0 obserwujących
341 notek
82k odsłony
  291   0

Małgorzata Frankiewicz: Miłość i hormony

 Przeczytałam ostatnio bardzo interesującą z wielu względów książkę „Żyj i pozwól żyć”. Jest to wydana przez „Krytykę Polityczną” rozmowa z Agatą Bielik-Robson, przeprowadzona przez Michała Sutowskiego. W związku z przeznaczonym na dziś fragmentem Ewangelii przyszła mi na myśl zawarta w tej książce refleksja filozofki o miłości, jaka od trzynastu lat łączy ją z Cezarym Michalskim:

„Zdaje się, że robiono jakieś badania nad stadem szympansów i ich życiem seksualnym – swoją drogą tak wyglądają „próbki”, z których wyciąga się wnioski na temat człowieczeństwa – z których wynikało, że po czterech latach zanika jakiś tam hormon wydzielany przez przysadkę, który decyduje o tym, że akurat ten wybrany partner jest jeszcze atrakcyjny (śmiech). Czyli, biologicznie rzecz biorąc, po czterech latach wygasa atrakcyjność partnera; ale chyba od tego jesteśmy ludźmi, żeby sobie tę atrakcyjność jakoś rekompensować innymi środkami, tak mi się przynajmniej zawsze wydawało (śmiech). Ja stoję na stanowisku żydowskiego Exodusu, który jest wyjściem z natury. Człowiek ma obowiązek wyjść z natury, albo inaczej, bo to jest stały imperatyw – ma obowiązek wychodzenia z natury w każdej sytuacji. Na poziomie makro jest to istotne, czyli ekonomii, życia społecznego, i na poziomie mikro, czyli życia prywatnego”.

Tak, wiem, że publiczne ujawnienie związku Agaty Bielik-Robson i Cezarego Michalskiego było towarzyskim skandalem oraz wywołało ostrą krytykę ze strony katolickich konserwatystów. Myślę jednak, że właśnie ze względu na ten fakt, a także na dalekie od katolicyzmu stanowisko autorki zacytowanych słów tym bardziej warto przemyśleć je uważnie. Miłość została tu bowiem przedstawiona jako wyjście z natury, przekroczenie tego, co w nas tylko biologiczne i nie sprowadza się ona bynajmniej do religijnego nakazu, nie mieści się nawet w ramach żadnej wyznaniowej etyki, lecz stanowi uniwersalną humanistyczną wartość.

***

Dzisiaj słuchamy słów Jezusa o miłości: „Daję wam przykazanie nowe, abyście się wzajemnie miłowali tak, jak Ja was umiłowałem” (J 13, 34). Miłość do bliźniego była zalecana już wcześniej w Starym Testamencie: „Będziesz miłował bliźniego jak siebie samego” (Kp 19, 18). Teraz dowiadujemy się, że mamy miłować bliźniego nie tak, jak miłujemy samego siebie, lecz tak, jak umiłował nas Jezus. Nowe przykazanie miłości wypowiada On podczas Ostatniej Wieczerzy, czyli tuż przed swoją okrutną i haniebną śmiercią, która z czysto naturalistycznego punktu widzenia byłaby największą klęską, jaką można sobie wyobrazić. Każdy posiada przecież instynkt samozachowawczy wskazujący, a nawet wymuszający takie postępowanie, które służy ochronie własnego życia. Tymczasem Jezus nie tylko zgodził się umrzeć, ofiarował swoje życie, ale „przez swoją śmierć zniweczył śmierć naszą i zmartwychwstając przywrócił nam życie” (Prefacja Wielkanocna). Śmierć Jezusa to najwspanialszy, najpełniejszy przykład miłości, a zarazem wyjścia poza naturalne ludzkie ograniczenia.

Dla chrześcijan Jezusowa miłość jest wzorem do naśladowania i miarą miłości do drugiego człowieka. Mamy kochać bliźnich ze względu na miłość Boga, niejako poprzez pryzmat Jego miłości do każdego z nas. To znaczy między innymi, a może przede wszystkim przekraczanie swoich ograniczeń, słabości, niedostatków, kontrolowanie swoich instynktownych reakcji, panowanie nad destrukcyjnymi emocjami i wzmacnianie w sobie sił wytwarzających dobro. Na szczęście żyjemy w takich czasach i w takim miejscu świata, że niewielu z czytających te słowa stanie zapewne przed rzeczywistym wyzwaniem, aby jak Jezus oddać życie za drugiego człowieka, aby umrzeć dosłownie w sensie biologicznym dla kogoś czy zamiast kogoś. Jeżeli jednak chcemy kochać jak Jezus, musimy się godzić, aby w imię dobra innych ludzi codziennie umierał nasz egoizm. Musimy i możemy, wznosząc się ponad adrenalinowo-endorfinową huśtawkę, ponad zwalniający od odpowiedzialności neurofizjologiczny determinizm, który dominuje we współczesnej nauce o człowieku. rezygnować niejednokrotnie z różnych nawyków, upodobań i przyjemności, pokonywać lęki, wybierać trudniejsze drogi, kierować się rozumem wbrew popędom i namiętnościom.

Najważniejsze jednak, aby dostrzec, że inny człowiek to nie tylko mniej lub bardziej wydajny pracownik, urzędnik, od którego sporo zależy, atrakcyjny obiekt seksualny, prywatny bankier lub rodzaj polisy ubezpieczeniowej na trudne chwile. To nie tylko zbyt hałaśliwy sąsiad albo konkurent do ostatniego wolnego siedzącego miejsca w autobusie. To nie obcy, gej, alkoholik, lewak czy moher. To nie zestaw społecznych funkcji, nie pośpiesznie nalepiona etykieta, nawet nie pierwsze wrażenie, którego tak trudno pozbyć się w dalszych kontaktach. Jeżeli w drugim człowieku potrafimy zobaczyć „więcej”, „ponad”, jeżeli uwzględnimy w nim ów pierwiastek, ową tajemnicę nieokreśloną prawie tak samo jak obraz Boga w teologii negatywnej, to właśnie wtedy zaczynamy kochać, jak umiłował nas Jezus.

www.tezeusz.pl 

Rozważanie na V Niedzielę Wielkanocną, rok C1
Lubię to! Skomentuj1 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale