„Aż 38 firm z warszawskiej giełdy ma zbyt małe zyski, by zrekompensować swoje zadłużenia. Może to nawet grozić bankructwem - uważa "Puls Biznesu". Firmy giełdowe, to furda i szysz w razie co wypuszczą akcje – „emeryci” (OFE) nie taki chłam kupowały.
Pisałem, już że jeżeli Kowalski chce kredyt z banku na mieszkanie lub samochód to musi najpierw udowodnić, że… tego kredytu w ogóle nie potrzebuje. Kowalski ma przynajmniej wybór, olać lichwiarzy i gnieździć się z teściową w M-3 i jeździć 15 letnim gratem świeżo ze szrotu w Niemczech przywiezionym. Mało przyjemne, ale wiadomo kryzys się kiedyś skończy, od tego się nie umiera.
Z firmą jest znacznie gorzej, ona może umrzeć zdławiona brakiem środków obrotowych. Niech ktoś mi wskaże firmę nie korzystającą przynajmniej z krótkoterminowego finansowania celem podniesienia płynności. Nawet najbardziej płynna firma musi mieć dostępne zewnętrzne źródło finansowania, bo a to partner się spóźnia z zapłatą, a to sezonowo spada sprzedaż, a ZUSy i płace płacić trzeba. Zresztą jak firma miała (jeszcze kilka miesięcy temu) zbyt wiele gotówki w kasie to zarząd musiał się gęsto tłumaczyć (obowiązywała zasada „pieniądz musi robić pieniądz, a nie leżeć w banku”).
Powyższe rozważania dotyczą firm nie inwestujących zbyt intensywnie. Jednak na fali koniunktury kto się nie rozwijał cofał się. Więc finansowano inwestycje gdzie się da, w bankach również. Dla firm nie notowanych na GPW kredyt bankowy to podstawowe źródło finansowania inwestycji, najlepiej w walucie obcej, bo tanio.
Na razie banki czekają, to znaczy nowych kredytów nie udzielają, ale starych nie wypowiadają. Jednak masowe wypowiadanie umów kredytowych będzie w perspektywie roku dwóch nieuniknione. Zaraz jakiś mędrek napisze, że dopóki firma raty spłaca bank nie może jej wypowiedzieć umowy kredytowej. Zastrzegam, że nawet nie odpowiem na taki komentarz – niech ewentualny komentator zobaczy na własne oczy jak wygląda umowa kredytowa na finansowanie nawet średniej inwestycji, to pogadamy. Zazwyczaj brakuje w niej jedynie zapisu, że bank może postawić kredyt w stan natychmiastowej wymagalności z powodu zwiększenia się ilości plam na słońcu.
Rząd rządzi, partia kieruje, a na wyspie stabilności jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej. Pojawić się mogą „przejściowe trudności”. Tak jak przykład „przejściowo” banki nie pożyczają nikomu, nawet sobie samym. Po takich przejściach może się okazać, że bezrobocie znów sięgnie 20% (realne, bo znów ze statystyką pomajstrują, a pan Boni ogłosi, że lenie nie chcący pracować nie mogą zawyżać statystyki).
Zauważmy, kryzys w Stanach Zjednoczonych ujawnił się po raz pierwszy w latem 2007 r., jako kryzys sub-prime. Ogłoszono wtedy, że są kłopoty, ale dotyczą tylko pożyczek niskiej jakości. W tym roku okazało się, że dotyczą wszystkich pożyczek hipotecznych, ale ogłoszono, że sfera produkcyjna nie ucierpi. Okazało, się, że ucierpi, choć na razie twierdzi się, że dotyczyć to będzie głownie producentów dóbr konsumpcyjnych (głównie producentów samochodów), w przyszłym roku ogłoszą, że….
Podobny mechanizm ma miejsce u nas, ale podobnie jak na ożywienie reagowaliśmy z opóźnieniem, tak i kolejne fale kryzysu z opóźnieniem do nas docierają. My jesteśmy na etapie kryzysu jaki USA miały w 2007 r.
Czy są powody do prawdziwych obaw. Wątpię, co jeść będzie dzięki naszemu „rozdrobnionemu i zacofanemu rolnictwu”, każdy kryzys się kiedyś kończy. Większość z nas pamięta ocet i musztardę na półkach, tak źle jak wtedy nie będzie. Najbardziej odczują kryzys zamożne społeczeństwa Zachodu, które ostatnich poważnych zawirowań doświadczyły po wojnie ( kartki w UK po II WŚ). Oni po prostu mają więcej do stracenia, my przywykliśmy
Mam wrażenie, że media wpadają na przemian w amok pod nazwą „jest strasznie”, by za chwile cytować oficjela mówiącego, że nic się nie dzieje. Psychoza maniakalno – depresyjna w klinicznej postaci.
