Mamy już w Polsce taką sytuację, że nawet nagroda zagraniczna dla premiera - kimkolwiek by nie był - wywołuje ostry spór. Jak mniemam, Zachód, w tym kapituły przyznawanych nagród spoglądają na Nasze waśnie z pewnym niedowierzaniem i wzruszając ramionami - cóż, nie bez kozery zwrot polsk riksdagrobi taką karierę nie tylko w Szwecji. To jedna strona medalu, ale jest i druga, tym bardziej zastanawiająca, że Donald Tusk jest historykiem. Po dłuższym zastanowieniu - był historykiem, bowiem wszelkie jego działania zdają się wskazywać, że zapomniał o tym, iż historia lubi się powtarzać. Rozchodzi się naturalnie o nagrodę im. Walthera Rathenaua - nader szanowanego w Niemczech polityka, dla Polski jednak będącego symbolem niemiecko-rosyjskiego paktu w Rapallo.
Nie można czynić wyrzutu, że ów polityk ze wszystkich sił pracował dla dobra okaleczonych po I wojnie Niemiec - a ponieważ Niemcy (abstrahując od pokutującego w społeczeństwie urazu do Polaków "okradających" ich ze wschodnich ziem) obawiały się odrodzonej Rzeczypospolitej, to zgodnie z ichniejszą racją stanu "wróg naszego wroga stawał się naszym przyjacielem" - stąd właśnie Rapallo i zwąchanie się kulejącej - ale jeszcze demokracji - ze zbrodniczym system komunistycznym. Cóż, w porównaniu z wieloma innymi Niemcami (i pewnym Austriakiem) tamtych czasów Rathenau nie był ani największym, ani najgorszym wrogiem Polaków - wykorzystał po prostu w pewnym momencie szansę, jaką na jego miejscu wykorzystałby każdy odpowiedzialny, myślący dalekosiężnie statysta.
Co w żaden sposób nie umniejsza jego - nieco przejaskrawiając - złowieszczej roli w historii Polski, bowiem Rapallo stało się początkiem umożliwiającym wyhodowanie niezwyciężonego Wehrmachtu. Naturalnie trudno oskarżać Rathenaua o włożenie Hitlerowi broni do ręki, niemniej stworzył on podwaliny do odbudowy potęgi niemieckiej, o której wiadomo było - nawet mimo osobistej niechęci polityka do agresywnych nacjonalistów - że wcześniej czy później o Śląsk czy Wielkopolskę - uważane tradycyjnie za ziemie niemieckie - się upomni. Donald Tusk jako historyk powininen to wiedzieć, tudzież zaczerpnąć wreszcie opinii profesora Tomasza Nałęcza (który od dobrego roku nie miał chyba okazji do wypowiedzienia się na tematy do których komentowania został powołany na Państwową pensję, za to z radością komentuje wszystko inne) i dwukrotnie zastanowić się, czy taką nagrodę warto przyjmować.
W pewnym sensie takim wyartykułowaniem wahań było stwierdzenie Donalda Tuska - podczas odbierania nagrody - że Rathenau "wielce by się zdziwił" widząc premiera Polski odbierającego wyróżnienie jego imienia. Nie chodzi oczywiście o strzelanie fochów i pogardliwe odmówienie werdyktu kapituły na zasadzie "nie bo nie", ale o próbę wytłumaczenia Niemcom, z czym Polakom kojarzy się Rapallo, i że jest w niemieckiej przestrzeni publicznej tyle innych, neutralnych nagród, iż można się zastanowić nad przyznawaniem tamtych właśnie. A skoro teraz przyznało się taką - no to fajnie, wykorzystajmy to, by przybliżyć Niemcom Nasze racje historyczne odnośnie postaci Rathenaua. Bez obrażania się, z uśmiechem, z konstruktywnym wytłumaczeniem co i jak.
Naturalnie w Polsce już tak łatwo być nie może - Nasi "elitarni" politycy starli się ze sobą i to od razu z grubej rury, bowiem deliberowali ze sobą Stefan Niesiołowski i Jacek Kurski - ich wspólna obecność w jednym studio radiowym jest perfekcyjnym dowodem na to, że Monice Olejnik i wydawcom programu nie zależało na porządnej dyskusji nad tym delikatnym problemem, tylko na ordynarnej pyskówce dwóch zacietrzewionych mężczyzn. Szkoda - ale wpływy z reklam rosną proporcjonalnie do słuchalności i każdy w redakcji jest zadowolony. Kurski całkiem słusznie punktował, że Rathenau był politykiem proniemieckim, a więc w żaden sposób nie żywił przyjaznych uczuć do Polski, chociaż nie byłby sobą, gdyby nie uciekł w górnolotne określenia typu "wielki kryzys polonizmu" czy "Barak Obama oskarżający Polaków o mordowanie Żydów". Można i tak, panie europośle, tylko trochę czasu antenowego szkoda na taką tabloidyzację wypowiedzi publicznych.
Stefan Niesiołowski też nie zawiódł - Monika Olejnik swoją drogą wielce ryzykowała, znając stosunek owego dżentelmena do kobiet z mikrofonem - i ze swadą godną profesora od owadów opowiadającego o historii rozgrzeszał Rathenaua stwierdzeniem, że został zamordowany przez prekursorów hitleryzmu, aczkolwiek warto byłoby dodać, iż był w Niemczech postacią tak znienawidzoną, że polowanie nań odbywało się na zasadzie "kto pierwszy ten lepszy" i zabić mogła go dosłownie każda grupa polityczna. Innymi słowy - dla obrony Donalda Tuska, chociaż wystarczyłoby przyznać, że jest to kwestia delikatna i lekko niefortunna - Stefan Niesiołowski zareagował, jak to on, agresją i wykrzykiwaniem truizmów typu "Rathenau nie prowadził polityki prohitlerowskiej" - czego nie można powiedzieć o żadnym polityku działającym na początku lat dwudziestych XX wieku, a już zwłaszcza o Adolfie Hitlerze, który wówczas tkwiąc na zupełnym marginesie nawet regionalnej polityki niemieckiej, gdzieś w bawarskich knajpach snuł plany wielkiego puczu.
Zatem - zamiast dobrej okazji do dyskusji o polityce historycznej mieliśmy kolejną dyskusję o personaliach. Jedna strona usilnie stara się zauważyć, jaki to Donald Tusk jest zły i anty, a przy okazji proniemiecki, zaś obóz rządzący (Stefan Niesiołowski panicznie boi się życia bez mandatu poselskiego) odpowiada, że to nie tak, że jest inaczej i wszystko jest w najlepszym porządku a premier może przyjmować każdą nagrodę, jaką chcę i nic Polakom czy opozycji do tego.
Szkoda, chyba bez wyborczej wymiany pewnych nazwisk się nie obejdzie.
943
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze (13)