17 obserwujących
166 notek
155k odsłon
  672   0

Smoleńsk

Mury Smoleńska
Mury Smoleńska

Mury średniowiecznych zamczysk zawsze wywierały na mnie ogromne wrażenie. Pamiętam do dziś, jak pierwszy raz stanąłem przy blankach Wawelu, i jakie było moje późniejsze rozczarowanie, gdy już dowiedziałem się, że te akurat mury to pobudowali dopiero w XIX wieku Austriacy. Potem było wiele, wiele innych – nigdy, nawet nakładając sporo drogi nie odmówiłem sobie zwiedzenia kolejnych ruin. Ale najbardziej jakoś do mojej wyobraźni przemówiły mury i baszty Smoleńska. Potężne, grube, niedźwiedziowate, trochę posępne w marcowym sztafażu. Też nie średniowieczne, bo polecił je zbudować Borys Godunow, jeszcze jako wielkorządca cara Fiodora Iwanowicza w 1595 roku, a wizytował zakończenie robót już jako Samodierżec Wszechrusi w 1602. Może te mury przemówiły do mnie tak mocno dlatego, że wiedziałem, iż walczył o nie jeden z moich przodków. Oczywiście lakoniczna zapiska z rolli chorągwi JM Pana Krzysztofa Kleczkowskiego, z którym służył ów pradziad nie pozwoliła stanąć z pewnością dokładnie w tym samym miejscu co kiedyś on, jak mogłem zrobić w pod Ostrą Bramą Wilnie, posługując się fotografią Dziadka, wykonaną 23 kwietnia 1919 roku. Ale na pewno obaj stali w grupach swoich kolegów z tak samo zadowolonymi minami i tak samo swobodnie dzierżąc w dłoniach rękojeści szabel.
Ktoś tu parę dni temu w jakiejś notce napisał Smoleńsk – miejsce przeklęte. Nieprawda. Miejsce, jak miejsce, tyle,  że na szlaku Wschód – Zachód nie do ominięcia. A skoro tak, to i dla wojsk. A jak wojska idą, to krew się leje – i polskiej krwi w tą ziemię wsiąkło przez setki lat naszego w tych stronach zaangażowania niemało. Od pierwszego razu, gdy nasi wraz z Litwinami brali tą twierdzę dla kniazia Witolda, aż po czasy najnowsze.
Miejsce trochę zapomnianego, jednego z największych i najpełniejszych triumfów naszego oręża w jego długich i bogatych dziejach.
30 kwietnia 1632 roku umierał po długim, czterdziestopięcioletnim niemal panowaniu król Polski i Wielki Książę Litewski Zygmunt Trzeci tego imienia, z szwedzkiego rodu Wazów, po kądzieli potomek Jagiellonów. Zostawiał potężne, ale otoczone niemal zewsząd przez wrogów państwo. Wrogów, których sam nieraz drażnił, jak umiał. Tyle co zawarł niekorzystny co prawda rozejm z wojowniczym bratankiem Gustawem Adolfem szwedzkim (1629),  przytarł rogów zawsze niesfornym kozackim poddanym (1630), zdołał skutecznie obronić się przed Turkiem (1621) i Tatarzynem (1624). Na Wschodzie miał rozejm, zawarty na 14 i pół roku w Dywilinie pod murami Moskwy  AD 1619. I od tej strony najprędzej mogła przyjść burza. Szwedzi zaangażowali się mocno w Niemczech, Turcy jeszcze pamiętali chocimskie baty, ale Moskale jak niczego na świecie pragnęli rewanżu za Dymitriady i odzyskania utraconych wówczas ziem smoleńskiej, siewierskiej i czernichowskiej. Głównym spiritus movens był ojciec panującego cara Michała Romanowa, metropolita Moskwy i całej Rusi Filaret. Starzec pragnął zemsty za wieloletnie uwięzienie w Malborku i wierzył, że odzyskanie strat uświetni i umocni panowanie syna. Moskale wiedzieli, ze lekko nie będzie, toteż przygotowywali się do przyszłego starcia długo i metodycznie. Oprócz własnych, tradycyjnych sił – szlacheckiej (dworianskiej) jazdy i pieszych strzelców postanowili sformować jednostki uzbrojone i zorganizowane na wzór zachodni, przodujących wówczas armii szwedzkiej i niderlandzkiej. Zaciągnięto więc licznych żołnierzy najemnych, a zachodnioeuropejscy oficerowie utworzyli z Rosjan kolejne rajtarskie i piesze regimenty. W dużej mierze na cudzoziemcach opierała się liczna artyleria, a o fortyfikacje mieli zadbać cudzoziemscy inżynierowie. Starania o zatrudnienie ekspertów militarnych i specjalistów potrzebnych do rozwinięcia produkcji broni palnej kierowały się głównie do Anglii (dzięki angielskiej Kompanii Moskiewskiej) i Szwecji.
