza z Zarządu, który mianował go p. o. redaktora naczelnego.

Jak pozyskać pieniądze III RP?

Ryszard Żmuda pochodzi z podłódzkich Brzezin, pierwotnie nosił nazwisko Grobelny, w latach 80. miał studiować medycynę.

Paweł Solski po ukończeniu PWST w Warszawie zaczynał jako reżyser filmów krótkometrażowych dla TV Katowice (1984), a następnie jako scenarzysta i reżyser filmów science fiction: „MR Tański" (1987) i „Król komputerów" (1988) oraz autor opowiadań fantastycznych: „Marcepanowy tancerz" (1988), „Ujawnienie" (1996), „Chude kołeczki" (1999) drukowanych w „Nowej Fantastyce".

W 1990 r. podczas wyborów prezydenckich pojawił się w KPN. Zaoferował darmową realizację telewizyjnej kampanii prezydenckiej. - Kampania była makabryczna - wspomina Krzysztof Król, wówczas prawa ręka szefa KPN Leszka Moczulskiego. Po krótkim czasie Solski został wyrzucony z KPN za skrajną nielojalność - twierdzi Król.

W 1993 r. Solski pojawił się na liście wyborczej BBWR firmowanej przez Lecha Wałęsę, ale nagle przed samymi wyborami zrezygnował z kandydowania.

W 1994 r., po rozłamie w Ruchu dla Rzeczypospolitej na zwolenników Romualda Szeremietiewa i Jana Olszewskiego, Żmuda i Solski zainteresowali się pierwszą grupą, ale nie zyskali zaufania i nie udało im się infiltrować organizacji. Niedługo potem przeszli do biznesu. W 1996 r. Ryszard Żmuda założył wraz z dwoma wspólnikami, którzy się później wycofali, firmę Trust Express. W 1997 r., kiedy na scenie politycznej rósł w siłę AWS, Paweł Solski wykupił w Trust Express udziały i wtedy zmieniono jej nazwę na King & King. Firma przez trzy lata istnienia miała niewielkie obroty i przynosiła straty. Żmuda i Solski postanowili zrobić majątek w Kongo (dawny Zair), co musiało łączyć się z tym, że 16 maja 1997 r. oddziały zbrojne opozycji zajęły Kinszasę obalając prezydenta Mobutu. Wiele wskazuje na to, że Żmuda i Solski należą do tej grupy dziwnych postaci ze świata kultury, jak muzycy Bagsik i Gąsiorowski, czy muzycy z Odessy, Grzegorz Jankielewicz i Sławomir Smołokowski, którzy nagle zasłynęli jako ludzie businessu, co - jak wiemy - nie mogło by mieć miejsca bez potężnych sponsorów i powiązań pozostających w cieniu. Reżyser filmowy i niedoszły lekarz zostali więc specjalistami od pól naftowych, wydobycia kobaltu i handlu bronią, co nigdzie na świecie nie jest możliwe bez powiązania ze służbami. Ta cudowna przemiana musiała nastąpić przed 1997 r. Okresem kluczowym wymagającym zbadania są zatem lata 19941997; w końcówce prezydentury Lecha Wałęsy pojawiają się powiązania z Mieczysławem Wachowskim i UOP, które już po uruchomieniu awantury kongijskiej zastępują jakieś związki z Wojskową Służbą Informacyjną. Sam Ryszard Żmuda przyznał się w rozmowie z Sakiewiczem do kontaktów z ambasadą rosyjską i Rosjanami na terenie Konga.

Zanim w lipcu 1999 r. zakończyła się wojna domowa w Kongo, plany żmudy i Solskiego zaczęły się realizować; w marcu Żmuda reprezentujący Polską Izbę Broni, Lotnictwa i Przemysłów Strategicznych podpisał list intencyjny z Kongo Bitume Paulina Roberta Kuwy w sprawie koncesji naftowej; podpis złożył też Marian Piaszczyński, jako sekretarz Ambasady RP, również prywatnie zainteresowany tym businessem. Zgodnie z zapisem w Krajowym Rejestrze Sądowym w tym okresie King & King otrzymała od anonimowego kredytodawcy 14,5 mln zł pożyczki, która - jak można sądzić - umożliwiłam działanie na terenie Konga.

Dyrektorem ds. Afryki firmy King & King został wspomniany już Marian Piaszczyński z Kinszasy, według „Nie", rezydent UOP, II, następnie I sekretarz ambasady w Kongo (19962000), zaś zastępcą Piaszczyńskiego - Kuwa, na czym skończyło się rozdawanie fikcyjnych stanowisk o megalomańskich nazwach. Promotorem Piaszczyńskiego był Jacek Chodorowicz (ur. 1964), absolwent Historii Uniwersytetu Warszawskiego, w 1992 r. przyjęty do MSZ, gdzie wkrótce został kierownikiem sekcji Afryki subsaharyjskiej (19931995), sekretarzem ambasady RP w Zimbabwe (19951999) i dyrektorem Departamentu Afryki i Bliskiego Wschodu (19992001), a od października 2001 r. ambasador RP w Syrii.

