Niektórzy - jak Jerzy Jachowicz - narzekają, że prezydent nie do końca wykorzystuje możliwości PR-owskie, jakie daje mu Euro. Wprawdzie Dariusz Szpakowski na widok zasiadającego w loży z szalikiem Komorowskiego od razu rozpowiada wszem i wobec o "pierwszym kibicu Rzeczpospolitej", ale to jednak nie to samo. Wielu przeto głowiło się, cóż takiego wypełnia czas w Pałacu, że prezydenta ni widu, ni słychu? Odpowiedź nadeszła całkiem prędko, a jest odpowiedzią nieco niepokojącą i rodzącą pewne pytania, na które - oby - tym razem znowu nie będzie odpowiadał dyżurny "znawca wszystkiego", profesor Nałęcz.
Otóż prezydent wraz ze swoimi doradcami usiadł i wykoncypował projekt zmian w ordynacji samorządowej - bardzo chciałby, aby radni do powiatów i rad miast na prawach powiatów mogliby być wybierani wyłącznie w okręgach jednomandatowych, a cała rzecz miałaby zostać przeprowadzona już podczas wyborów samorządowych przypadających za dwa lata. Podobno prezydent chce w tej sprawie przeprowadzić konsultacje społeczne (chociaż między Bogiem a prawdą, w przypadku rzekomej "reformy" emerytalnej prezydent machnął swój podpis bez cienia jakiejkolwiek refleksji i wbrew opinii społecznej) - ale kto wie, czy najwięcej oporów nie znajdzie w łonie koalicjanta Donalda Tuska. PSL nie mówi nie, ale nie mówi też tak - co w skomplikowanym języku dyplomatycznym tej partii - przyssawki (przysysa się do kolejnych partii mających większość) oznacza mniej więcej tyle, że jeszcze będziecie z nią mieli, drodzy przyjaciele z PO niemałe problemy, gdy przyjdzie co do czego.
Entuzjazmu naprawczego Komorowskiego nie podziela - żadne zaskoczenie - opozycja, wskazując całkiem rozsądnie na to, że połowa kadencji to zbyt późny czas na grzebanie przy zmianie ordynacji (postulując wobec czego przeprowadzenie ewentualnych zmian przy kolejnych wyborach), a poza tym ordynację jednomandatową wypadałoby najpierw sprawdzić przy organizowaniu wyborów do gmin. Partie opozycyjne czują też pismo nosem i obawiają się, że cały "reformatorski" zapał Komorowskiego jest de facto próbą wzmocnienia władzy PO w samorządach lokalnych - co potwierdzają eksperci, przekonując, że przy takiej ordynacji w niektórych radach miast może w ogóle nie być opozycji, a same miasta tak podzielić na okręgi wyborcze by faworyzować jedną - zwycięską (zwycięzców nikt nie sądzi) partię.
Problem zatem pozostaje nierozwiązany, bo przecież Komorowski nigdy nie przyzna, że robi cokolwiek tylko po to, by wzmocnić ugrupowanie z którym nadal - mimo zrzeczenia się członkostwa - sympatyzuje i, swoją drogą, w którym cały czas walczy o montowanie swojej "grupy" będącej przeciwwagą dla samowładztwa Donalda Tuska. Jest przy tym w o tyle komfortowej sytuacji, że Tusk nie może go - naturalnie, wciąż zapewniając o tym, że miłość jest ważniejsza od polityki - nie może go brutalnie wyciąć jak niegdyś wyciął Płażyńskiego, Rokitę, Piskorskiego i tak dalej, i tak dalej. A swoją drogą - gdyby zbliżone do takiego "niejasnego" rozwiązania pomysły przedstawił śp. Lech Kaczyński, rozległby się tumult oburzonych głosów, oskarżających go o bycie "pisowskim prezydentem" i "forowaniem pisiorów" - nawet jeśli partia ta pozostawałaby wówczas w opozycji. Taka to różnica w postrzeganiu "swoich" i "ich" prezydentów. Obecnie Komorowski jest "naszym" prezydentem, toteż wszystko co robi, robi dla poprawy sytuacji w Kraju.
Może i tak - bo debata o zmianie ordynacji wyborczej bardzo by się przydała, choćby po to, by nie wybierać do rządzenia złych, fatalnych polityków. Jednak w Naszym - bardzo często solidnie "zasłużonym" braku zaufania do Polskiej klasy politycznej doszliśmy już do takiego etapu, że każdy pomysł oglądamy ze wszystkich stron, uporczywie poszukując "rysy" która pozwoli Nam dojść do wniosku, iż jednak jest to kolejna hucpa reformatorska robiona tylko po to, by pomóc "naszym". Sporo w tym prawdy. Gdybyśmy jeszcze przy okazji wyborów oglądali wszystkich kandydatów w poszukiwaniu "rys", a nie głosowali w imię "mniejszego zła" lub "by nie było obciachu"...
1211
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze (6)