Bytom - bardzo ładne, chociaż niezwykle zaniedbane miasto na Górnym Śląsku. Miasto z potężnym kawałem historii, przechodzące z rąk do rąk. Niemcy - wówczas był to Beuthen - pozostawili po sobie dziesiątki monumentalnych, solidnych budynków które przetrwały do dzisiaj. Zdewastowane, rozsypujące się, ale jednak tkwią nadal w centrum miasta - jednak co zacna pruska robota, to nie ma to tamto. Po II wojnie światowej rozpoczął się powolny, trwający kilka dekad upadek Bytomia. Niemcy uciekli do dogorywającej Rzeszy, na ich miejscu pojawili się Polacy, którym Rosjanie zabrali domy na Wschodzie. Jak na dłoni stała się wówczas widoczna przykra prawda głosząca, że ludzie nie potrafią należycie dbać o coś, co dostali za darmo. Upadek miasta tylko przyklepała "transformacja" - zamknięcie wielkich molochów przemysłowych i potężne bezrobocie rodzące niemało patologii.
Przed samorządowcami rządzącymi takim miastem zawsze stawały niezwykle trudne działania - tu rodziło się pole do popisu dla rzutkich społeczników, zakochanych w swoim "heimacie" i gotowych na wiele wyrzeczeń by zatrzymać postępującą (wręcz fizycznie - szkody górnicze dosłownie "niszczą" zabudowę) wielkimi krokami degrengoladę. Niestety, wychodziło najczęściej tak, jak w wielu innych samorządach - nowy prezydent to "nowa miotła", przyjęcia konkretnych ludzi, zwolnienia innych niepokornych do których "utraciło się zaufanie" (jeden z ulubionych argumentów partyjnych prezydentów, od których centrala domaga się zatrudnienia rzeczonej liczby działaczy) i tak dalej, i tak dalej. W 2006 roku prezydentem miasta został Piotr Koj - bytomianin, zatem wydawałoby się, że cuś może się ruszyć do przodu. Był wybrany z ramienia PO, ale przypominam - rok 2006 to wciąż rok mglistych nadziei na "nową jakość" w Polskiej polityce i rok, w którym Polacy wciąż życzliwie przyglądali się stosunkowo nowemu - w dodatku nie umoczonego w "aferę Rywina" - ugrupowaniu "Trzech tenorów".
Prezydent porządził przez sześć lat. Wczoraj odbyło się referendum, w którym Bytomianie najprawdopodobniej odwołali zarówno jego, jak i całą radę miejską. Bytom czekają nowe wybory, w których - ot, ciekawostka Polskiego systemu samorządowego - Piotr Koj może wystartować ponownie i wcale nie stoi w nich na przegranej pozycji. Być może łamałoby to konstytucyjne prawo do bycia wybieranym, ale chyba powinniśmy się zastanowić nad wprowadzeniem zasad piłkarskich : dostałeś czerwoną kartkę, swoją karencję musisz odbębnić. Inaczej notorycznie będziemy narażeni na takie żenujące dla Polskiej demokracji incydenty jak ponowne kandydowanie skompromitowanego Czesława Małkowskiego w Olsztynie. Wróćmy jednak na Śląsk - wyborcy, którzy raptem dwa lata temu zaufali prezydentowi po raz drugi, tym razem zdecydowali się powiedzieć : basta! Nie pomogły wielkie banery reklamowe, porozklejane w newralgicznych punktach miasta, w których zwykli Bytomianie przypominali sobie nagle o tym, jacy są dumni ze swojego miasta pod światłymi rządami. Nie pomogło zbudowanie wielkiego centrum handlowego, paskudnie wciśniętego między wiekowe kamienice. Nie pomogły apele samego Piotra Koja na Facebooku i w prasie lokalnej by nie iść głosować i nie napędzać frekwencji (swoją drogą, ciekawa wykładnia prawa do głosowania).
