Bartosz Arłukowicz - w rzadkim jak na niego przejawie pracowitości i zainteresowania się sprawami własnego resortu - zdecydował się, najpewniej w porozumieniu z PR-owskimi służbami premiera (nie ma w tym nic zdrożnego, swoją drogą, byleby Państwo na tym nie traciło) poświęcić krytykowanego zewsząd szefa NFZ-u i rzucić go "medialnym wilkom" na pożarcie. Donald Tusk - jak to Donald Tusk - na razie trzepoce rzęsami, grając niezdecydowaną panienkę, a w gruncie rzeczy sonduje powolutku, czy taki pomysł się społeczeństwu spodoba, bo jeśli chodzi o sondaże, to obecna władza wielce sobie szanuje zdanie obywateli. Niestety, tylko wówczas.
Odwołania Jacka Paszkiewicza chciało niemal całe środowisko medyczne, wskazując na skandaliczne przykładny zarządzania Funduszem jak prywatnym folwarkiem. Wśród zarzutów przewijały się choćby takie, jak podział funduszu zapasowego za 2010 r. całkowicie wedle własnego widzimisię (bez konsultacji Mazowsze dostało 500 milionów, Śląsk natomiast - 15), zupełna obojętność na - żyjących z nożem na gardle - chorych, skonfudowanych zamieszaniem z chemioterapią czy wreszcie niczym nie wytłumaczalne zakusy na zlikwidowanie jedynej w kraju karty chipowej ze Śląska (na zasadzie "bo tak") i w efekcie dążenie do absolutnego sparaliżowania obsługi medycznej w jednym z najgęściej zaludnionych regionów Polski. Jeśli dodamy do tego nałożenie przez UOKiK miliona złotych kary za faworyzowanie w czasie kontraktowania dotychczasowych kontrahentów NFZ-u (co miało niemal uniemożliwiać podjęcie współpracy z Funduszem przez nowe, atrakcyjniejsze podmioty) to mamy przerażający obraz całości.
Warto jednak pamiętać, w świetle powyższych - prawie że kryminalnych (zwłaszcza zamieszanie z chemioterapią i receptami) zarzutów, iż Jacek Paszkiewicz był faworytem i nominatem poprzedniej minister zdrowia, Ewy Kopacz. Szef NFZ-u nieomalże od początku swojego czteroletniego panowania znalazł się pod ogniem zasłużonej krytyki, a jego amatorskie i szkodliwe zarządzanie wywoływało ostry sprzeciw zarówno polityków, jak i lekarzy. O rozgoryczonych chorych nie ma co wspominać, bo Ewa Kopacz i jej urzędnicy zupełnie się tym nie interesowali. Można mnożyć przykłady ludzi, zatrudnianych po znajomościach na wysokich stanowiskach - w partii, która słowami Agnieszki Holland (reżyserka powoli przejrzała na oczy) zamienia się w "platformę kolesi" to norma. Wiadomo też, że większość "kolegów" prezentuje sobą fatalny poziom merytoryczny i zupełną niezdolność do zarządzania materią Państwową, jednak umówmy się, szefowanie NFZ-owi to jednak poświęcenie interesów żywych, cierpiących ludzi na ołtarzu załatwiania posadek przyjaciołom.
Dlategóż serdecznie bawi marsowa mina premiera, który zapewnia wszem i wobec, że "porozmawia" z Paszkiewiczem i dopiero wówczas podejmie decyzję, cóż z tym nieudolnym urzędnikiem zrobić. Można też przypuszczać, że gdy w końcu faworyt Ewy Kopacz odejdzie w zasłużony niebyt (wątpię, by przyjaciółka dała mu zginąć z głodu) to jego miejsce zajmie kolejny znajomek, tym razem Arłukowicza, którego zresztą sukcesy na polu rozdawnictwa etatów są jak na razie jedynymi (tym większa szkoda, że nie może się nimi pochwalić opinii publicznej). Problem tkwi gdzie indziej, jak mniemam - przez cztery lata Państwowa struktura opieki medycznej była rozmontowywana przez fatalne zarządzanie NFZ-em, a Ewa Kopacz potrafiła - będąc ministrem zdrowia, a zatem mając obowiązek dbać o służbę zdrowa - jedynie bronić swojego nominata, odrzucając z oburzeniem wszystkie zarzuty merytoryczne, jakich prezesowanie Paszkiewicza niewątpliwie dostarczało multum.
Dziś Paszkiewicz może odejść, aczkolwiek straconych czterech lat w służbie zdrowia nie da się nadrobić, zwłaszcza przy ministrze, który od stycznia i lutego nie potrafi znaleźć czasu na podpisanie rozporządzeń. Natomiast premier, wypowiadając ostrzejsze słowa o odchodzącym szefie NFZ-u ani jednym zdaniem nie zająknie się nad sprawczynią takiego zamieszania - kobietą, która potrafiła w żywe oczy kłamać z trybuny sejmowej i zostałą w nagrodę mianowana marszałkiem Sejmu. Zresztą sama Ewa Kopacz zachowuje się, jakby pełnienie przez nią roli ministra zdrowia było wydarzeniem z jakiegoś innego wymiaru - zamieszanie receptowe? Nie pamiętam. Zamieszanie z chemioterapią? Nie pamiętam. Macie teraz innego ministra, dziennikarze, do niego kierujcie zapytania jak ogarnie bałagan, który bezrefleksyjnie zostawiłam.
Powiadają, że nie można stygmatyzować człowieka nie znając go osobiście i oceniając tylko jego działalność publiczną, ale pewien jestem, że za kilka lat, kiedy efekty karygodnych zaniedbań uderzą z największą siłą, Ewa Kopacz będzie zapamiętana w historii jako jedna z najmroczniejszych postaci w Polskiej polityce.
2179
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze (32)