15 kwietnia 2000 r. firma King & King otrzymała koncesję od prezydenta Konga Laurenta Kabili na pola naftowe ZERE o powierzchni 4080 km2 w prowincji Bas Kongo na granicy z Angolą. Rzecz jednak w tym, że sąsiednia koncesja eksploatowana przez Chevron ma ropę, ta zaś nie jest zbyt pewna, czego dowodzi to, że w ciągu następnych pięciu lat nikt nie zechciał zainwestować w przedsięwzięcie żmudy i Solskiego. Pozostało zatem tylko pozyskać pieniądze III RP, tym bardziej, że w 2000 r. King & King poniósł 32 tys. zł strat.

W połowie 2000 r. trzy państwowe firmy: Petrobaltic, Orlen, PGNiG oraz King & King miały złożyć się po 250 tys. dolarów każda i utworzyć spółkę Sarmacja, której celem byłoby dokonanie inwestycji naftowych, czyli pompowanie błota w koncesji ZERE w Kongo. Szefowie spółek naftowych, w tym Maciej Gierej, były prezes Nafty Polskiej - udziałowca ORLEN, nie widzieli powodu, by wzbogacać Solskiego i żmudę. W konsekwencji przedstawiciele Petrobalticu i PGNiG nie przybyli na podpisanie umowy, co King & King interpretowali publicznie jako wynik wpływów lobby prorosyjskiego, które nie chciało uniezależnić Polski od dostaw ropy rosyjskiej.

Kiedy pierwotny plan zdobycia pieniędzy za pośrednictwem państwowych spółek naftowych nie powiódł się, właściciele King & King nie zrezygnowali z koncepcji wyciągania pieniędzy od państwa, a jedynie zmienili sektor naftowy na miedziowy i dogadali się z awuesowskim kierownictwem KGHM w osobach Mariana Krzemińskiego i Marka Speczika, z którymi w sierpniu 2000 r. podpisali umowę zobowiązując się, że załatwią przedłużenie dla KGHM koncesji na eksploatację rud kobaltu w Katandze za uiszczenie 1,5 mln dol., z czego 740 tys. zapłacono im natychmiast. Naszą forsę wydawało się urzędnikom łatwo. 750 tys. pozostało jednak nie wypłacone i jako roszczenie King & King do KGHM zostało później przez Legnicki Sąd Okręgowy oddalone. Nie trzeba dodawać, że Solski i Żmuda niczego w Kongo zdziałać nie mogli. Dodatkowo, w styczniu 2001 r. w Kongo znów zaczęły się niepokoje; prezydent Laurent Kabila został zastrzelony, a jego funkcję przejął syn Joseph.

Na początku 2002 r. wybuchł otwarty konflikt między Gierejem i firmą King & King, a na przełomie lat 2002/2003 nieporozumienia w sprawie pieniędzy spowodowały, że przeciw Solskiemu i żmudzie uruchomiono Urbana, a za nim „Wyborczą" oraz Marka Ungiera, szefa gabinetu prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego mającego powiązania z głównym nurtem WSI i jego siatką informacyjną. W marcu 2003 r. za firmę King & King zabrał się Dariusz Cychol, absolwent MGIMO (Moskiewski Państwowy Instytut Stosunków Międzynarodowych) pozostającego w gestii I Zarządu Głównego KGB, obecnie piszący na łamach „NIE". Postrzeganie tego konfliktu w kategoriach politycznych, a nie walki o pieniądze, stanowiło główny błąd po prawej stronie i niestety uwierzytelniało Solskiego i żmudę, którzy teraz postanowili grać rolę antykomunistów. Nikt też nie pomyślał, że może chodzić o akcję długoplanowego uwierzytelniania naszych bohaterów.

Wrogie przejęcie

Po raz pierwszy w orbicie GP Żmuda i Solski pojawili się pod koniec 2001 r., a więc kiedy rozpoczął się otwarty konflikt między nimi i „NIE". Pośrednikiem między GP i King & King był znany dziennikarz śledczy.

Firma King & King zamówiła strony sponsorowane w GP. Nagle jednak znikła zostawiając część reklam nie zapłaconych. Przez prawie dwa lata o King & King było cicho. Mało tego, pomiędzy 2001 r., a końcówką 2004 r. nie ma w aktach rejestrowych żadnych śladów jej istnienia. Pierwsze pojawiają się w momencie, gdy King & King postanowił znowu nawiązać kontakt z „Gazetą Polską". Żmuda i Solski spłacili stare należności i przechwalali się kontaktami z Partią Republikańską w USA. A zatem ktoś podjął decyzję o ich uruchomieniu, nagłe bowiem pojawienie się obu panów nie mogło być dziełem przypadku, tym bardziej, że nastąpiło znów w ważnym dla prawicy momencie politycznym - zbliżały się wybory.

