0 obserwujących
62 notki
51k odsłon
1380 odsłon

Unia Europejska: "neo-średniowieczne" imperium?

Wykop Skomentuj32

Pojęcie "neośredniowiecza", wprowadzone niegdyś przez Hedley'a Bulla, funkcjonuje sobie w naukach społecznych niemrawo, jakoś tak bliżej marginesu, niż głównego nurtu dysputy - a szkoda. Bo to fascynująca koncepcja, świetnie objaśniająca i porządkująca wiele fragmentów naszej politycznej, europejskiej teraźniejszości.

W Polsce próbował kiedyś chadzać śladem Bulla Jacek Czaputowicz... i tyle. Ostatnio termin wrócił nieco do łask dzięki Janowi Zielonce (co, kto i jak - patrz dalej). Mam nadzieję, że na dłużej, tym razem.

Pokrótce - pomysł jest następujący. Przede wszystkim, trzeba uświadomić sobie, że "państwo" jakie znamy - to stosunkowo nowy wynalazek. Narodziło się w Europie po zakończeniu wojny trzydziestoletniej, po kongresie westfalskim (stąd zwane bywa przez politologów "państwem westfalskim"). Charakteryzowało się m.in. hierarchiczną strukturą władzy, efektywnym monopolem stosowania przemocy, zdolnością do uzyskiwania niemal pełnej suwerenności, pojmowanej jako pełnia kontroli (politycznej, administracyjnej, ekonomicznej, a nawet ideologicznej) nad swoim terytorium i nad swoimi poddanymi, zwanymi niekiedy przewrotnie "obywatelami". Granice były tu kwestią szczególnie ważną - to dopiero państwo westfalskie poświęciło wiele uwagi ich precyzyjnemu wytyczeniu, a potem otoczeniu płotami i obsadzeniu zbrojną strażą. Właśnie po to, by owe monopole kontroli egzekwować skutecznie. Manipulacja ideologiczna była dla tego państwa szczególnie ważna - goła przemoc nie gwarantowała przecież absolutnego posłuszeństwa poddanych. Musieli oni wierzyć, że "racja stanu", czyli interes definiowany przez hierarchiczną władzę państwową, jest świętszy i ważniejszy niż indywidualny interes jednostki, społeczności lokalnej, wspólnoty religijnej, mniejszości narodowej, firmy, etc. Państwo westfalskie świetnie potrafiło o to zadbać, tworząc - nie bez udziału czynnika religijnego - swoją mitologię.

Nie przypadkiem - pisząc o państwie westfalskim - używam czasu przeszłego. Bo to państwo umarło, a w najlepszym razie, właśnie umiera na naszych oczach. Przynajmniej w Europie, bo w paru innych miejscach świata ma się - jeszcze! - dość dobrze. Ale Europa, dzięki byciu w awangardzie globalizacji i dzięki świadomemu manewrowi zwanemu "integracją w ramach UE", cały paradygmat państwa westfalskiego realnie już uchyliła. Chociaż nie wszyscy to zauważyli (ukłony dla braci Kaczyńskich) - to, co jeszcze z rozpędu nazywamy państwem, na przykład Polska, Niemcy, Łotwa czy Portugalia... jeszcze siłą tegoż rozpędu udaje, że jest tak, jak było sto lat temu, jeszcze pręży chuderlawe muskuły, ale tak w gruncie rzeczy, jest już tylko teatrem cieni.

Dla jasności - nie cieszę się z tego. Chyba wolałbym, żebyśmy mieli w Polsce szansę nacieszenia się SWOIM PAŃSTWEM - silnym, rządnym i suwerennym. Suwerennym w owym tradycyjnym, dziewiętnastowiecznym rozumieniu tego słowa - suwerennym, więc "mogącym wszystko" wewnątrz swoich granic, zaś poza nimi podlegającym jedynie ograniczeniom wynikającym z zawartych traktatów i z chłodnej, własnej kalkulacji strat i zysków. Ale niestety, nie te czasy. Choćbyśmy się nie wiem jak spięli i jak starali, reguły gry uległy zmianie. I nic na to nie poradzę. Mogę jedynie odnotowywać fakt - i przestrzegać przed skutkami jego lekceważenia.

Czy to oznacza, że nasze stare, dobre państwa europejskie abdykują na rzecz Unii - rozumianej jako nowe, europejskie "super-państwo"? Nie. Europa nigdy nie stanie się wielkim, wspólnym "państwem westfalskim", ze stolicą w Brukseli i z jednolitym systemem społeczno-polityczno-administracyjno-cywilizacyjno-kulturowym od Lizbony po Ateny i Warszawę. To nierealne. I chwała Bogu, dodam od siebie.

