Paweł Graś - tu nie ma co drzeć szat, taki jego zawód, by koloryzować rzeczywistość i upewniać Polaków, że od 2007 roku żyje Im się idealnie w koalicyjnym "matriksie" - i Donald Tusk, wspierający go powagą urzędu premiera popełnili ostatnimi czasy wiele publicznych wypowiedzi, jakoby wszystko (lub niemal wszystko) na pukające do bram mistrzostwa Europy zostało dopięte na ostatni guzik. Abstrahując od łgania Polakom w żywe oczy (może oni naprawdę w to wierzą?), to właśnie okres pięciu lat przygotowywania się do największej imprezy w Naszej historii pokazuje jak na talerzu fachowość rządu i fachowość urzędników mianowanych przez premiera Tuska.
Rację mieli ci, co uprawiali czarnowidztwo - przygotowania do Euro stały się gigantycznym, ordynarnym skokiem na kasę, podczas którego to skoku wykwitło wiele fortun "nowobogackich" przyjaciół. Jestem głęboko przekonany, że gdyby ktoś za kilka lat wpadł na pomysł stworzenia wielkiej komisji śledczej (najlepiej apolitycznej, złożonej z fachowców) powołanej celem podsumowania dziesiątek sposobów w jakich rozmywały się miliony złotych, to już sam rzut oka na faktury i rachunki (zważmy: ze świecą w ręku szukać inwestycji której wartość wyniosła tyle, ile zakładano na początku - a nie kilkakrotnego przebicia w górę) spowodowałby, że włosy szanownych fachowców stanęłyby dęba na szacownych głowach. Nazwijmy rzeczy po imieniu - przez ostatnie pięć lat byliśmy bezpośrednimi świadkami największego nadużycia finansowego w historii Rzeczypospolitej, nadużycia niestety firmowanego przez obecnie rządzących, w dodatku stojących na doskonałej pozycji - wszak każdy, kto wskazywał na horrendalne koszty przygotowań lub absurdy budowania gigantycznych stadionów zostawał z góry ofuknięty jako "przeciwnik jakościowego skoku Polski", albo "wsadzający kij w szprychy święta wszystkich Polaków".
Mamy zatem tandem urzędowych optymistów - Grasia i Tuska - którzy przekonują Nas, że jest dobrze, a wręcz bardzo dobrze i Euro będzie jednym wielkim sukcesem organizacyjnym. Cóż, trzeba trzymać za to kciuki - wiadomo, że w Polsce sukcesy przypisze sobie wyłącznie PO, natomiast w Europie i na Świecie ewentualne pochwały spłyną na Polskę jako na Polskę, bez przynależności partyjnej. A kto wie, jeśli Donald Tusk będzie mógł wpisać sobie do CV takie pochwały to przekona go to do szybszego wypłynięcia na szersze, brukselskie wody - z korzyścią dla niego, a przede wszystkim dla Kraju.
Naturalnie propaganda sukcesu ma swoje prawa, i należy pod dywan niepamięci zamiatać takie sprawy, jak choćby kolejny - który to już z kolei? - skandal ze Stadionem Narodowym. Za dwa tygodnie rozpocznie się turniej, natomiast generalny wykonawca do teraz nie rozliczył się z budowy z Narodowym Centrum Sportu (tak tak - tegoż Centrum, którego wierchuszka zdążyła się już obdzielić tłustymi premiami). Mamy przeto taką sytuację, że do tej pory nie ma protokołu odbioru końcowego budowy największego obiektu sportowego w Polsce, co nie przeszkadza formalnie nadzorującej NCS ministrze Musze wdzięczyć się przed kamerami i być gotowej rozmawiać już tylko i wyłącznie o "sprawach sportowych". Protokół odbioru zaś podpisany być nie może, bowiem główny inwestor - wybrany przez NCS i dotowany już wcześniej grubymi milionami, mimo opóźnień w budowie - nie wypłacił podwykonawcom sporych kwot. I koło się zamyka, bo wykonawca i NCS wzajemnie przerzucają się odpowiedzialnością za uregulowanie zaległości. Na dwa tygodnie przed Euro.
Hydrobudowa - główny inwestor - jak i podwykonawcy mają zresztą sporo zarzutów do "fachowości" urzędników z NCS-u (jak wiemy, miast zapowiadanych "wybitnych menedżerów", zasiadają tam przeważnie nominaci partyjni + fryzjer). Z ich uwag - nawet, jeśli część jest wynikiem rozgoryczenia - przeziera przerażający obraz niedbalstwa, bylejakości i budowania stadionu na "odwal się". Projekt budowy - za który też ktoś wziął niebagatelne pieniądze - był zmieniany wielokrotnie, bo co rusz wychodziły architektoniczne kwiatki, uniemożliwiające dalsze prace. Podwykonawcy utrzymują, że na placu budowy - w środku wielkiego Państwa europejskiego, w XXI wieku - nie było żadnej windy towarowej, dlategóż ciężki sprzęt i narzędzia noszono ręcznie, jak za pierwszych faraonów. Nadzory architektów zamykały się w gabinetach na długie tygodnie, deliberując o potrzebie przesunięcia tego i owego, a budowa stała, nie mając co ze sobą począć.
Obecnie zapewnia się Nas, że wszystko jest już niemal na ukończeniu, a przepłacony o koszt trzech stadionów w Gliwicach (każdy nowiutki, skromniutki stadionik kosztował prawie 50 mln) moloch jest gotowy na turniej. Odbył się na chybcika żenujący mecz rezerw Legii i Sevilli, żeby wszystko zgadzało się w papierach. Sowite premie w NCS-ie zostały pobrane, pewnie niebawem dowiemy się też o nagrodzie "motywacyjnej" dla ministry Muchy, za "doskonałe przygotowanie sportowe turnieju". Jasne, protokół odbioru da się jakość obejść - zawsze można zaszantażować emocjonalnie podwykonawców, że działają na szkodę święta Polaków - ale pokazuje to jak w soczewce, jak wiele podczas tych pięciu lat zmarnowano czasu i pieniędzy. I jak trzeba teraz działać na ostatnią chwilę. Przykład "przejezdności" autostrad tylko to potwierdza. Trzeba, powiadam, trzymać kciuki za sukces organizacyjny mistrzostw, ale na razie to jednak strach się bać.
Naturalnie - o tym z ust ministra Grasia i premiera Tuska nie usłyszymy. Miast tego karmieni jesteśmy głodnymi kawałkami o "90 procentach" normy i uspokajani fałszywymi uśmiechami. Ba, jeśli Graś usłyszy, że ten wywiad jest akurat dla stacji zagranicznej - jak cię widzą, tak cię piszą - to bez kozery powie "pińcet".
1156
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze (16)