W tym czasie Tomasz Sakiewicz, od 2000 r. członek Zarządu ds. marketingu, poszukiwał nowych udziałowców, którzy swoimi inwestycjami uratowaliby GP odciętą od rynku reklam spółek Skarbu Państwa. Żmuda i Solski zaproponowali zasilenie Wydawnictwa pieniędzmi poprzez objęcie nowych udziałów, co wydawało się jedynym ratunkiem dla GP. Błąd redakcji polegał na braku dokładnego zbadania życiorysów i powiązań potencjalnych udziałowców, żyjemy bowiem w świecie postkomunistycznym, gdzie niezależny dziennikarz musi mieć charakter i nawyki oficera wywiadu, jeśli chce przetrwać.

W lutym 2005 r. doszło do zawarcia porozumienia; Firma King & King objęła 19 udziałów w Niezależnym Wydawnictwie Polskim, właścicielu „Gazety Polskiej". Pozostało około 58 udziałów, z czego 7 należy do zmarłych udziałowców, którzy nie pozostawili spadkobierców, 40 do „starych udziałowców", a 10 dysponują Piotr Wierzbicki i Elżbieta Isakiewicz (w tym 8 własnymi). Umowa przewidywała, że King & King nie będzie ingerował w sprawy redakcyjne i do końca 2005 r. pozostanie właścicielem jedynie 19 udziałów, natomiast po owym okresie próbnym dokona dalszych inwestycji i obejmie kolejnych 19 udziałów w spółce. Gdyby więc Żmuda i Solski działali ostrożnie i spokojnie, przejęliby bez trudu GP w przyszłym roku, ale zbliżały się wybory i czekać nie mogli, jeśli mieli urzeczywistnić plany, w których GP byłaby jedynie narzędziem ich realizacji.

Gdy doszło do wspomnianego już konfliktu redakcyjnego, którego podłożem była michnikofilia red. Wierzbickiego i ambicje redaktorskie oraz mumiofilia Isakiewicz, Żmuda i Solski postanowili grać na zaostrzenie walki i dzięki temu doprowadzić do wzajemnego wyeliminowania się obu stron, co umożliwiłoby im przejęcie GP jeszcze przed wyborami. Jak się później okazało, namawiali jednocześnie Sakiewicza, by się bronił, a Wierzbickiego, by go odwołał. Na pamiętnym Walnym Zgromadzeniu Udziałowców 9 czerwca głosowali razem z innymi przeciw absolutorium dla Wierzbickiego i Isakiewicz, a następnie wbrew większości starych udziałowców także przeciw absolutorium dla Sakiewicza. Piotr Wierzbicki był takim wynikiem zaskoczony, gdyż myślał, że pozbędzie się tylko Sakiewicza. Wierzbicki wyszedł z Walnego Zgromadzenia, co umożliwiło jego odwołanie. Starzy udziałowcy nie chcieli jednak dymisji Sakiewicza.

Plan polityczny

Jaki cel mieli Żmuda i Solski podejmując próbę przejęcia GP?

Czujność redakcji powinno obudzić to, że od samego początku Żmuda i Solski naciskali na organizowanie spotkań między nimi i politykami prawicy. Do jednej takiej narady doszło w maju 2005 r. w Mariocie, a więc jeszcze za czasów red. Wierzbickiego, ale politycy prawicowi okazali się bardziej doświadczeni niż redaktorzy i natychmiast zorientowali się, z kim mają do czynienia. Wniosek był jasny: trzymać się od tych osobników jak najdalej. Żądania żmudy i Solskiego wskazują na plany infiltracji środowiska prawicowego w okresie przedwyborczym celem jego kompromitacji.

Jak można było zrozumieć z wynurzeń żmudy i Solskiego, ich zdaniem należało gwałtownie zaostrzyć sytuację polityczną w Polsce. Oczywiście mogła tu dać znać o sobie zwykła mitomania i awanturnictwo.

Właściciele King & King chcieli jednak, by „Gazeta Polska" posłużyła do założenia własnej partii prawicowej, radykalniejszej od PiS i atakującej go z prawa. Byłby więc to rodzaj prawicowej Samoobrony, który dodatkowo miałby przyjąć linię antyklerykalną.

W praktyce działalność taka prowadziłaby do kompromitacji prawicy przez bezsensowny radykalizm, mogłaby sprowokować osłabienie lub nawet rozbicie PiS, a więc i przedterminowe wybory, co ostatecznie pogrzebałoby plany IV RP jeszcze przed próbą podjęcia ich realizacji. Mamy więc tu cały program działań subwersyjnych wobec obozu antykomunistycznego.

Walka o Gazetę

King & King starał się pozbyć z redakcji niektórych autorów, w tym Waldemara Łysiaka i Piotra Lisiewicza, a z Zarządu za wszelką cenę usunąć Tomasza Sakiewicza. By doprowadzić do jakiegoś kompromisu, 29 czerwca Sakiewicz ustąpił z Zarządu w zamian za mianowanie redaktorem naczelnym. King & King chcieli wówczas wprowadzić do Zarządu Witolda, syna Pawła Solskiego ale wobec sprzeciwu starych udziałowców musieli wycofać się. Gdyby ten plan się powiódł, King & King uzyskałby większość dwóch głosów do jednego w Zarządzie Niezależnego Wydawnictwa Polskiego i przejąłby GP.