Proces, z którym mamy do czynienia, dąży gdzie indziej. "Nowe wraca" - chciałoby się rzec. Jeśli popatrzymy na Europę średniowieczną, dostrzeżemy masę zaskakujących podobieństw... i ich wyliczaniem zajmują się właśnie neomediewialiści. Pokrótce: umowny charakter granic, zastępowanie władzy hierarchicznej - sieciową, ogromne zróżnicowanie wewnętrznych rozwiązań administracyjnych i ekonomicznych, płynne przenikanie się wpływów różnych instytucji, hierarchii i porządków (kiedyś: Kościoła, Cesarstwa, feudałów, samorządów lokalnych i zawodowych - dziś: biurokracji europejskich i państwowych, transnarodowych ruchów religijnych i społecznych, samorządów, mediów, wielkich firm ponadnarodowych, wreszcie, last but not least, wielkich organizacji przestępczych). Absolutna suwerenność państwowa jest w tych warunkach mrzonką. Prezydenci i premierzy mogą sobie "pogadać", prężąc mięśnie w kampaniach wyborczych - a potem co najwyżej "negocjować" i "starać się wpłynąć" na podmioty realnie niezależne od polityków w Warszawie, Rzymie czy Sztokholmie. "Kazać im" już nie mogą - choćby nie wiem na jak marsową minę się zdobyli, nie są w stanie większosci swoich "nakazów i zakazów" efektywnie egzekwować. Z pewnością nie tych, które wcześniej nie były poddane procesowi żmudnych negocjacji z innymi, ważnymi elementami sieci.

I nie jest żadnym odkryciem, że w tych negocjacjach Unia jest skuteczniejsza niż działające oddzielnie Niemcy, Hiszpania czy Dania. I niż Polska, niestety. To kwestia skali. Gdy lat temu kilka Berlin chciał zmusić parę wielkich korporacji, by nie urządzały sobie kpin z Bundesrządu i płaciły podatki, jak ów rząd przykazał - te uśmiechnęły się ironicznie i berlińskich polityków zlekceważyły - bo cóż mogą im zrobić takie Niemcy? Nie ta liga - w ewentualnym otwartym konflikcie Niemcy zyskiwały znacznie mniej, niż mogły stracić. Z Unią jest inna rozmowa, Unia to globalna potęga, to wielki rynek przede wszystkim - i Unii się "nie podskoczy". Bo się nie opłaca. Nikomu. Z Unią trzeba negocjować. I tak się dziś dzieje, przynajmniej na płaszczyźnie ekonomicznej. Mam nadzieję, że dożyję czasów, gdy ten sam mechanizm zadziała na płaszczyźnie politycznej.

Unia jest więc już dziś specyficznym, bo jednowymiarowym, imperium. Przykładem unijnej "polityki imperialnej" było w gruncie rzeczy niedawne rozszerzenie - kolejnymi może być "miękkie" przymuszenie Ukrainy, Turcji, a może i nawet Rosji oraz części świata arabskiego do tańca zgodnego z europejską muzyką... Nie ze strachu przed desantem unijnych marines, ani uderzeniem unijnych rakiet balistycznych - ale dlatego, że "warto". Uwaga na marginesie - nie, nie jestem naiwnym pacyfistą... bardzo bym chciał, by w arsenale unijnych środków przekonywania znalazły się TAKŻE te militarne. W wielu sytuacjach jednak nic ich nie zastąpi.

Zglobalizowany świat ma to do siebie, że mali nie mają w nim nic do gadania. Reguły piszą - od nowa i zgodnie ze swoimi interesami - wielcy gracze. "Łapią się" w tej lidze, z całą pewnością, USA (przez niektórych autorów też traktowane już jako "neoimperium", nie zaś klasyczne "państwo westfalskie"). Blisko potwierdzenia swego statusu są Chiny, krok za nimi Indie. Dalej: Japonia, Brazylia, może integrujący się ASEAN... i koniec. Bardzo chciałaby zagrać w tej lidze Rosja - ale (poza wybitnym talentem do blefu) ma niewiele realnych atutów. Podobnie jak nawet największe państwa europejskie, grające indywidualnie. Nie ta skala.

Niniejsza notka jedynie sygnalizuje pewne zjawiska i sposób myślenia - aby omówić te kwestie szczegółowo, trzebaby pewnie opasłego tomiszcza. Zainspirowanym i zaciekawionym - polecam (na początek...) książkę (bynajmniej nie opasłą...) profesora Jana Zielonki, polskiego politologa z Oxfordu, pt. "Europa jako Imperium":

http://www.pism.pl/ksiazki_content/id/58

I - zapraszam do dyskusji ;-)

Wykop Skomentuj32
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale