Termin tzw. kolędy poznałem w poniedziałek rano. Wychodząc rano zauważyłem kartkę "ksiądz będzie chodził od godziny 17". Termin fatalny, żona w pracy do 20, a ja wrócę najwcześniej koło piątej. Od kilku lat nie czuję się już członkiem kościoła katolickiego, więc machnąłem na to ręką. Żona do kościoła chodzi, choć rzadko do naszej parafii, ale jak już pisałem będzie zajęta. Tego dnia jednak sprzyjało mi szczęście, wziąłem jedną rzecz do domu i z pracy wyrwałem się wcześniej. Kupiłem pieczywo i pędem do siebie, byłem koło piątej. Na korytarzu już widzę ministrantów i teraz zagwozdka, przyjąć kapłana, czy nie. W sekundę rozważyłem plusy oraz minusy i ... zaczepiłem chłopca w komży, numer 66, zapraszam. Ledwo zdążyłem położyć na stole słodkie bułki, czekoladę i już dzwonek do drzwi. Krótkie powitanie, modlitwa, poczęstowałem ministrantów, zostaliśmy z księdzem sam na sam.
Jakiś czas temu miałem nieprzyjemną wymianę zdań z pewnym kapłanem i wtedy obiecałem sobie, że o żadnym udawaniu katolika nie ma mowy. Zaprosiłem duszpasterza ze względu na żonę i jej przyszłe plany odnośnie chrztu dziecka. Mój gość zaczyna rozmowę, dyskutujemy na temat nauki kościoła, dogmatów i prześladowania katolików w Polsce. W pewnym kwestiach się zgadzamy, w innych zostajemy przy swoich zdaniach. Na koniec pytam o kilka kwestii praktycznych. Po pożegnaniu żałuję, że gość już poszedł. Spokojnie mógłbym z nim rozmawiać jeszcze długo, dowiedziałem się kilku interesujących rzeczy. Widać jak ważna jest kultura dialogu, gdyby ksiądz wyzwał mnie od heretyków wyprosiłbym go za drzwi i utwierdził się w przekonaniu, że z "czarnymi" nie ma co gadać. Gdybym ja w dyskusji "napadł" na niego straciłbym szansę na pożyteczną rozmowę. Jednak najważniejszy jest tu kompromis, bo przecież ja i kapłan żyjemy w jednym społeczeństwie, pod tym samym prawem i rządem. Obydwaj, jestem o tym przekonany, chcielibyśmy żeby kraj i ludzie mieli się dobrze, a potrzeby różnych grup były szanowane. Oczywiście mówię o kompromisie pragmatycznym, dogmaty i przekonania powinny być szanowane, nie ma potrzeby dogadywać się w sprawie kapłaństwa kobiet, wystarczy że obie strony przyznają że równe prawa się wszystkim należą.
Spór w życiu publicznym, społecznym i prywatnym jest czymś dobrym, tak "ucierają się" stanowiska, rozważane są różne drogi postępowania. Jednak gdzieś na końcu wszystkie strony powinny uszanować wypracowany kompromis. Powie ktoś są rzeczy na które zgodzić się nie można, owszem więc toleruj przyjęte rozwiązania, ale nie neguj całości. Czasem czegoś nawet tolerować nie można, ale są to przecież sytuacje skrajne z jakimi w dzisiejszej Polsce raczej nie mamy do czynienia. Stanowimy jedno społeczeństwo i ciągłe negowanie postaw innych, bo to katole, lewaki, ciemnogród itd. przecież nikomu nie służy. Wierzę, że wszyscy a na pewno zdecydowana większość z nas ma do wniesienia coś dobrego do życia społeczeństwa i obywateli, więc nie powinno się innym odmawiać prawa głosu. Od lat widać, że klincz między PO i PiSem jest jałowy, nie przynosi krajowi nic dobrego, a wręcz przeciwnie toleruje się wiele złych rzeczy w imię grupowej solidarności. Konkretni liderzy już się pewno nie dogadają, ale obywatele mogą porozumieć się między sobą. Przed nami nowy wiek, nowe szanse i zagrożenia, a apatia społeczna służy tylko koteriom i grupom nacisku. Do podróży w przyszłość zaproszeni są wszyscy obywatele, obyśmy potrafili to wykorzystać!


Komentarze
Pokaż komentarze (1)