Teraz głównym obiektem ataku stał się Sakiewicz; Włodzimierz Kuligowski sprawdzał jego korespondencję i bilingi, stawiał zarzuty o nadużycia, ale audyt firmy Bufiks wybranej przez firmę King & King tego nie potwierdził. Ryszard Żmuda zaczął nawet grozić Sakiewiczowi. W czasie krótkiego urlopu Sakiewicza zwolniono jego sekretarkę i zebrano zespół próbując zastraszyć dziennikarzy lojalnych wobec p. o. redaktora naczelnego.

12 sierpnia nastąpiło częściowe, a 20 września całkowite zerwanie ze strony Zarządu Niezależnego Wydawnictwa Polskiego umowy zawartej z firmą King & King w lutym 2005 r. Jako uzasadnienie podano trzy powody: powiązania King & King z tajnymi służbami, naruszenie umowy polegające na ingerowaniu w pracę redakcji i próbę wrogiego przejęcia spółki. Było to możliwe, ponieważ Włodzimierz Kuligowski podał się do dymisji (ostatecznie 25 sierpnia), gdy okazało się, że został skazany za udział w gwałcie zbiorowym i zwolniony po dwóch latach, prawdopodobnie w 1987 r. W ten sposób w Zarządzie pozostał tylko Janusz Miernicki, który mianował Tomasza Sakiewicza redaktorem naczelnym GP.

7 września odbyło się kolejne Walne Zgromadzenie Udziałowców, na którym doszło do konfrontacji między obu stronami w sprawie wyboru przewodniczącego zebrania. Konflikt miał charakter symboliczny; na Sakiewicza głosowało 38 starych udziałowców, a na żmudę 29, w tym King & King oraz Lech Isakiewicz, pełnomocnik Piotra Wierzbickiego i Elżbiety Isakiewicz, dysponujący razem 10 udziałami. Wobec przeszkód proceduralnych zebranie zakończyło się na niczym. Kolejne Walne Zgromadzenie Udziałowców wyznaczono na 5 października. Miano na nim omówić kwestię usunięcia King & King ze spółki. Wtedy też doszło do walki o zajęcie redakcji, przegranej przez ekipę żmudy i Solskiego. Walne Zgromadzenie 40 głosami przy 10 wstrzymujących się utrzymało decyzję Zarządu o uznaniu za nieważną umowy z King&King.

Gry operacyjnej ciąg dalszy

Nasuwa się jednak pytanie, dlaczego do realizacji tak złożonego, delikatnego i dalekosiężnego zadania jak infiltracja celem kompromitacji środowiska prawicowego wybrano osobników, których każdy szanujący się oficer prowadzący trzymałby krótko i używał do zadań prostych lub jedynie na postrach. W tym miejscu przypomina się zasada podwójnego ogona. Bezpieka śledziła daną osobę za pomocą dwu ekip; pierwsza robiła to nieudolnie i na pokaz, a w końcu figurantowi udawało się ją zmylić, tymczasem w rzeczywistości inwigilacją zajmowała się druga ekipa, której istnienia ofiara nawet nie podejrzewała.

Być może zatem akcja King & King nie wynikała z ich awanturnictwa politycznego, braków kadrowych Towarzyszy z bezpieczeństwa, czy z dezintegracji bezpieczniackich klanów, ale miała jedynie odwrócić uwagę od poważnych działań, o których nic jeszcze nie wiemy. Trudno w tej chwili zawyrokować.

Trzeba zdawać sobie sprawę z siły rosyjskiej agentury wpływu, która musi obecnie zmienić metody działania, bo chyba nikt zdrowy na umyśle nie sądzi, że Moskwa nam odpuściła, a rodzimi enkawudyści zamienili się w siostry miłosierdzia. Przygoda z King & King wskazuje, że próby infiltracji, rozbicia, prowadzenie gry zmierzającej do spowodowania konfliktu i kompromitacji środowisk prawicowych, będą podejmowane. Głównym celem gier operacyjnych będzie PiS i kręgi zbliżone do partii braci Kaczyńskich, a zaubeczone i prorosyjskie media będą tu odgrywały kluczową rolę. Ubekistan nie zejdzie ze sceny politycznej bez oddania ostatniego wystrzału.


 

ŚLEDZTWO w Petrobalticu

Pożegnanie z Afryką (link)

[podpis] MAREK WĄS
GW Trójmiasto (Gdańsk) nr 5, wydanie gdg z dnia 07/01/2004 MIASTO, str. 4

Czy Petrobaltic utopił dziesiątki milionów złotych u wybrzeży afrykańskiego państwa Kongo? Sprawdza to gdańska prokuratura

Śledztwo w znanej pomorskiej firmie, zajmującej się wydobyciem ropy spod dna Bałtyku, prowadzi Prokuratura Okręgowa w Gdańsku. Poinformował o tym wczorajszy "Dziennik Bałtycki", według którego być może chodzi o zawyżone kontrakty, jakie spółka zawierała za poprzedniego prezesa Jana Kurka w latach 2000-2002.