Jeszcze w grudniu 1630 r., z Holandii do Archangielska via Goeteborg wypłynął konwój statków wiozący broń i 3000 żołnierzy. Dowodził nimi płk Aleksander Leslie. Wcześniej,  już w styczniu tego roku przebywał on w Moskwie z misją sondażową wraz z holenderskim ekspertem Juliusem Coyet, oraz kilkoma oficerami niższej rangi. Wszystko za wiedzą i zgodą Gustawa Adolfa, który liczył, że Moskale nie dadzą Zygmuntowi III możliwości wykorzystania rozejmu dla wzmocnienia sił. Z kolei z listu króla Karola I Stuarta do cara Michała Romanowa z 25 maja 1632 roku dowiadujemy się, że sukcesy misji pułkownika Tomasza Sandersona niezwykle radują jego monarchę, a z Anglii wzmocni ją wkrótce nowy transport broni i kolejne 2000 ochotników. Jego Królewska Wysokość życzył też swojemu przyjacielowi i sprzymierzeńcowi powodzenia w zamiarach. W sumie do Moskwy dotarło mniej więcej 6000 najemników - Szwedów, Niemców, Holendrów, Anglików, Szkotów, Francuzów i Włochów. Nieźle, jak na warunki wojny trzydziestoletniej, która drenowała mocno rynek najemnego żołnierza, ale moskiewskie plany wojenne zbiegły się jak raz intensywną akcją dyplomatyczną Francji i Szwecji, które dążyły do stworzenia antypolskiej koalicji. Zarówno Gustaw Adolf, jak i kardynał Richelieu pragnęli jeszcze w połowie lat 20. jak najszybciej zakończyć wojnę o ujście Wisły i przerzucić armię szwedzką na teren Rzeszy. Próbowano zmontować blok  prawosławno – protestancko - islamski przeciw Rzeczpospolitej. W sojuszu tym uczestniczyć miały Rosja, Turcja, Tatarzy, Siedmiogród oraz Kozacy zaporoscy.
Akcję koordynował ze Stambułu, holenderski rezydent Korneliusz Haga, a wspierał go patriarcha Konstantynopola Cyryl. To dzięki jego zabiegom sułtan  zdecydował się wysłać do Moskwy w 1628 roku posła, który przedstawił Rosji propozycję sojuszu wymierzonego w Rzeczpospolitą. Ponieważ patriarcha Filaret postawił warunek, że Rosja wystąpi zbrojnie dopiero wtedy, gdy Turcja pierwsza zaatakuje Polskę, rozmowy zakończyły się na razie fiaskiem. Z Zaporożcami poszło jeszcze gorzej - Kozacy odesłali szwedzkich wysłanników ciupasem w łykach  królowi do Warszawy.
Tymczasem po  rozejmie w Starym Targu (26 września 1629) Szwecja mogła wreszcie  przystąpić do wojny przeciw Habsburgom. By zabezpieczyć szwedzkie działania w Niemczech, Francja i Szwecja nasiliły działania dyplomatyczne mogące uwikłać Polskę w wojnę z Rosją. W tym celu do Moskwy wyruszył francuski poseł Deshayes, rzekomo w sprawie  handlu francusko-perskiego przez obszar Rosji. Cesarskiego zaś posła, który miał namawiać do zgody, Moskale do siebie nie wpuścili, twierdząc, że ma w orszaku za dużo Polaków.
Śmierć Zygmunta III mogła ułatwić atak w zamęcie bezkrólewia i elekcji. Gustaw Adolf listownie gorąco zachęcał cara, by wykorzystał okres bezkrólewia. Car z kolei 20 czerwca 1632 w posłanym do króla Szwecji piśmie równie ciepło poparł starania Gustawa Adolfa o koronę polską. Specjalny goniec Gustawa Adolfa, który przybył do Moskwy 20 sierpnia 1632, zawiadomił cara Michała i patriarchę Filareta, że oficerowie szwedzcy od wiosny werbują żołnierzy do armii, która ma zaatakować Polskę od zachodu.
Sobór Ziemski na carski wniosek podjął decyzję o wojnie z Rzecząpospolitą 20 czerwca 1632. Car wysłał poselstwa do Turcji i Szwecji, by omówić szczegóły współdziałania. Wydawało się  pewne, że Rzeczpospolitą czeka atak z trzech stron. Ale 16 listopada pod Lützen zginął Gustaw Adolf. Nowy kierownik szwedzkiej polityki, kanclerz Oxenstierna, był o wiele ostrożniejszy. Także Turcja postanowiła poczekać. Moskiewska machina jednak już ruszyła – w początkach października wojska przekroczyły granice.
