Powidz to obecnie wieś ,założona 750 lat temu jako osada na prawie brandeburskim ,znana nawet nie tyle z lotniska wojskowego co z największego w tej części Polski jeziora ,pieknego ,czystego i głębokiego.
Od paru dni TVN czy inne media zastanawiaja sie dlaczego oni zgineli ? Ten chłopak i dziewczyna uwięzieni w bablu powietrza tworzącego sie w kabinie przewróconego do góry dnem jachtu . On wypłynał ale po chwili zanurkował z powrotem i wrócił do niej , był jej narzeczonym ,byli parą . Strazacy musieli dojechać ze Słupcy do przystani w Giewartowie , wsiąść na motorówke i pokonać 6 kilometów wodą -uwinęli sie szybko ,zajeło im to 40 minut . Zdecydowali sie holować przwróconą łodż do przystani w Ostrowie Starym ,zapewniając sternika i wyciągnięta z wody resztę załogi oraz innych obserwatorów , ze dadzą rade ich wyciągnąć z bąbla.. .Niewielki dystans ,może 200 metrów ale pod bardzo silny przeciwny wiatr i wysoką falę. Słyszeli spod skorupy wystającego nad wodę dna jachtu zawodzenia i krzyki ,które jednak ucichły.Gdy przy pomoście w końcu postawili go masztem do góry ,wydobyli ich martwych.Dopiero sekcja wykaże czy para sie utopiła czy zmarła z wyziębienia po godzinie przebywanie w wodzie o tem.6 stopni.
Dziennikarze pytaja jakie procedury zawiodły ,dlaczego strazacy odrzucili pomoc proponowana im przez płetwonurka posiadającego sprzęt gotowy do akcji -a strażacy ze Słupcy odpowiadaja , że trzeba opanowac emocje , sprawę analizują.
Problem w tym ,ze chyba nie ma w ogóle ustalonych procedur wydobywania ludzi z przwróconych jachtów. Jedyną znaną mi procedurę zastosował na tym samym jeziorze dwa latemu przyjaciel .Pływal na akurat na windsurfingu gdy na przeciwko Powidza a przed Sitkiem wywrócił sie MAK 707. W środku było dwóch męzczyzn. Przez cienką skorupe dna mozna rozmawiac. "Słuchajcie ,mówil- uspokujcie sie !,uspokujcie sie !.Nikt Wam nie pomoze ! Nikt ! Musicie wypłynąc sami .Wezcie spokojnie głęboki oddech i po kolei. Nurkuj metr w dół,potem w bok." Jeden wypłynął od razu , drugiego udalo sie przekonać po 5 minutach .Ale to człowiek bardzo obyty z żeglarstwem , opanowany i zdecydowany,/ zresztą zawodowy wojskowy z bazy lotniczej/ - a nie przygodny strażak.
W bąblu nie jest przyjemnie -półmrok , zimno ,panika , o głowe uderzają plywajace drewniane elementy podłogi jachtu ,materace i wszystko co sie da. No i pytanie -co dalej? Czy nurkując w dół i wyplywajac zaplączę sie na zawsze w liny od talii grota albo w żagle?
Gdy już dopłynęli a nie mieli ze soba pletwonurka cóz oni mieli robić? . Nie jest w ogóle technicznie możliwe na głebokiej wodzie odwrócic stojący masztem w dół duzy jacht do normalnej pozycji. Trzeba plynąć do najbliższej mielizny do ktorej mieli bokiem do wiatru akurat tylko 50 metrów albo do przystani . Przy pomoście wygodniej odwracać ale chyba nikt wział pod uwage faktu ze czlowiek nie może przebywać godziny w w wodzie o temperaturze 6 czy 7 stopni.Tutaj stracili 20 minut ale na mieliznie wszyscy musieli wejść do zimnej wody.Może to ich skłoniło do wybrania przystani ? Czy mieli piłe spalinową aby wyciąć na wodzie , w twardym jak stal laminacie dziure w dnie kadłuba ? Tego nie wiem ,ale to ewentualnie można było rzeczywiście zrobić od razu. Natomiast holując łódz pod silny wiatr i falę ryzykowali wyciśnięcie poduszki powietrza.
Płetwonurek dałby rade ich wyciągnąć -to tez ryzyko bo uwiezieni w kadłubie nie musza umiec poslugiwac sie podanym ustnikiem a moga wyrwać aparat z ust nurkowi ,moga krepowac w panice jego ruchu gdy on ich po prostu wyciąga -ale jest wielka szansa.
Cz bedzie ktoś winny ? Na pewno sternik który położył jacht. W tym akurat miejscu na tym jeziorze , przy pólnocym wietrze szkwały wypadają znad drzew i wzgórza i uderzaja w żagle potęznie ,gwałtownie , jakby z pięści. Przy wietrze 70-80 km na godzinę sternik ma problem zobaczyc ten nachodzący szkwał na wodzie i przygotować sie na uderzenie. Pewnie tak było ,żeglarz nie był miejscowy a jacht wypożyczony . Sternik więc mógł nie wiedzieć czy jacht jest dobrze dobalastowany i jak sie zachowa w sytuacji skrajnej .Może mial za mało tego balastu a może ktos z załogi wpadł przy przechyle na grota i przewazył. Ponadto w takich warunkach zaloga powinna siedziec na pokładzie z kapokami pod ręką a nie w kabinie -no ,ale było tego dnia zimno i bardzo mocno wiało, trzeba sie było ogrzać.
Strażacy beda wiec analizowali sprawe ale ,jak sadze ,nikt im nie udowodni zaniedbań czy złamania procedur bo takich na taką sytuację , moim zdaniem , nie ma. Zignorowany przez strazaków nurek mówi , ze sumienie bedzie go gryzło do końca zycia .Sternik -na razie nie wiadomo co mysli .
A Młoda Para ?- jest co prawda teraz nadal razem ale bardzo szkoda ich.
inny, starszy wpis o tematyce zeglarskiej :


Komentarze
Pokaż komentarze (28)