- Postępowanie wszczęliśmy po kontroli skarbowej w Petrobalticu - mówi Konrad Kornatowski, szef wydziału śledczego PO w Gdańsku. - Mogę jedynie dodać, że toczy się ono "w kierunku" artykułu 296 kodeksu karnego.

Chodzi o wyrządzenie znacznej szkody majątkowi spółki przez nadużycie uprawnień lub niedopełnienie obowiązku przez osoby zarządzające firmą. Jak nieoficjalnie dowiedziała się "Gazeta", przedmiotem śledztwa są głównie kontrakty zawierane w związku z planami eksploatacji przez Petrobaltic ogromnych złóż ropy naftowej u wybrzeży afrykańskiego państwa Kongo. Informacje, że pomorska firma zabiega o te złoża, pojawiły się już od 2001 r., m.in. w związku z głośną sprawą milionowych strat, jakie poniosła w Kongu KGHM Polska Miedź.

- Prokuratura poprosiła nas o przekazanie wskazanych dokumentów i tylko tyle wiem na temat śledztwa - mówi rzecznik Petrobalticu Zdzisław Siamion. - Co do Afryki, to dementuję, że kiedykolwiek mieliśmy tam koncesję na wydobycie ropy. Współpracowaliśmy z pewną warszawską firmą, która robiła interesy w Kongu, ale nic z tego nie wyszło.

Ta firma, to znany z afery KGHM King&King. Według naszych informacji Petrobaltic zainwestował w afrykański interes kilkadziesiąt milionów złotych. Przeprowadzono tam m.in. badania geodezyjne i logistyczne. Prokuratura chce sprawdzić, czy wykazane w dokumentach finansowych firmy wydatki na te badania nie są fikcyjne lub zawyżone.

- Na całym świecie prowadzi się badania złóż i oczywiście one kosztują - tłumaczy Zdzisław Siamion. - To proces długofalowy, z faktu, że w tej chwili nie zarabiamy na afrykańskiej ropie nie wynika, że badania, które tam przeprowadziliśmy, nie przyniosą nam w przyszłości korzyści.

Na pytania, ile pieniędzy wydano w Kongu, w jakim czasie i kto otrzymywał zlecenia na badania, rzecznik Petrobalticu nie potrafił nam wczoraj odpowiedzieć.

[-]

King w Kongo

Trzy lata temu jedna z największych polskich spółek KGHM Polska Miedź zabiegała o koncesję na wydobycie rudy miedzi w Kongu. Wynajęła w tym celu (i wydała miliony złotych) niewielką warszawską firmę King&King. Dwie firmy skontaktował z sobą działacz "Solidarności" Mirosław Kasza, do niedawna reprezentant skarbu państwa w radzie nadzorczej Petrobalticu. W tym czasie Petrobaltic wspólnie z King&King bezskutecznie usiłował zbudować konsorcjum, które miało wydobywać w Kongu ropę naftową. Afera wybuchła rok temu, gdy tygodnik "Nie" ujawnił, że firmie King&King, sterowanej od początku przez polski wywiad, wcale nie chodziło o interesy Polskiej Miedzi - zdobyła za to nielegalnymi metodami koncesję na wydobywanie kongijskiej ropy, wartą kilkaset milionów dolarów. Władze Konga otrzymały m.in. na papierze firmowym ambasady RP nieprawdziwe informacje, że King&King tworzy rynek finansowy w Polsce i zarządza największymi polskimi spółkami z branży paliwowej, w tym firmą Petrobaltic.

GDG

 

 

TECHNOLOGIE, MEDIA, TELEKOMUNIKACJA

Spór o "Gazetę Polską", czyli test na IV RP (link)

[podpis] MARCIN RYBAK, VAD
Gazeta Wyborcza nr 51, wydanie waw z dnia 01/03/2006 GOSPODARKA, str. 28

Zaplanowane na wczoraj walne zebranie udziałowców wydawcy "Gazety Polskiej" przełożono na 30 marca. "Ze względu na obawy o życie i zdrowie wspólników" - podała spółka Niezależne Wydawnictwo Polskie. - Mam nadzieję, że za miesiąc ci, którzy powinni, znajdą się w więzieniu - mówi naczelny Tomasz Sakiewicz

Redaktor naczelny "Gazety Polskiej" Tomasz Sakiewicz bał się, że podczas zebrania mogłoby dojść do rękoczynów ze wspólnikami firmy King & King Ryszardem Żmudą i Pawłem Solskim, którzy prawie rok temu kupili 20 proc. udziałów NWP.

- Mamy poważne podejrzenia, że ci panowie chcieli wejść siłą na wtorkowe walne - powiedział nam wczoraj Sakiewicz. - Dlatego przełożyliśmy je na 30 marca.

- A wtedy będziecie w stanie zapewnić bezpieczeństwo udziałowcom?

