Pamiętają Państwo zamierzchłe już czasy (od których jednak, mimo, że były to jeno dwa lata, rozpoczęły się wszystkie nieszczęścia nękające Polskę Donalda Tuska nawet dziś?) rządów teraźniejszej opozycji? Tekę ministra edukacji dostał wówczas w ramach koalicyjnych ustaleń Roman Giertych i rozpętało się medialne piekło. Załamujący ręce publicyści ostrzegali przed wpełzaniem faszyzmu do szkół, protestowali przeciwko tworzeniu z dzieci "kuźni kadr" dla Młodzieży Wszechpolskiej, wieszczono wszem i wobec edukacyjną Sodomę i Gomorę. Czas pokazał, że wszelkie obawy były mocno na wyrost, mało tego - gdy Giertych przeszedł po latach na "słuszną stronę" i począł krytykować swojego byłego premiera, spoglądano na niego o wiele przychylniej. Doprawdy, tylko czekać na akces do Platformy Obywatelskiej i tworzenie ultra-konserwatywnej przeciwwagi dla grupy Gowina.
Ów przydługi wstęp to nic innego, jak moje przypomnienie sobie historii politycznej Romana Giertycha w kontekście koalicji PO-RAŚ w sejmiku Województwa Śląskiego. Sam prezydent Komorowski krytykował dopuszczenie do tegoż porozumienia w chwili jego zawierania, a całkiem niedawno - podczas kolejnej wizyty na południu - klarownie przedstawił swoje negatywne stanowisko w sprawie przyznania Jerzemu Gorzelikowi (liderowi RAŚ) nadzoru nad edukacją i kulturą na Śląsku, wskazując - nawet słusznie - że wydanie pozwolenia na edukowanie młodzieży człowiekowi, który otwarcie wzywa do rozsadzenia Państwa przez podział na autonomiczne regiony, nie jest najfortunniejszym pomysłem. Na razie jednak śląskie struktury PO niewiele sobie z oburzenia prezydenta robią, a cały "zgniły kompromis" trwa w najlepsze.
Dlaczegóż zgniły? Cóż, na Śląsku nie brakuje ludzi autentycznie zainteresowanych dobrobytem tego regionu - pałających miłością do śląskich ziem, przejętych kultywowaniem gwary i tradycji regionalnych, podkreślaniem wreszcie wielkiej roli Niemców w industrializacji i unowocześnieniu przemysłu, której odmówić im nie sposób. Wielu z tych porządnych, zacnych patriotów lokalnych zawierzyło tworzonemu przez Gorzelika RAŚ-owi, nie widząc, że są wodzeni za nosy przez zwykłego politycznego oprtunistę, który znalazł wygodny pretekst "autonomiczny" by pozostać w orbicie władzy na Górnym Śląsku. Dobry wynik w wyborach i koalicja z PO tylko potwierdziła jego silną pozycję.
Problem jednak tkwi gdzie indziej - Gorzelik, by zachować swoje poparcie i pokazać, że jest w zgodzie ze swoimi ideałami (o ile naturalnie je posiada) musi cały czas iść w żądaniach krok naprzód. A to sprawia, że jego drogi z Platformą powolutku zaczynają się rozjeżdżać. Pozostając więc we własnej "poetyce" Gorzelik zapowiedział dziennikarzom, że "...dalsze funkcjonowanie województwa opolskiego straciło sens", a całą Opolszczyznę należałoby jak naszybciej wcielić do Górnego Śląska, który, jako twór bogatszy i większy z pewnością potrafiłby podyktować Opolanom swoją wolę. Zaprotestowało opolskie PiS - a w sukurs niespodziewanie przyszedł tamtejszy marszałek województwa (nomen omen z PO), który napisał list do swojego śląskiego odpowiednika (de facto szefa Gorzelika) list protestacyjny w sprawie Gorzelika.
List był dość mocny i zawierał konkretne zarzuty - oto Gorzelik, przecież występujący publicznie jako przedstawiciel władz województwa - oficjalnie podważa samodzielność innego województwa, mało tego, zdaniem marszałka opolskiego bezczelnie uwłacza społeczności regionu opolskiego. Na razie dalszych listów w tej fascynującej korespondencji pomiędzy dwoma marszałkami z Platformy, deliberującymi nad "niegrzecznym, niesfornym dzieckiem" jeszcze nie ma, a z pewnością będą wielce ciekawe. Jak dotąd tylko niezawodny (okrutnie wygwizdany podczas pielgrzymki mężczyzn do Piekar Śląskich, swoją drogą) szef śląskiego PO - Tomasz Tomczykiewicz wziął Gorzelika w obronę, wypowiadając nader oryginalne słowa:
"...to nie czasy komuny, by traktować ten temat jak temat tabu, by w ogóle były jakieś tematy tabu (...)wszystkie rozwiązania, które będa służyć rozwojowi Śląska, muszą być dyskutowane...". Tu mała errata do tej interesującej wypowiedzi - są pewne tematy tabu, o których wiceminister Tomczykiewicz zapomniał, ot choćby kwestia ustawy metropolitalnej dla Śląska, którą - kłamiąc wyborcom w żywe oczy - solennie przysięgał uchwalić w sto dni od swojego wyboru do ław poselskich. Dziś do tematu wracać nie lubi.
Mamy zatem zaczątek tego, co może dziać się w przyszłości w koalicji PO-RAŚ, koalicji - nazwijmy rzeczy po imieniu - szkodliwej dla śląskiej kultury i tożsamości, bo prowadzącej do jej wynaturzenia i do zastąpienia miłości Ojczyzny przez miłość tylko i wyłącznie do jednego regionu. Krytycy tegoż "zgniłego kompromisu" już mogą zacząć narzekać : a nie mówliśmy? Bo cokolwiek będzie się działo, Gorzelik zaszedł tak wysoko właśnie dzięki swoim hasłom, i, by w "siodle" się utrzymać, musi swoją retorykę zaostrzać. A ponieważ gdzie okiem nie spojrzeć, rządzą samorządowcy z PO - Tomczykiewicz jeszcze nie raz będzie musiał świecić oczami za niesfornego koalicjanta.
Mam nadzieję, że ktoś we władzach PO wreszcie podliczy sumę zysków i strat i odpowie na pytanie, czy było warto wpuszczać lisa do kurnika. Chyba jednak nie.
701
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze (37)