15 obserwujących
182 notki
182k odsłony
  1012   0

W latach 80-tych Zachód pachniał wyjątkowo

wykop.pl
wykop.pl

Lata osiemdziesiąte wspominam jako szare i siermiężne, z wieczną tęsknotą do lepszego świata jakim jawił się wówczas Zachód. Ale jednocześnie wspominam je z rozrzewnieniem, bo to czas mojego dzieciństwa. Zresztą, któż nie wspomina dzieciństwa z rozrzewnieniem? Chyba tylko ci z traumatycznymi przeżyciami. Zakładam jednak, że zdecydowana większość wspomina je z sentymentem, pomimo nie zawsze idealnych warunków w jakich przyszło im żyć.


Bodajże w roku 80-tym, chodziłem do jednej klasy z kolegą, który miał rodzinę w Niemczech Zachodnich. Wyjeżdżał on wtedy regularnie do tej rodziny na wakacje i po powrocie przynosił do szkoły różne dobra nieosiągalne dla większości dzieci. Rzeczy typu: pachnące gumki do ścierania, dwustronne kolorowe piórniki i również pachnące zestawy kolorowych kredek i mazaków. Można by tak bardzo długo wymieniać. W związku z tym, że je przynosił, był w naszych oczach wielki. W końcu miał on możliwość podróżować do tego niezwykłego wymiaru o którym my mogliśmy jedynie pomarzyć. Nam pozostawała jedynie namiastka, w postaci szwendania się po peweksach, bądź oglądania Zachodu na filmach.


Pewnego razu, ten wielki kolega, przyniósł do szkoły napój w kartonie. Mały był to napój, taki 200 lub 300 ml. O smaku pomarańczowym, z postaciami Disney-a na opakowaniu i z plastikową rurką. Pamiętam jak dziś tę kolejkę kilkunastu chłopaków spragnionych niezwykłych doznań po lekcji wf-u. Każdy ciągnął małego łyka i odchodził wniebowzięty. Temat wyjątkowości smaku napoju w kartonie utrzymywał się wśród nas jeszcze bardzo długo po tym zdarzeniu, w końcu mało kto miał wówczas wcześniej za sobą takie doznania.


Klawe miał wtedy życie ten kolega. Nauczyciele spoglądali na niego z większą pobłażliwością, a najładniejsza dziewczyna w klasie jakby częściej się do niego uśmiechała. Każdy chciał być jego najlepszym kolegą. Ale nie ma się czemu dziwić, w końcu my dreptaliśmy wtedy po świecie w juniorkach, a on paradował po nim w oryginalnych adidasach.


Dla tych, nie mających szans przekroczenia przekroczenia granicy do tego lepszego wymiaru, czyli wyjazdu na Zachód, pozostawała kolejna namiastka w postaci odwiedzania bratnich krajów demokracji ludowej. Zwłaszcza Węgry, w latach osiemdziesiątych, jawiły się jako taka namiastka Zachodu. Moja mama, podobnie jak wielu Polaków, jeździła wówczas na Węgry handlować. Przywoziła wtedy z tych wypraw dużo rzeczy, których w Polsce nie było lub były bardzo drogie. Były to czekolady z orzechami, kolorowe kamyczki, gumy do żucia, soki, kolorowe i pachnące mydła, i tak dalej i tak dalej. Byłem podekscytowany patrząc na to wszystko, zwłaszcza na słodycze. I przez moment było na bogato, aż do momentu gdy wszystko się kończyło i powracało do szarej ówczesnej rzeczywistości.


I mnie mama kiedyś zabrała na Węgry. Było to w połowie lat 80-tych. Rzeczywiście można było doznać wtedy szoku porównując Węgry do Polski. Tam było wszystko w sklepach, a u nas ciągłe niedobory. Wszystko robiło tam duże wrażenie, sklepy wielkopowierzchniowe zawalone towarem i stacje benzynowe, wszędzie kolorowo i dostatnio. Było tam zupełnie inaczej niż w Polsce.


Szwendaliśmy się wtedy po Budapeszcie podziwiając to wszystko i marząc jednocześnie o tym, że i u nas też tak kiedyś będzie. Byłem wtedy na etapie dzieciństwa, gdzie dominowała u mnie zabawa żołnierzykami i któregoś razu weszliśmy do sklepu z zabawkami militarystycznymi. Myślałem, że dostanę tam oczopląsu. Nie miałem nawet pojęcia, że istnieją takie zabawki. Modele niemieckich wozów pancernych z Drugiej Wojny Światowej, czołgi i samoloty. Wszystko czego dusza zapragnie i wszystko co mnie wtedy rajcowało. Na dodatek tanie były te zabawki jak przysłowiowy barszcz. Niestety, okazało się po chwili, że nie były to ceny w forintach, a w markach zachodnioniemieckich. Musiałem więc obejść się smakiem.


Gdy w Polsce chciało się poczuć odrobinę tego dobrobytu z Zachodu, to najczęściej przeglądało się niemieckie katalogi firm wysyłkowych. Takie „tłuste”, z lśniącym papierem, którego też wówczas w Polsce nie było.
Można było zatracić się w pełni przeglądając te strony. Modne też było zbieranie opakowań po słodyczach, takich kolorowych, zachodnich, od rodziny z zagranicy bądź kupionych za dolary w peweksie. Chodziłem wtedy do koleżanki-sąsiadki oddawać się takim rytuałom. Miała ona całe pudełko tych skarbów. Na większości opakowań po czekoladach lub gumach do żucia pozostawała długo woń tego lepszego świata. Wciągaliśmy ten zapach namiętnie wyobrażając sobie jak tam jest pięknie i pachnąco.
Dzieciaki zbierały też puszki po piwie i innych napojach, również kolorowe butelki po alkoholach, a także pudełka po papierosach, które wieszały na matach. Plakaty modnych wówczas zespołów muzycznych wyrwane z kolorowych magazynów zachodnich. Każdy chciał aby było kolorowo i dostatnio, właśnie tak jak na Zachodzie.


Kto nie miał szczęścia dostawać paczek z Zachodu, to mógł czasami załapać się na różne dobra zagraniczne rozdawane w kościele. Najczęściej były to rzeczy, które nas, dzieciaków, niespecjalnie rajcowały, typu słone masło. Ale czasami rozdawali coś ekstra, jak np. paczki kolorowych gum do żucia, albo mleko w proszku, które też pałaszowaliśmy. Najczęściej tego typu dary kościół rozdawał przy okazji Świąt Bożego Narodzenia.


W latach o których mowa, było szaro i raczej biednie, szczególnie na początku lat 80-tych. Nic dziwnego, że ludzie, a zwłaszcza dzieci, poddawali się takim rytuałom, które z perspektywy czasu wydają się śmieszne. Dla mnie jednak, wówczas ten łyk pomarańczowego napoju z kartonu był niezwykłym doznaniem, muśnięciem pięknego i pachnącego świata gdzieś tam daleko, o którym mogłem tylko pomarzyć.




Lubię to! Skomentuj51 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości