trescharchi trescharchi
902
BLOG

Smutne pisanie Moniki Olejnik.

trescharchi trescharchi Polityka Obserwuj notkę 9

Chcąc nie chcąc - trzeba się jednak zająć sprawą, dość bulwersującą, a jednocześnie nader symptomatyczną w swym wyrazie, czyli felietonem (czy komentarzem) redaktor Moniki Olejnik w "Wyborczej". Swoją drogą zawsze zdumiewała mnie ta wieloetatowość pewnych dziennikarzy, zwyke zawarta w zbiorze zamkniętym tytułów jednego nurtu (GW, TOK FM, TVN, Radio ZET, Superstacja, etc.) - niekiedy jest tak, że człowiek dzierży pilota, skacze po kanałach i akurat trafi zbiegiem okoliczności na pasmo powtórek, gdzie te same twarze widać na kilku stacjach z rzędu. Naturalnie, w większości to prywatne biznesy i nic Nam do tego, kogo na swoje łono przyciągają, ale z pewnością jest wielu młodych, ambitnych dziennikarzy którzy wobec takiego monopolu "starej gwardii" przebić się nie mogą i chałturzą gdzieś - ku rosnącej frustracji - w lokalnych czasopismach, relacjonując dni gminy.

Przyznam szczerze, że od czasu 10 kwietnia 2010 roku zdecydowanie nie lubię Moniki Olejnik. Przedtem - cóż, była jedną z wielu dziennikarek "głównego nurtu" i w zasadzie było wiadomo, kogo lubi a kogo nie, pomimo uporczywego udawania przed Nami (a może i samą sobą) bycia obiektywną. Natomiast po Smoleńsku wszystko się zmieniło, przypomniałem sobie bowiem o pewnym filmie dokumentalnym - "Czarny Serial", bodajże z 2000 roku, w którym Monika Olejnik spaceruje z kamerzystą po Lesie Kabackim i łamiącym się głosem opowiada swoje wrażenia z pobytu na miejscu tamtejszej katastrofy lotniczej, nazywając je "największym wydarzeniem w swojej karierze dziennikarskiej", dodając też, że "nigdy nie zapomni tego, co tam widziała". Pamięć o tej straszliwej tragedii, która - co zrozumiałe - musiała wryć się głęboko w pamięć redaktorki w żaden sposób nie przeszkodziła jej manipulować informacjami i wydawać autorytarne sądy o przyczynach katastrofy w Smoleńsku, nie bacząc na to, że swoimi - widocznymi przecież na najczęściej oglądanych kanałach - zachowaniami może krzywdzić wiele rodzin ofiar, cierpiących podobnie jak te z 1987 roku. Tak po ludzku mnie to zabolało i źle nastawiło do pani redaktor.

Natomiast pewnym problemem jest - myślę, że dla kondycji Polskiego dziennikarstwa w ogóle to ważki, fundamentalny problem - dualizm przekazu płynący z "wieloetatowości" Moniki Olejnik, jakby nie było - persony w środowisku niezwykle wpływowej. Nie wiem, czy w zgodzie z obiektywizmem może pozostawać fakt, że Monika Olejnik na łamach "Wyborczej" pisze ostry komentarz - zajmując pewne stanowisko i stawiając ostre tezy - a potem w swoim programie, czy to radiowym czy telewizyjnym przepytuje ludzi mających na ten temat inne zdanie. Czy zatem redaktorka zmienia się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, przestępując próg studia? A przed ekranem laptopa jest inną Moniką Olejnik? Jakże się to ma do hasła jej telewizyjnej stacji o całej prawdzie całą dobę, skoro pisząc konkretne teksty "z tezą" w "Wyborczej" Olejnik ewidentnie rozgranicza prawdę na "moją" i "ich"?

Tym razem poszło o kwestię nieco delikatną - z pogranicza dyplomacji, z pogranicza wizerunku Polski w Unii Europejskiej i z pogranicza zachowania ładu medialnego w Polsce. Monika Olejnik na łamach "Wyborczej" relacjonuje "swoją" prawdę na temat wizyty ojca Rydzyka w Brukseli. Przypomina czytelnikom agenturalną przeszłość kilku członków rządu Olszewskiego, konkludując - jak dla mnie skandalicznie naginając fakty, bo przecież wejść w czyjąś głowę nie potrafi - że "...Olszewski nawet nie zadał sobie trudu by sprawdzić, kogo powołuje do rządu...". Zasadniczo nie ukrywa swojej niechęci do mediów redemptorysty, delikatnie je "obśmiewając", wyciągając zza pazuchy - przy okazji podawania informacji o "rzekomym" pragnieniu dialogu ojca Rydzyka - lekko już zapomniane określenia o spotkaniu kobiet ze śp. Marią Kaczyńską, określenia, które istotnie nie przystoją wychowanemu człowiekowi. Licząc jednak na dobrą pamięć Moniki Olejnik czekam z radosnym niepokojem na przypomnienie "kaszalotów" przy okazji relacjonowania kolejnego spotkania prezydenta Komorowskiego ze środowiskami kobiecymi.

Monika Olejnik wskazuje też - tu pełna zgoda - na bulwersujące w gruncie rzeczy posługiwanie się krzyżem do przepychanek politycznych i zawieszanie znaku wiary chrześcijańskiej nad krzesłem przewodniczącego PE przez jakiegoś chłopaka z klubu "Gazety Polskiej". Ani to potrzebne, ani eleganckie, podobnie zresztą jak wyśmiewanie "GP" i namawianie jej do "odsieczy na Kreml". A paradoksalnie - gdyby w ramach rewizyty Polska młodzież chciała przejść się ulicami Moskwy z okazji Naszego święta niepodległości (bo czemu nie?) z ust i pióra Moniki Olejnik posypały by się gromy na "niepotrzebne" zadrażnianie tak "dobrych" wzajemnych stosunków.

Na koniec zaś ostatni akapit, który rozsierdził mnie wybitnie; można swoich przeciwnikow - bo po pogardliwym sposobie pisania widać, że Monika Olejnik uważa słuchaczy i telewidzów mediów ojca Rydzyka za przeciwników - można ich nie lubić, nie zgadzać się z nimi, punktować ich błędy (choćby wspomniany krzyż w Brukseli), ale trzeba się szanować, pani Moniko. Nie można pisać, że protest babć i dziadków będzie na tyle ciekawy, że przyciągnie uwagę sekskibiców i dzięki temu nie będzie "demoralizacji". Naprawdę, nie tędy droga. To są pani współobywatele, żyjemy w jednej Polsce. Nie lubmy się - chociaż co pani zawinili, trudno orzec - ale szanujmy.

I może zdecydujmy się na jeden etat, bo nie można na łamach gazety pisać A, a w "Kropce nad i" udawać, że myśli się jednak B.

trescharchi
O mnie trescharchi

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (9)

Inne tematy w dziale Polityka