Tytułem wstępu - proszę mi wybaczyć pisanie o sobie, wiem, że to mało eleganckie. Do rzeczy przeto: być może jestem wyjątkiem wśród katolików (tak by wychodziło ze stereotypu), ale nie mam nic do ateistów - co ewentualnie stawia mnie w opozycji do, dajmy na to, Wojciecha Cejrowskiego, mego brata w wierze, który wychodzi z założenia, że jako katolik ma obowiązek misyjny. Nie wiem, czy jestem dobrym czy złym katolikiem, bowiem ja do takiego obowiązku się nie poczuwam - zakładając, że każdy rozumny człowiek został obdarowany wolną wolą i żyć może po swojemu. Ba, powiem więcej - znam niemałą liczbę ateistów, którzy kierują się (zapewne nieświadomie) przykazaniami zawartymi w dekalogu o wiele skrupulatniej niż niektórzy chrześcijanie. Czasem tylko zastanawiam się - bardziej na płaszczyźnie lekkich rozważań - dlaczegóż tylu inteligentnych ludzi nie chce podjąć osławionego zakładu Pascala. Ale, jeszcze raz powiadam, ich wybór, ich decyzje, ich prawo.
Do machnięcia tej notki sprowokowała mnie zapowiedź działań Stowarzyszenia Ateistycznego Śląsk. Prawdę mówiąc, zupełnie nie wiem, kim są, jakie mają zamierzenia, jaki światopogląd reprezentują - po prostu do tej pory nigdy się z ich działalnością nie spotkałem, a i specjalnie - z racji stania po drugiej stronie "barykady" do tego nie dążyłem. Jutro mamy Boże Ciało - dla jednych powód do utryskiwań, że kolejne święto kościelne jest pretekstem do dnia wolnego (zgadzam się, gospodarka takich "prezentów" bynajmniej nie potrzebuje), dla innych powód do radości i przeżywania swoich spraw duchowych na barwnych przemarszach. Tu mały suplement, będący jednocześnie moją samokrytyką - większośc spośród narzekaczy (w tym i piszący te słowa) na "uleganie" kościołowi katolickiemu w kwestii dni wolnych jednocześnie zaciera ręce na myśl o przedłużonym weekendzie. Jeszcze inni narzekają na blokowanie miast i wsi przez procesje, i "epatowanie" symbolami kościelnymi na prawo i lewo. Nieco racji można im przyznać, bo przecież istotnie może to komuś przeszkadzać - ludzie są różni, trzydziestu milionów Polaków naraz nie da się zadowolić.
Stowarzyszenie Ateistyczne na Śląsku postanowiło przeto wykorzystać święto kościelne do promocji swoich - hmm, postaw, ideałów, promocji samych siebie? Trudno orzec. Podczas przemarszu uroczystej procesji w Katowicach - jednej z największych w regionie śląskim - zamierzają podążać jej śladem i rozdawać wśród uczestników ulotki ostrzegające przed pedofilią wśród księży i informujące, gdzie można uzyskać pomoc psychologiczną i prawną dla ofiar zmolestowanych przez duchownych. Ktoś powie - ich prawo, skoro przeciwnicy homoseksualistów szermują argumentem, że wśród tej mniejszości seksualnej jest spory odsetek pedofilów, to i stosowne wyniki badań (kto te badania prowadził, swoją drogą?) będących koronnym dowodem na problem tej dewiacji wśród księży można przedstawiać. Pewnie, że można - i kto zechce, może słuchać, wszak czarnych owiec nigdzie nie brakuje.
Problem - jak mniemam - tkwi w czymś innym. Grupy ateistów jednoznacznie stawiają na konfrontację - takim zachowaniem pokazując, że nie zależy im na rzeczowej debacie i punktowaniu uchybień w klerze katolickim, jeno na prostackie, chamskie uderzenie w czuły punkt swojego przeciwnika. Doprawdy nie wiem, co nimi kieruje - czy potrzeba taniego poklasku w swoim otoczeniu, czy potrzeba zaistnienia w mediach, czy wreszcie potrzeba rozreklamowania własnej działalności. Bo na pewno nie rozchodzi się o potrzebę zauważenia swojej ideologii - bo, z jednej strony zarzuca się kościołowi nietolerancję, a z drugiej bezrefleksyjnie wchodzi się z butami w ważne dla katolików święto i atakuje wroga w chwili "słabości". Dla mnie - jak sądzę, nie tylko dla mnie - nie jest to dowód na dążenie do racjonalnej dyskusji, tylko prymitywny atak wszelkimi dostępnymi środkami. Z taką wrogą i nietolerancyjną wobec innych ideologią moi znajomi ateiści - tegoż jestem pewien - nie chcą mieć nic wspólnego, a stosujący ją śląscy ateiści perfekcyjnie "wchodzą w buty" nietolerancji i braku szacunku dla oponentów, z ktorymi rzekomo walczą.
Swojego czasu głośna była - zwłaszcza w "Wyborczej" - sprawa dżentelmena, który w proteście przeciwko (jego zdaniem) szarogęsieniu się kościoła w sferze publicznej pląsał w przebraniu owada dookoła innej procesji. Głos zabrali wszyscy - od etyków, przez polityków, po prokuratorów - ale we wszystkich wypowiedziach zabrakło mi podkreślenia jednej, elementarnej i podstawowej cechy zdrowego dialogu społecznego - szacunku wobec drugiego człowieka, i szacunku wobec tego w co ów wierzy lub nie wierzy. Pląsający owad i śląscy ateiści mają bardzo wiele wspólnego - walcząc z kościołem gotowi są deptać wszelkie świętości swoich wrogów, na zasadzie - cel uświęca środki. Nie jest to specjalny powód do dumy i z pewnością nie tędy droga.
Obstawiam zatem niedojrzałość publiczną śląskich niewierzących - wolałbym ufać w taką wersję, niż na przykład jawne dążenie do prowokacji - a nuż znajdzie się krewki katolik, który nie zdzierży wtryniania mu ulotki o pedofilach podczas modlitwy, i już mamy jak na dłoni dowód na "agresję" i "nietolerancję" ślepych niewolników "czarnych katabasów". Jeszcze raz powiadam, drodzy niewierzący - nie tędy droga.
Żyjcie i dajcie żyć innym.
953
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze (57)