- Mam nadzieję, że za miesiąc ci, którzy powinni, znajdą się w więzieniu - odpowiada Sakiewicz. Jak mówi, los śledztwa prowadzonego przez prokuraturę z jego doniesienia to "test na IV Rzeczpospolitą". Sakiewicz zawiadomił prokuraturę, że Żmuda i Solski są powiązani z "postsowieckimi służbami specjalnymi", w wydawnictwo zainwestowali "brudne pieniądze" wyłącznie po to, by zniszczyć prawicową gazetę. Mieli wbrew umowie ingerować w część redakcyjną pisma.

- Przyszłam na zebranie udziałowców. Nie wiem, jakie zagrożenie stwarzam dla pana Sakiewicza - powiedziała mecenas Mariola Dąbrowska, pełnomocnik King & King, która wczoraj o 17 pojawiła się przed zamkniętymi drzwiami redakcji "Gazety Polskiej". Nic nie wiedziała o odwołaniu posiedzenia. - Już drugi raz od końca stycznia nie dochodzi do walnego zgromadzenia.

Choć blisko rok temu właściciele King & King kupili za 500 tys. zł 20 proc. udziałów w NWP, od kilku miesięcy zarząd wydawnictwa nie uznaje ich za wspólników i nie chce wpuścić na zebranie udziałowców. - Mam aktualny odpis z rejestru sądowego Niezależnego Wydawnictwa Polskiego. Firma King & King jest wpisana jako jeden ze wspólników - przekonywała wczoraj mecenas Dąbrowska.

Przypomnijmy, że jeszcze w połowie ubiegłego roku Sakiewicz, tak dziś atakujący Żmudę i Solskiego, uważał ich za wiarygodnych inwestorów. To Sakiewicz - wówczas członek zarządu NWP - sprowadził King & King do wydawnictwa. W kwietniu ubiegłego roku Żmuda i Solski objęli 20 proc. udziałów i obiecali przejąć kolejne 20 proc. Ich pieniądze miały uratować podupadający tygodnik. Piotr Wierzbicki, wieloletni naczelny i założyciel "Gazety Polskiej", to zaaprobował.

W czerwcu w redakcji dochodzi do zamachu - Sakiewicz w nocy zdejmuje z drukowanego już wydania gazety tekst Wierzbickiego, w którym ten opisuje złożoną mu przez Sakiewicza korupcyjną propozycję. W efekcie konfliktu Wierzbicki i jego zastępczyni Elżbieta Isakiewicz odchodzą z redakcji. Nowym naczelnym zostaje Sakiewicz. Zdaniem Wierzbickiego i Isakiewicz wszystko to wynik intrygi spółki King & King i Sakiewicza. Ten zaś przekonywał, że Żmuda i Solski to wiarygodni partnerzy. Powoływał się na osoby z "kierownictwa dawnego AWS".

Jesienią ubiegłego roku stosunki między King & King a Sakiewiczem się popsuły. W październiku Żmuda i Solski nie zostali wpuszczeni na zebranie udziałowców. Złożyli też doniesienie do prokuratury i pozwali do sądu Sakiewicza za jego stwierdzenia, że są szpiegami. Uważają, że cały konflikt zaczął się, kiedy oni dopominali się o niezależny audyt spółki. Sakiewicz odpowiada, że to bzdury. W zeszłym roku Sakiewicz odszedł z zarządu wydawnictwa. - Pod naciskiem spółki King & King - wyjaśnia. Teraz jest naczelnym i prokurentem wydawcy.

Właściciele King & King złożyli też pozew w sądzie gospodarczym. Ten pod koniec stycznia wydał wyrok korzystny dla King & King, unieważniając uchwały wspólników podjęte bez ich udziału. Wyrok jest nieprawomocny. Sakiewicz zapowiada odwołanie. Gdyby NWP przegrało sprawę, cała redakcja przeniesie się do nowej gazety wydawanej przez nową firmę bez udziału King & King.

- Pokłócili się o łupy - komentuje ten konflikt Piotr Wierzbicki. - Mnie już nie interesuje, kto ten spór wygra. To i tak nie będzie taka gazeta, jaką stworzyłem - mówi pisarz i publicysta, autor m.in. "Myśli staroświeckiego Polaka" czy "Struktury kłamstwa", którego książki wychodziły w drugim obiegu już w latach 70. i 80.

Awanturą wokół "GP" zainteresowała się TVP. Dziś o godz. 22.50 w TVP 2 w programie Sylwestra Latkowskiego "Konfrontacje" ma być mowa o manipulowaniu mediami na przykładzie sprawy King & King. Zapowiedź programu w internecie wystarczyła, by Żmuda i Solski wytoczyli Latkowskiemu proces, oskarżając go o pomówienie. Od prezesa TVP zażądali, by w programie nie było informacji o sporze wokół "GP" i żadnych treści szkalujących ich firmę. TVP zapowiada, że Latkowski "pracuje nad taką jego formułą, by dochować zasady bezwzględnej staranności i rzetelności dziennikarskiej".

MARCIN RYBAK

Kim jest Tomasz Sakiewicz

- Pana Sakiewicza znam jeszcze z lat 80., z czasów konspiracji i od jak najlepszej strony - powiedział nam Antoni Macierewicz, były minister spraw wewnętrznych oraz jeden z liderów Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego.