Rzeczpospolita była o tym wszystkim znakomicie poinformowana, zagrożenie szczegółowo przedstawił posłom na wiosennym sejmie 1632 r. litewski kanclerz i hetman wielki w jednej osobie, Lew Sapieha. Ale jak zwykle w Polsce, postanowiono poczekać i zaoszczędzić. Zdecydowano póki co zaciągnąć w najbliższej przyszłości 4,5 tys. żołnierzy (trochę mało wobec spodziewanej 50-tysięcznej armii inwazyjnej, i bronić się w twierdzach, zwłaszcza smoleńskiej. Na pogranicze mieli się udać hetmani litewscy i królewicz Władysław, od 1619 roku administrator świeżo zdobytych ziem. Szczęściem, jak raz obronę powierzono właściwym ludziom. Podwojewodzi smoleński, kniaź Samuel Drucki – Sokoliński, doświadczony żołnierz, zadbał o remont starych murów i uzupełnienie ich o nowoczesne fortyfikacje polowe, ściągał skąd się dało żywność i amunicję. Odesłał na tyły sporo rodzin mieszczan i okolicznej szlachty, która chciała się chronić w twierdzy. Miał do dyspozycji ok. 1500 żołnierzy zawodowych (884 piechurów, 531 jazdy, 32 puszkarzy), 279 tzw. Kozaków horodowych (wolnych chłopów, którzy w zamian za grunt i zwolnienie od podatków zobowiązani byli w razie potrzeby do służby wojskowej), 483 ludzi z pospolitego ruszenia oraz nie znaną liczbę mieszczan, którzy dobrowolnie pomagali w obronie. W sumie mniej niż 2,5 tysiąca ludzi, ale opartych o potężne i trudno dostępne fortyfikacje, i 60 dział. Wraz z dwójką najbliższych pomocników, porucznikiem husarskim Jakubem Piotrem Wojewódzkim i horodniczym Malcherem Gudziejewskim kniaź Drucki miał wytrwać, jak się okazało ponad rok.
Hetman polny litewski Krzysztof Radziwiłł także nie zasypiał gruszek w popiele. Nie bacząc na legalistyczne opory zramolałego starszego kolegi, zaciągnął na własną rękę (i częściowo koszt) 2000 ludzi.
Moskale, dowodzeni przez Michała Szeina, dyszącego rządzą rewanżu nieszczęśliwego obrońcę Smoleńska z lat 1609-1611, ruszyli szerokim frontem od Czernichowa po Dynenburg, dość łatwo zajmując kolejne miasta, bronione przez śmiesznie małe (60-120 ludzi) załogi. Przy okazji rozrzucając po ogromnym terenie siły i tracąc cenny czas. Dopiero pod koniec listopada główny korpus moskiewski (30 tys. ludzi i 120 dział) stanął pod Smoleńskiem. Radziwiłł nie próbował zmierzyć się z taką siłą w polu, ale też i nie zamierzał ustępować.
Przed zamknięciem pierścienia oblężenia wprowadził do twierdzy 600 dodatkowych ludzi, polecił swojemu zastępcy, wojewodzie smoleńskiemu Aleksandrowi Gosiewskiemu szarpać po partyzancku przeciwnika, a następnie udał się pędem do Warszawy, na elekcję.
8 listopada, po zadziwiająco jak na polskie warunki krótkiej dyskusji i procedurze zgromadzona szlachta jednogłośnie wybrała na króla najstarszego syna zmarłego Zygmunta, Władysława. Nowy monarcha już w kilka dni po wyborze przewodniczył radzie senatu w sprawie przygotowań wojennych, a już w pierwszych dniach stycznia mógł wyprawić na front hetmana Radziwiłła z ok. 3000 ludzi. Po połączeniu z Gosiewskim, hetman polny litewski skutecznie zajął się zwalczaniem komunikacji i zaopatrzenia przeciwnika. Zdołał też dwukrotnie wprowadzić do twierdzy posiłki oraz transporty żywności i amunicji, umacniając przy okazji załogę w przekonaniu, że nie jest osamotniona.
Moskale metodycznie otoczyli twierdzę systemem fortyfikacji, prowadząc prace saperskie i ostrzał artyleryjski. Nie udały się im jednak próby szturmu, nie zdobyli nawet szczególnie ważnego przyczółka mostowego i mostu na Dnieprze.
Na szybką pomoc nie można było liczyć – stałe, „kwarciane” wojsko koronne pod hetmanem Koniecpolskim wobec niepokojących ruchów Turków i Ordy musiało pozostać na Podolu. Sprawą organizacji i finansowania armii zajął się zwołany szybko sejm koronacyjny w styczniu 1633 roku.  Sprawnie i bez sprzeciwów uchwalono podatki, oraz przystąpiono do zaciągów. Dowodzić miał osobiście król, i na jego propozycjach oparto etat wojska. Znakomita decyzja - ten trzydziestosiedmioletni wówczas mężczyzna dysponował nie tylko wielkim talentem, ale i wiedzą wojskową, nabytą pod kierunkiem wielkiego Chodkiewicza pod Moskwą i Chocimiem, u generała Spinoli pod Bredą w 1624 roku oraz wojnie o ujście Wisły ze Szwedami. Znając przeciwnika i trafnie oceniając charakter przyszłej wojny król przeforsował utworzenie armii o zupełnie innym, niż w dotychczasowej polskiej praktyce wojskowej składzie. Po raz pierwszy liczba piechoty i dragonii (ówczesna „piechota zmotoryzowana", poruszająca się konno, ale walcząca w szyku pieszym) miała przeważać nad jazdą w stosunku 60-40. image

Lubię to! Skomentuj4 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura