Podobno dobrym politykiem jest się wówczas, kiedy nawet porażkę przedstawi się jako swój oszałamiający sukces, ubierając to wszystko w górnolotne i podobające się wszystkim ludziom słowa. Przyjmując to założenie, Jarosław Gowin - i jego osławione już deregulacyjne boje, od których (kto wie) może zależeć jego przyszłość w rządzie - jest politykiem wyjątkowo dobrym. Chociaż zapewne porażka przy pracach nad jego ukochanym deregulacyjnym dzieckiem musi go nieco boleć. Ale Gowin jak to Gowin - zaszedł tak wysoko głównie dlatego, że rzadko pozwala sobie na pokazywanie emocji.
Mamy przeto może nie klęskę kampanii, ale na pewno przegraną bitwę - i to w dość newralgicznej sprawie, bowiem samowola i monopol korporacji taksówkowych są dla większości Polaków (znaczy się - tych, których na taksówki stać) solą w oku. Gowin przy okazji prac nad deregulacją obiecywał sprawie się przyjrzeć i zastąpić licencje wpisem do rejestru w gminie, co miało otworzyć rynek i wymusić niższe ceny plus lepszą jakość usług. Przynajmniej w teorii.
Taksówkarze - co też większym zaskoczeniem nie było - wyczuli pismo nosem i zdecydowali się kontratakować, a szyby ich pojazów szybko zapełniły się protestacyjnymi naklejkami. Gdzieniegdzie w większych miastach korowody taryf (podobne do tych protestujących przeciwko cenom paliw - w tym aspekcie akurat Donald Tusk jest niemal równy Marcinowi Lutrowi, bo doprowadził wręcz do eksplozji protestantyzmu) trąbiły gniewnie w rytm : non possumus! Ktoś w ministerstwie wykombinował, że wojny naraz ze wszystkimi prowadzić się nie da i należy jakoś taksówkarzy obłaskawić. Zdecydowano się na rozwiązanie niemal salomonowe.
Licencje zostaną, bowiem zupełnie niespodziewanie (o czym nie było mowy w pierwotnych planach, z którymi Jarosław Gowin dumnie biegał od telewizji do telewizji) ich likwidacja "wydaje się nazbyt ryzykowna" biorąc pod uwagę (tu troskliwość o Obywatela jest wprost ujmująca) "bezpieczeństwo potencjalnych usługobiorców". Swoją drogą, taki taksówkarz może orżnąc "usługobiorcę" na maksimum kilka stówek, a deregulowanie rynku na przykład usług deweloperskich to już narażanie "usługobiorców" na utratę grubych tysięcy. Można i tak, chociaż nie brzmi to zbyt wiarygodnie i trudno nie odnieść wrażenia, że ktoś tu stchórzył. Znów te fatalne przywiązanie do sondaży i strach przed konstruktywnym dialogiem. Szkoda.
Co ciekawe, urzędnicy Gowina wymyślili sobie dobre usprawiedliwienie : nie jest to już deregulacja, ale "europeizacja" przepisów. W innych państwach bowiem to samorządy decydują o wymogach wobec taksówkarzy i dlatego teraz, kiedy owa grupa społeczna zaczęła głośno protestować, chybcikiem zcedowano dalszą odpowiedzialność za radzenie sobie z taksówkarzami na samorządy. Genialne w swojej prostocie. Wprawdzie na początku to Warszawa chciała decydować o wszystkim, ale gdy coś nie poszło po myśli - od razu przekazano sprawę samorządom. Niech w natłoku kombinowania, jak mają zapełnić dziury budżetowe i wytrzymać nakłady na edukację (też kłania się stosowna ustawa - bubel prawny) pomartwią się jeszcze taksówkarzami. A i protest pod urzędem miejskim wygląda lepiej niż przed ministerstwem, gdzie blokuje ruch w Stolicy.
Taksówkarze zadowoleni do końca nie są, chociaż i tak te projekty są dla nich o wiele lepsze niż pierwotne propozycje Gowina, ale nadal twardo domagają się ustawowo nakazanych szkoleń taksówkarskich i egzaminów. Protestacyjna saga będzie miała zatem ciąg dalszy. A Jarosław Gowin? Cóż, reformatorzy winni odznaczać się choćby elementarną odwagą i gotowością do obrony swoich pomysłów. W tym wypadku zabrakło chyba i tego, i tego. Jeszcze raz - szkoda, bo taką swoistą "falandyzacją" pomysłów prawnych niczego na dłuższą metę nie osiągniemy.
2505
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze (30)