Wyświechtane już nieco powiedzenie o tym, że w Polsce trzeba być wyjątkowo zdrowym, żeby mieć siłę (i czas) chorować, nabiera ostatnio - tak mniej więcej od pięciu lat, podejrzanie łatwo zazębiając się z okresem władania "najlepszego rządu po 1989 r." - nabiera ostatnio nowego znaczenia. Co nie oznacza oczywiście, że degrengolada Polskiej służby zdrowia nie zaczęła się już wcześniej - taki na ten przykład Leszek Miller, do dziś hołubiony w "prawomyślnych" mediach jako nowy-stary "Mesjasz lewicy" odpowiedzialny jest przecież za rozwalenie w pył (miast naprawienie) systemu kas chorych i zastąpienie siekierki NFZ-owskim kijkiem. Tak, tym samym NFZ-em, którego szef obecnie - ku przerażeniu innych "kolegów" upychanych na Państwowe stanowiska bez jakiegokolwiek konkursu i kwalifikacji, byleby zarobić a się nie narobić - "stracił zaufanie" leniwego ministra zdrowia i jego los zdaje się być przesądzony.
Jasne jak słońce jest, że Millerowi za maczanie palców w obecnym doprowadzeniu służby zdrowia na skraj przepaści (proszę o tym pamiętać, gdy Arłukowicz po raz kolejny zapowie, żeśmy zrobili "krok naprzód"!) siwy włos ze starej, lewicowej głowy nie spadnie - co naturalnie nie przeszkadza jego partyjnym kolegom tworzyć sejmowe komisje śledcze w sprawach rzekomego "zamordyzmu" służb specjalnych "Kaczorów". Belki w swoim oku nie widzicie, szanowni panowie z lewej strony ław poselskich. Dziś dochodzą kolejne bulwersujące wieści - dla wielu może być to swoistym zaskoczeniem, ale poza Euro coś innego jednak też się w Naszym Kraju dzieje, świat nie zahamował - o niczym nieskrępowanym (zarówno przyzwoitością, jak i budżetem) wesołym rozdawnictwie nagród dla kadr zarządzających szpitalami.
Sytuacja - jak każda związana z ludzkim zdrowiem i życiem - jest niezwykle delikatna. Generalizować w żadnym wypadku nie wolno, bowiem w całym Kraju odnaleźć można masę placówek, gdzie jedynie dzięki heroicznej postawie dyrekcji wszystko trzyma się "do kupy" bez żadnej pomocy ze strony lokalnych samorządów czy władz centralnych. Wiele szpitali ma szczęście, że ich dyrektorzy odnaleźli w sobie żyłkę rzutkich menedżerów i pomimo fatalnej sytuacji finansowej zapewniają im ciągłość pracy i leczenia ludzi. Są też naturalnie "czarne owce" - jak w każdej grupie zawodowej. Błąd tkwi już u podstaw - dyrektorzy szpitali podlegają pod limitującą zarobki ustawę kominową, co w żaden sposób nie pomoże w przyciąganiu wspaniałych fachowców do leczenia publicznego. Oni wybiorą wyższe pensje w prywatnym sektorze, czy to Polskim, czy zagranicznym.
Eksperci alarmują - ograniczenia kominowe de facto uniemożliwiają rozsądne zarządzanie szpitalem przekształconym w spółkę i są wprost zaproszeniem do "obchodzenia" prawa w postaci tworzenia niezliczonej ilości spółek - córek (zupełnie jak teraz dzieje się w spółkach Skarbu Państwa, w czym - jak się wydaje - minister "katarski łącznik" żadnego problemu nie widział), wymyślanych jedynie po to, by prezes i jego akolici mogli sobie dorobić do ustawowo regulowanej pensji. Przykłady takiego dorabiania lub gorzej - wypłacania sobie premii i nagród nader mocno irytują społeczeństwo, czekające na specjalistów w nigdy nie kończących się kolejkach (słynne "wolne terminy za rok"). Ministerstwo Arłukowicza nie reaguje, uspokajając jedynie, że w 2013 r. ma rozpocząć się rządowy plan zmiany formy prawnej szpitali i wtedy ewentualnie sprawie się "przyjrzy". Znając zapał specjalistów (czyt. "pozakonkursowych" amatorów - ogrodników, działaczy SLD, etc.) z ministerstwa, plus fakt, że właściwie w obecnej sytuacji irytuje się głównie "motłoch", którym nikt w Warszawie zbytnio się nie przejmuje (3 lata do wyborów, pamiętajmy), przesadnym optymistą być nie można.
Dlatego też dochodzące informacje - bulwersujące, trzeba przyznać - o co rusz wypłacanych dyrektorom nagrodach, bolesnych zwłaszcza w przypadku wyjątkowo zadłużonych placówek - nie ruszają nikogo poza pacjentami. Dyrektorzy tłumaczą się, że są fachowcami, ale nie społecznikami - zaś ustawa kominowa, pod którą podlegają, nie pozwala im zarabiać tyle, na ile zasługują. Wskazują też, że wprawdzie łączne zadłużenie publicznych szpitali przekroczyło niedawno 10 miliardów złotych ("szósta potęga Unii Europejskiej") - ale odpowiedzialnymi za ten stan rzeczy są nie tyle oni, co raczej urzędnicy NFZ-u, czyli wielkiego adminstracyjnego molocha zarządzanego (wciąż) przez posiadającego "absolutne zaufanie" Ewy Kopacz nominata po znajomościach.
Cóż, pozostaje mieć nadzieję, że w 2013 roku istotnie ktoś pójdzie po rozum do głowy i zaproponuje lepsze rozwiązanie - satysfakcjonujące dyrektorów ale i uspokajające rozdrażnionych pacjentów. Wprawdzie w normalnym, zdrowym Państwie (""wadza" notorycznie przekonuje Nas, że w takowym żyjemy) takie sprawy winny być rozwiązywane od ręki (skoro w tydzień można uchwalić ustrojową zmianę emerytalną, to taka bagetlka powinna zająć bo ja wiem, pięć godzin? sześć?) lub do takich spraw po prostu by nie dochodziło. No, ale w zdrowym, normalnym Państwie urzędnicy są urzędnikami ze Służby Cywilnej, nie "pełniącymi obowiązkami" kuzynami kuzynów potrzebujących forsy na spłaty kredytów hipotecznych. Cały cyrk nagrodowy potrwa więc jeszcze minimum rok, bez żadnej reakcji ze strony Bartosza Arłukowicza czy jego następców.
A pacjenci? No, wy się lepiej pracą zajmujcie, pochorujecie sobie do woli jak dożyjecie do emerytury.
By żyło się lepiej!
616
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze