Pamiętam - i z nieustannym rzewnym rozbawieniem wspominam - jak podczas poprzedniej debaty o parytetach dziennnikarze (najczęściej : panie redaktorki) rozpytywały polityków starszej daty, przyzwyczajonych do robienia "męskiej polityki" o ich stosunek do większej ilości kobiet na listach wyborczych i ogólnie, w życiu publicznym. Jąkania, wywracania oczami, ocierania perlitego potu na twarzy było wówczas co nie miara, a każdy zaczepiony (szczególnie najbardziej za prawami dam gardłująca "stara gwardia" SLD spod znaku wódeczki i ogóreczka na Rozbrat) z najwyższym trudem wypowiadał kilka truizmów i ogólnych słów pochwały takiego pomysłu, starannie unikając wgłębiania się w szczegóły. Zasadniczo zatem - nikt nie ośmielił się przeciwko pomysłom projektować i w efekcie nader istotny i ciekawy problem społeczno - polityczny przeszedł "po bandzie" bez śladu jakiejkolwiek rzetelnej dyskusji zainteresowanych stron. Dyskusji, na którą z pewnością zasługuje, tyle że winna to być dyskusja bez gniewnych pokrzykiwań ruchów feministycznych z jednej strony, a giętkiego PR-u polityków, drżących o poprawność polityczną z drugiej.
Któż wie, może zatem kolejny pomysł ustawy - tym razem autorstwa Ruchu Palikota - o parytetach będzie dobrym zalążkiem do merytorycznej rozmowy o potrzebach, prawach i przywilejach kobiet w Polskiej polityce? Zdaję sobie sprawę, że osoby autorów - posłowie od "filozofa - lekkoducha" do tytanów sejmowej pracy nie należą - gwarantują raczej kolejny "event" i okazję do pokazania w mediach jacy są "nowocześni", ale cóż począć - nadzieja nie tylko matkuje głupim, ale i umiera ostatnia. Projekt przygotowała Wanda Nowicka w otoczeniu swoich koleżanek z Ruchu Kobiet ("Liga rządzi, liga radzi..." - zawsze mam takie skojarzenia, za co serdecznie przepraszam), czyli żeńskiej przybudówki Ruchu Palikota. Drogie Panie muszą swoją drogą nader mocno trzymać kciuki, by ich lidera nie rozsierdziły jakieś kobiety z innych ugrupowań - ten rzekomo "wyważony" polityczny kuglarz gotów wówczas obrzucić całą płeć grubymi słowami, za co potem trzeba będzie świecić oczami w terenie. Tak jak do tej pory musi świecić oczami poseł Biedroń, gdy jego homoseksualni wyborcy pytają go o obecność słowa "ciota" w dialogu publicznym.
Docenić należy, że Ruch Palikota chce ów eksperyment parytetowy rozpocząć od siebie - gwanatując kobietom połowę miejsc na listach wyborczych przy każdych wyborach. W projekcie ustawy, jaki ma być złożony do laski marszałkowskiej takowe warunki obowiązywałyby wszystkie partie. Nie sposób uciec przy tej okazji od kilku smutnych konstatacji - primo : cały medialne zamieszanie związane z proponowaniem takich rozwiązań podejrzanie łączy się z przyjęciem manifestu programowego Ruchu Kobiet (z sztandarowym hasłem : "...zawsze stosujmy żeńskie formy językowe w mowie potocznej i urzędowej..."; to się ministra ucieszy!) i rodzi domysły, że rzecz ukartowana jest na nabicie punktów sondażowych Ruchowi Palikota. Secundo zaś : projekt nie jest zaproszeniem do dyskusji tylko odgórnym zadekretowaniem konkretnej liczby miejsc dla kobiet. Kobiety zaś w Polskiej polityce mają się wcale nieźle - mimo kilku "czarnych owiec" na czele z eks-posłanką Sawicką, mają też - niestety, zupełnie niezasłużenie i haniebnie - stanowisko marszałka Sejmu. Miały Elżbietę Radziszewską, pełniącą funkcję pełnomocnika rządu d/s równego traktowania - przez trzy lata pobierającą niemałą pensję za nic, powszechnie krytykowaną i porównywaną z inną damą - Julią Piterą, też bezwstydnie mitrężącą pieniądze Państwowe na swoim stanowisku.
Byłoby dla wszystkich - i dla kobiet, i dla czystości życia publicznego w Kraju - lepiej, gdyby z takimi projektami wychodziły całkowicie apolityczne organizacje pozarządowe, walczące o prawa kobiet. Wszystkie propozycje składane - nierzadko pod przymusem opinii publicznej - przez polityków są podszyte sondażowym wyrachowaniem, i w gruncie rzeczy stanowią policzek dla praw kobiet - traktowanych jako "karta przetargowa" dla większego poparcia. Natomiast zajęcie się tą sprawą przez Ruch Palikota - partię żyjącą od happeningu do happeningu spłyca cały poważny problem w stronę błazenady. Nie tędy droga. Niestety, przy okazji quasi - debaty nad tym projektem znów będziemy zmuszani do wysłuchiwania żenujących wymówek posłów wszystkich partii, starających się powiedzieć "nie" w taki sposób, by zabrzmiało jak "z całą mocą popieram!". Dyplomatów, potrafiących ubrać to w gładkie słówka mamy jednak w Sejmie bardzo niewielu, stąd po raz kolejny trzeba będzie zamrugać oczami z niedowierzania nad kondycją moralno-intelektualną Naszych wybrańców.
Czas na porządną dyskusję na ten temat - pole do popisu jest spore, i może wyrośnie Nam wreszcie jakaś niestrudzona, konkretna działaczka feministyczna gotowa do rozmowy i kompromisu? Taka, której nie omami błysk fleszy i życie "buntowniczki - celebrytki" i nie da się zagarnąć do show-biznesu jako dyżurna atrakcja i komentatorka tematów wszelakich, jak Magdalena Środa i Kazimiera Szczuka. Oby, bo temat jest bardzo newralgiczny i wymagający taktownego załatwienia.
PS. Cześć pamięci generała Sławomira Petelickiego, zasłużonego Polaka.
1251
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze (8)