W Bytomiu nie mieszkam, toteż z dystansu ciężko mi powiedzieć, czy Koj był prezydentem dobrym, czy złym. Chyba raczej nieciekawym, skoro w słoneczną niedzielę (słynna "działkowa pogoda") ponad 20 tysięcy osób pofatygowało się do urn wyborczych by ukazać swój sprzeciw przeciwko dalszemu upadkowi miasta. O tym, że piękny Bytom upada powoli, ale sukcesywnie - przekonać się można naocznie. Gdyby kiedykolwiek ekranizowano w Hollywood popularną grę post-apokaliptyczną "Fallout", polecam oszczędzenie na drogich dekoracjach i efektach specjalnych ; starczy przyjechać do Bytomia, gdzie nawet w centrum miasta (rzekomej wizytówce) plenerów jak po wybuchu termojądrowym znajdą filmowcy co niemiara. Dla mnie, gościa będącego w Bytomiu co jakiś czas przejazdem, każdorazowy pobyt zniechęcał do kolejnej wizyty, a miasto wydawało się nie mieć gospodarza. I doprawdy nie chodzi o to, że facet był z PO - przynależność do żadnej partii politycznej nie zwalnia z obowiązku bycia dobrym, rzutkim samorządowcem. Przynajmniej w teorii.
Cały ten - gargantuicznie przydługi - wstęp miał na celu ukazanie jednego, tego, co stoi w tytule. Wspominałem już o apelach prezydenta o zignorowanie referendum, co samo w sobie jest dość dziwaczne. W tychże apelach naturalnie poparła zagrożonego Piotra Koja śląska PO, nawołując do machnięcia ręką na ów przejaw demokracji lokalnej, niewątpliwie inspirowany przez "wichrzycielską opozycję", nie rozumiejącą dziejowej roli PO w naprawie zdegradowanego regionu (proszę choćby spojrzeć na oszałamiające sukcesy jednego z czołowych kłamczuszków w rządzie, Tomasza Tomczykiewicza, który obecnie z ramienia ministerstwa zajmuje się górnictwem, lub jednego z najbardziej haniebnych parlamentarzystów w dziejach III RP, Mirosława Sekuły, obecnie z wielkimi zasługami oddającemu się dyscyplinowaniu wydatków publicznych w resorcie finansów - to wszystko sól tej ziemi, ludzie wywodzący się ze struktur śląskiej PO). Niestety, w swoim - podziwu godnym, przyznajmy - ignorowaniu zdobyczy demokracji lokalnych PO okazało się być niekonsekwentne. W graniczącej z Bytomiem Rudzie Śląskiej również ma się odbyć takowe referendum odwołujące - w tym wypadku - panią prezydent. Ponieważ pani prezydent w wyborach pokonała kandydata PO (który swoją drogą nieomalże kryminalnie zadłużył to zacne miasto, a jednak miał czelność ubiegać się o mandat po raz kolejny), toteż działacze "partii miłości" jak najbardziej namawiają do pójścia do urn i rozprawienia się ze "złą władzą", ubierając to mniej więcej w tak piękne słowa jak : "Żaden odpowiedzialny polityk czy działacz samorządowy nie powinien namawiać obywateli do bierności, kiedy dzieją się sprawy ważne dla ich małej ojczyzny...". Łza się w oku kręci, ale przypomnijmy - rzecz dzieje się w linii prostej jakieś 10 kilometrów od Bytomia.
Smutna sprawa, bo przecież samorządy są podwalinami Polskiej demokracji, i właśnie tutaj powinna być ona najzdrowsza, najbardziej rzetelna i transparentna. Gdzie ludzie mają się uczyć świadomego i odpowiedzialnego obierania porządnych, pracowitych ludzi jak nie w swoim regionie, gdzie mogą obserwować ich działania na bieżąco? Bo przecież w wyborach parlamentarnych (już nie wspominając o prezydenckich) wybiorą jakiegoś posła X, którego na oczy nie widzieli i który zniknie w Warszawie, mając ich głęboko w poważaniu. Niestety, jak widać - dla śląskiej Platformy Obywatelskiej osąd Obywateli osądem, ale sprawiedliwość musi być po naszej stronie.


Komentarze
Pokaż komentarze (9)