Przeszli się po Krakowie, wyszli na ulicę tak zwani niewierzący. OJ i hej.
Pokazali, że są, pokrzyczeli, powypisywali to i owo na transparentach, założyli koszulki z hasłami, rysunkami, i poszli, tylko po co to wszystko? Jak mawia klasyk Salonu24.pl, „tylko po co?”.
Takie bzdury, jak ta w Krakowie, wywołują moje zdumienie. No gdyby to był jeszcze happening…, ale oni rzekomo na poważnie, tylko ja naprawdę próbuję zrozumieć, z czego to wynika, jakie są motywy działań tej konkretnej kategorii osób?
Mogą one wynikać, no nie wiem sam, np. ze strachu egzystencjalnego, uświadomienia sobie, na serio kierkegaardowskiej - choroby na śmierć, albo powiedzmy w wyniku zazdrości, komu? ludziom wierzącym, albo też z frustracji, że się należy do mniejszości…
Jest też paradoksalna strona tego wydarzenia.
Według mnie może być to też, po pierwsze, przejaw wyrażenia poważnych wątpliwości na temat swej niewiary, tak, tak, po drugie, może być też zademonstrowaniem swojej wiary, wiary w Boga.
Taki paradoks egzystencjalny rzekomych ateistów, którzy ateistami wcale nie są.
Jest taka anegdotka, stara jak świat, czyli stara jak założone przez komunistów polskich Stowarzyszenia Ateistów i Wolnomyślicieli (SAiW):
Na jedno z zebrań SAiW-u przybył nowy członek, który przez cały czas trwania spotkania z uwagą przysłuchiwał się żarliwej dyskusji. Zebrani, co rusz przekonywali się nawzajem, że Bóg nie istnieje, ile to już zdobyto dowodów na odrzucenie tej słabej hipotezy, przekrzykiwali się tak z zawziętością przez trzy długie godziny. Kiedy już im zaschło w gardłach, zadyszeli się, zamilkli i rozejrzeli się po sali, wówczas dostrzegli tego nowego.
Zwrócili się więc do niego z pytaniem, czy zainteresowało go ich spotkanie i czy zapisze się, w związku z tym, do Stowarzyszenia Ateistów i Wolnomyślicieli.
Mężczyzna odchrząknął, uśmiechnął się i powiedział nieco onieśmielony:
„Ja? Och nie, przepraszam, i dziękuję za propozycję, ale ja jestem ateistą”.
Prawda jest więc taka, że prawdziwy ateista, naprawdę prawdziwy ateista, nigdy na ulicę nie wyjdzie, żeby oznajmiać wszem i wobec, wykrzyczeć swój ateizm, w końcu, mało go obchodzi problem istnienia czy nieistnienia Boga.
Osobiście takie manifestacje traktuję jako okaz słabości, a takie przemarsze, nie tyle jako wyraz wspólnotowości, pokazania społeczeństwu ilu to nas jest (500 czy 1000), ale raczej jako rodzaj terapii grupowej.
Niestety, gdyby to towarzystwo jeszcze w jakieś głębsze idee wierzyło (wiedzę, naukę jak ponoć postuluje), jakąś, powtórzę, ideę wiodącą, a tu, takie puste, smutne, festyniarskie nic.
Aż żal słuchać i patrzeć.
Bo jeśli Boga nie ma, to po co to manifestować, po co się fatygować na ulicę, kiedy On nie istnieje?




Komentarze
Pokaż komentarze (6)