- Po raz pierwszy zobaczyłem go w 1991 r. w dzienniku "Nowy Świat". To był brodaty młody człowiek z wielkim krzyżem na piersi. Później mi mówił, że był jednym z założycieli ZChN - opowiada Piotr Wierzbicki, były naczelny "Nowego Świata", później założyciel "Gazety Polskiej". Macierewicz potwierdza, że Sakiewicz współtworzył ZChN. Studiował psychologię dziecięcą na UW, ale jej nie skończył.

Z "Nowego Świata" odszedł wraz z Wierzbickim i Isakiewicz. Od jesieni 1993 r. pracuje w "Gazecie Polskiej". Najpierw jako zwykły dziennikarz, po czym awansuje na szefa działu krajowego oraz ekonomicznego. - Miał bardzo duży zapał do pracy i problemy z pisaniem - mówi Wierzbicki. Mimo to Sakiewicz opublikował dwa tomy bajek dla dzieci "Bajki dla Marysi i Alicji".

W "Gazecie Polskiej" był autorem wielu tekstów, w tym śledczych (m.in. o aferze FOZZ). Wraz z Elizą Michalik napisał książkę "Układ" o powiązaniach Samoobrony z SLD. Dawni koledzy pamiętają, że drewniany krzyż zdjął z piersi w 1994 r., gdy drogi jego i ZChN się rozeszły. W 2000 r. Sakiewicz wszedł do zarządu NWP, gdzie miał nadzorować księgowość i reklamy. Pisał teksty, kierował działami i szukał reklamodawców. - W normalnej redakcji takie rzeczy się nie zdarzają, ale u nas wszystko było nienormalne, bo byliśmy niewielką kilkuosobową firmą - wspomina Wierzbicki. Był bardzo skuteczny. Według Wierzbickiego zarabiał ok. 12 tys. zł netto. - Ufałem mu bezgranicznie - mówi były naczelny "GP".

VAD

Tajemnice King & King

Dziwne losy firmy King & King i jej wspólników opisywaliśmy w "Gazecie" nieraz. Mała, nieznana warszawska firma w 1999 r. zainwestowała w Kongu, uzyskując koncesję na eksploatację złoża ropy naftowej. Na salony tamtejszych władz wprowadził ją Marian Piaszczyński, polski dyplomata z ambasady w Kongu, przed 1989 r. funkcjonariusz wywiadu Służby Bezpieczeństwa. Dziś pracuje w King & King. Ryszard Żmuda i Paweł Solski zasiadają we władzach Polskiej Izby Broni, Lotnictwa i Przemysłów Strategicznych. Zapewniają, że z handlem bronią nie mają nic wspólnego. Jednak, jak ustaliliśmy, w 2000 r. spotkali się z ministrem obrony narodowej. Po co? Żmuda nie potrafił jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Raz mówi, że na prośbę koncernu Lockheed Martin, który startował wówczas w przetargu na dostawę samolotów dla polskiej armii. Potem twierdzi, że chcieli poinformować ministra o amerykańskich funduszach na szkolenie polskich żołnierzy. Ówczesny minister Romuald Szeremietiew nie pamięta tego spotkania, a Lockheed Martin zaprzecza związkom ze Żmudą i Solskim.

[autor fot./rys] ARCHIWUM "GAZETY POLSKIEJ"
GW

 

 

Kłótnia w "Gazecie Polskiej"

Polecieli za specsłużby (link)

[podpis] RYB, PIOT
Gazeta Wyborcza nr 233, wydanie waw z dnia 06/10/2005 KRAJ, str. 7

Firma King & King została wyrzucona z grona wspólników tygodnika. - Zataili swoje związki ze służbami specjalnymi - mówi redaktor naczelny "GP" Tomasz Sakiewicz

King & King od kilku miesięcy jest udziałowcem spółki wydającej "Gazetę Polską". W czerwcu doszło w gazecie do przewrotu. Twórca i redaktor naczelny Piotr Wierzbicki i jego zastępczyni Elżbieta Isakiewicz zmuszeni zostali przez Sakiewicza do odejścia. Inspiratorem przewrotu była firma King & King. Teraz Sakiewicz jest z nią w konflikcie. - Umowę inwestycyjną z tą spółką uznaliśmy za nieważną, bo nie poinformowała nas o swoich związkach z polskimi i zagranicznymi służbami specjalnymi - twierdzi.

Wczoraj Ryszard Żmuda i Paweł Solski, właściciele King & King, próbowali wejść do siedziby tygodnika. Nie zostali wpuszczeni przez ochroniarzy. Wezwali policję, ale ta tylko odnotowała cały incydent.

RYB, PIOT

GW

 

Historia pewnego zamachu (link)

[podpis] ELŻBIETA ISAKIEWICZ *
Gazeta Wyborcza nr 149, wydanie waw z dnia 29/06/2005 OPINIE, str. 18

Wydarzenia, które rozegrały się ostatnio w "Gazecie Polskiej", są jak żywcem wyjęte z filmu sensacyjnego. O kulisach odejścia Piotra Wierzbickiego, założyciela "GP", z funkcji redaktora naczelnego pisze jego zastępczyni

ELŻBIETA ISAKIEWICZ *

Odsłona pierwsza

Jesień 2004 roku. Tomasz Sakiewicz, członek zarządu (dla ułatwienia zwany dalej Członkiem Zarządu) spółki, która wydaje "Gazetę Polską", informuje zarząd, że pozyskał dla gazety inwestora.

Oddychamy z ulgą. Rządy SLD odcięły tygodnik od najbardziej dochodowych reklam spółek z udziałem skarbu państwa. Brakuje pieniędzy na marketing. Pismo przynosi straty. Trwa walka o przetrwanie. Członek Zarządu zapewnia, że inwestor "Gazetę Polską" widzi wielką. Na razie chce wejść z milionem złotych, ale potem sypnie taką forsą, że ho, ho. Padają równie wielkie słowa: koncern, holding itp. Kopciuszek ma zostać królewną, czyli "Gazeta Polska" - medialnym potentatem.

Jesienią zmierzchy przychodzą szybko. Sprzyjają wizjom.

Odsłona druga

Przełom roku. Do akcji wkracza firma King & King, której właścicielami są Ryszard Żmuda i Paweł Solski (dla ułatwienia zwani dalej panami K.). Wieczór zapoznawczy zarządu z inwestorem odbywa się w hotelu Marriott. Inwestor objawia się w postaci właścicieli firmy King & King - dwóch facetów postury dobrze odżywionych rzeźników z jatki na osiedlowym bazarze. Jeden jest prawie łysy, drugi przeciwnie - ma warkocz po pas. Obydwaj w sygnetach, butach kowbojskich, frędzlach i kapeluszach a la Dziki Zachód.

- Boże święty - słyszę szept pobladłego redaktora naczelnego i prezesa zarządu w jednej osobie - Piotra Wierzbickiego.

Inwestor natomiast od pierwszej chwili mówi dużo i głośno. O tym, że wydobywa ropę w Kongu, dlatego jest milionerem. O tym, że jest konserwatystą, dlatego łożył na kampanię George'a W. Busha. O tym, że jest polskim patriotą, dlatego postanowił uratować "Gazetę Polską". - Bo ile można mieć kobiet, samochodów oraz willi? - zapytuje filozoficznie inwestor, wznosząc znudzony wzrok do nieba.

Piotr Wierzbicki upewnia się, czy inwestor zrozumiał, że "Gazeta Polska" jest niezależna od wszelkich partii politycznych i grup nacisku. Że ta niezależność to jej najświętsza zasada, a także chluba. Że statut spółki bardzo wyraźnie podkreśla, iż o zawartości gazety decyduje tylko i wyłącznie redaktor naczelny, nie zaś udziałowcy, podobnie jak o obsadzie redakcyjnych stanowisk.

Inwestor kiwa głową. Jest bardzo uprzejmy. W drugiej części spotkania skupia się na Kongu, gdzie życie toczy się wartko i nadzwyczaj barwnie. Reguły gry panują tam proste. Weźmy taki przykład. Prezydent Konga, też zresztą na K., dochodzi do wniosku, że nie pasuje mu jakiś minister. To co robi? Ano zaprasza go do siebie i strzela mu w łeb. Następnie ciało zostaje wrzucone do rzeczki nieopodal prezydenckiego pałacu, a w tej rzeczce pływają głodne krokodyle. W kilka dni później w miejscowej gazecie pojawia się wzmianka, że taki to a taki minister zaginął w niewyjaśnionych okolicznościach. W każdym razie zwłok nie znaleziono. Inwestor zapewnia, że z tym prezydentem robi interesy i jest z nim w doskonałych stosunkach.

Spotkanie się kończy. Wychodzimy. Wymieniamy ciężkie spojrzenia.

- To się źle skończy - mówi Piotr Wierzbicki.

- Tak. To się źle sk

aram name="allowscriptaccess" value="always" /> "Nie zgadzam się z tobą, ale zawsze bronił będę twego prawa do posiadania własnego zdania" /-/ Voltaire FUTRZAK BORYS Dusza Azjaty ze stepu. Wolny, dziki i z szablą u boku. Wolę stracić wszystko niż zdradzić to, w co wierzę. Prawdziwe zdjęcie :) Od 18 marca 2007 odwiedziło mnie tyle oto osób: Aktualnie przebywa u mnie tyle osób: Osoby, którym przyznałem Honorowy Kindżał: Anna Walentynowicz Mika Brzeziński Powstaniec Warszawski, ps."Ptyś" Maryla (Salon24, blogmedia24.pl) Konrad Szymański Vytautas Landsbergis Wenhrin (Salon24) Parakalein (Salon24) Roselyne Bachelot wyrus (Salon24) :) Komentarze nie na temat tnę. NIEZALEŻNE FORUM

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (21)

Inne tematy w dziale Polityka