My przeżyliśmy Niemca, Ruska przeżyjemy i Tuska. Chyba, że w sprywatyzowanym szpitalu – lodziarni, bo wtedy to może być różnie;)
Pisałem, już że jeżeli Kowalski chce kredyt z banku na mieszkanie lub samochód to musi najpierw udowodnić, że… tego kredytu w ogóle nie potrzebuje. Kowalski ma przynajmniej wybór, olać lichwiarzy i gnieździć się z teściową w M-3 i jeździć 15 letnim gratem świeżo ze szrotu w Niemczech przywiezionym. Mało przyjemne, ale wiadomo kryzys się kiedyś skończy, od tego się nie umiera.
Z firmą jest znacznie gorzej, ona może umrzeć zdławiona brakiem środków obrotowych. Niech ktoś mi wskaże firmę nie korzystającą przynajmniej z krótkoterminowego finansowania celem podniesienia płynności. Nawet najbardziej płynna firma musi mieć dostępne zewnętrzne źródło finansowania, bo a to partner się spóźnia z zapłatą, a to sezonowo spada sprzedaż, a ZUSy i płace płacić trzeba. Zresztą jak firma miała (jeszcze kilka miesięcy temu) zbyt wiele gotówki w kasie to zarząd musiał się gęsto tłumaczyć (obowiązywała zasada „pieniądz musi robić pieniądz, a nie leżeć w banku”).
Powyższe rozważania dotyczą firm nie inwestujących zbyt intensywnie. Jednak na fali koniunktury kto się nie rozwijał cofał się. Więc finansowano inwestycje gdzie się da, w bankach również. Dla firm nie notowanych na GPW kredyt bankowy to podstawowe źródło finansowania inwestycji, najlepiej w walucie obcej, bo tanio.
Na razie banki czekają, to znaczy nowych kredytów nie udzielają, ale starych nie wypowiadają. Jednak masowe wypowiadanie umów kredytowych będzie w perspektywie roku dwóch nieuniknione. Zaraz jakiś mędrek napisze, że dopóki firma raty spłaca bank nie może jej wypowiedzieć umowy kredytowej. Zastrzegam, że nawet nie odpowiem na taki komentarz – niech ewentualny komentator zobaczy na własne oczy jak wygląda umowa kredytowa na finansowanie nawet średniej inwestycji, to pogadamy. Zazwyczaj brakuje w niej jedynie zapisu, że bank może postawić kredyt w stan natychmiastowej wymagalności z powodu zwiększenia się ilości plam na słońcu.
Rząd rządzi, partia kieruje, a na wyspie stabilności jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej. Pojawić się mogą „przejściowe trudności”. Tak jak przykład „przejściowo” banki nie pożyczają nikomu, nawet sobie samym. Po takich przejściach może się okazać, że bezrobocie znów sięgnie 20% (realne, bo znów ze statystyką pomajstrują, a pan Boni ogłosi, że lenie nie chcący pracować nie mogą zawyżać statystyki).
Zauważmy, kryzys w Stanach Zjednoczonych ujawnił się po raz pierwszy w latem 2007 r., jako kryzys sub-prime. Ogłoszono wtedy, że są kłopoty, ale dotyczą tylko pożyczek niskiej jakości. W tym roku okazało się, że dotyczą wszystkich pożyczek hipotecznych, ale ogłoszono, że sfera produkcyjna nie ucierpi. Okazało, się, że ucierpi, choć na razie twierdzi się, że dotyczyć to będzie głownie producentów dóbr konsumpcyjnych (głównie producentów samochodów), w przyszłym roku ogłoszą, że….
Podobny mechanizm ma miejsce u nas, ale podobnie jak na ożywienie reagowaliśmy z opóźnieniem, tak i kolejne fale kryzysu z opóźnieniem do nas docierają. My jesteśmy na etapie kryzysu jaki USA miały w 2007 r.
Czy są powody do prawdziwych obaw. Wątpię, co jeść będzie dzięki naszemu „rozdrobnionemu i zacofanemu rolnictwu”, każdy kryzys się kiedyś kończy. Większość z nas pamięta ocet i musztardę na półkach, tak źle jak wtedy nie będzie. Najbardziej odczują kryzys zamożne społeczeństwa Zachodu, które ostatnich poważnych zawirowań doświadczyły po wojnie ( kartki w UK po II WŚ). Oni po prostu mają więcej do stracenia, my przywykliśmy
Mam wrażenie, że media wpadają na przemian w amok pod nazwą „jest strasznie”, by za chwile cytować oficjela mówiącego, że nic się nie dzieje. Psychoza maniakalno – depresyjna w klinicznej postaci.
My przeżyliśmy Niemca, Ruska przeżyjemy i Tuska. Chyba, że w sprywatyzowanym szpitalu – lodziarni, bo wtedy to może być różnie;)



Komentarze
Pokaż komentarze (2)