Mam wśród znajomych oficera WP. Majora. Jeździł na różne misje (Somalia jeszcze nawet), walczył, służył w Żandarmerii Wojskowej. Ma on stały kontakt z innymi żołnierzami z podobnego rocznika (między 35-40 lat), którzy podobnie jak on w różnych miejscach na świecie różne rzeczy dla WP robili. Oni swoje zasługi już mają, mogliby spokojnie służbę pełnić, bez presji na jakies super starania.
Co zrobiła ta grupka oficerów/podoficerów jak zaczęła się powódź ? Najpierw się skrzyknęli, że trzeba pomóc, ustalili, co mogą załatwić, co mogą robić, poprosili dowódców o rozkazy wysyłające ich tam. Załatwili sprzęt - ciężarówę dużą, amfibię. Pojechali w ciężki teren - zebrać informacje, patrzeć, co do zrobienia, pomagać gdzie się da, ewakuować i - tu mnie zaskoczyli, bo o tym wcześniej nie pomyślałem - po prostu koordynować działania mieszkańców. Gdy akcje ratownicze są robione spontatnicznie, często są problemy z dogadaniem się, nie wiadomo, kto ma kierować. Gdy się pojawia człowiek w mundurze, szkolony do dowodzenia, mający odpowiedni ton głosu, to nie tylko powoduje to, że już się nikt nie zastanawia "kto tu rządzi", ale też ludzie czują się bezpieczni.
Co jest w tym moim zdaniem najlepsze - to, że rozkaz nie przyszedł z góry. Po prostu - grupka oficerów, podoficerów sama pomyślała, że trzeba, włożyli wysiłek w przekonanie przełożonych (nie musiał być duży) i zamiast siedzieć spokojnie na tyłku w miejscu niezagrożonym, pojechali na zalane tereny. Żeby było jasne - ich by tam nikt z odgórnego rozkazu nie wysyłał - oni nie są od tego, nikt by od nich tego nie wymagał. Sami chcieli.
W wojsku są oficerowie, którzy na poważnie biorą banalne gadanie o obowiązku służenia krajowi. Dla nich bycie w WP to nie tylko ciekawa praca, oni naprawdę mają poczucie obowiązku. Fajnie. Za parę lat to oni będą generałami. Żeby im się tylko podejście do służby nie zmieniło ;)
W każdym razie - ja chylę czoła, i polecam to innym - przed żołnierzami WP, którzy sami się zorganizowali i zaczęli pomagać (w koordynacji oczywiście z resztą działań). Tym bardziej, że nie musieli tego robić w ramach ich normalnej służby. Mogli spać w swoich łóżkach, a nie w warunkach polowych, w zalewanych miejscach.
Gdybym miał zgodę, to napisałbym jakieś nazwisko albo nazwy jednostek, nie wiem jednak, na ile wszystkie formalności były do końca załatwione - lepiej nie zwracać niepotrzebnie uwagi, bo się okaże, że amfibia, której używali uległa rozdwojeniu i była jednocześnie na poligonie i gdzieś pod Wrocławiem ;) Żartuję - wiem, że mają kupę roboty z rozliczaniem paliwa i innych rzeczy - na pewno robią wszystko 'by the book'.
W każdym razie - szacun wielki, że się tak podblokowo wyrażę.
58
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze (3)