Wspomnienia, nostalgia i ten goralski blues
[w dedykacji Amsternowi, ktorego notka chyba wplynela na moja notke]
Dosc tych swinstw, dzisiaj nie bedzie o Grekach i ich paskudnej mentalnosci, niech sie pozarzynaja, niech im ziemia lekka bedzie, nie mam juz sily ich walkowac. Niech ich szlak(g?).
Dzisiaj postanowilismy z zona posluchac muzyki wiec jestesmy w pokoju z muzyka. Mamy dwa pokoje, w jednym ogladamy TV i wszystko co przez TV leci, w drugim sluchamy muzyki z CD, tasm i plyt dlugograjacych. No wiec sluchamy po raz nieskonczony polskiej muzyki goralskiej, cudownej, niesamowitej, najpiekniejszej.
Dawno temu, w latach 70tych, mieszkalismy przez ok 5 lat w Nowym Targu, bylismy tam przyjezdni, pracowalismy i nie bardzo sie wtapialismy. Lubilismy gory wiec lazilismy po nich, jezdzilismy na nartach, lubilismy wodeczke wiec pilismy sliwowice i sliwowice, ale nie chodzilismy w ich strojach, nie nosilismy parzenic, serdakow, kierpcow i ich cudownych spodni (w przypadku zony spodnic), jakos nas to odpychalo. Po kilku latach zamieszkiwania mialem juz dosc goralskiego folkloru, muzyka puszczana na okraglo w radio byla dla mnie nie do zniesienia, draznil mnie widok gorali w autobusach w najwieksze lipcowe upaly ubranych w grube welniane spodnie i futrzane serdaki, pot od nich zalatujacy mnie odrzucal. Wynieslismy sie stamtad, przez wiele lat nie wracalismy i nie zalowalismy tego kroku.
W ubieglym roku bylismy przez ponad dwa miesiace w Polsce, odwiedzalismy znajome miejsca, rodzine, zamierzalismy pojechac jeszcze do Krakowa i Przemysla, moze Bieszczad, miejsca ktore znalismy bardzo dobrze i chcielismy sobie jeszcze zobaczyc, taka bucket list, pisalem o tym juz jakis czas temu, ciagnelo nas tam i ciagnelo. W Opolu szlismy do pociagu do Krakowa, przy ulicy stal autobus z napisem Zakopane, spytalem sie zony czy ewentualnie, zona odpowiedziala dlaczego nie, spytalismy sie wiec kierowcy czy ma jeszcze miejsca, mial, byl problem bo nie mielismy wystarczajacej ilosci drobnych ale dobrzy ludzie pomogli i rozmienili, wiec wsiedlismy i wyladowalismy wlasnie w Zakopcu. Hotel zalatwilismy po drodze, internetowo, za drobne pieniadze mieszkalismy w wysmienitych warunkach w odleglosci ok 200m od Krupowek, po pierwszych 3ch dniach okazalo sie ze nie mozemy przedluzyc pobytu bo nowi goscie, zaplacilismy nieco wiecej za jeszcze lepsze warunki w hotelu o rzut kamieniem, lacznie zostalismy tam 7 dni. I byl to najcudowniejszy czas jaki spedzilismy w Polsce, nieporownanie lepszy niz z rodzina, lepszy nawet niz z przyjaciolmi, wrecz cudowny, o dziwo, lepszy nawet niz ten w Budapszcie o ktorym marzylismy przez ostatnich kilka lat. Od godzin przedpoludniowych lazenie po gorach, pozniej lazenie po knajpach do samego rana, w miedzyczasie muzyka, muzyka i goralski spiew.
Od wielu juz lat nie pijemy wodeczki, w Zakopcu jednak nie maja wina, bylismy zmuszeni i nie zalujemy tego kroku. Zaczelo sie niewinnie, zamowilem w knajpce jakies wino ktore wydawalo mi sie w miare rozsadne, chianti, bylo zepsute, ale kelner byl tak sympatyczny i cena byla tak nieistotna ze nawet mu tego nie wypomnialem, wzialem wine na siebie, powiedzialem, ze to nie jest moj rodzaj wina i on wowczas zaproponowal sliwowice. Mialem do wyboru 48% i 72%, zaczelismy z zona od tej slabszej, bo niezwyczajni bylismy, ale jak sprobowalismy ta 72procentowa to szczeki nam opadly z zadziwienia. To bylo cos cudownego, delikatne, czyste, miekkie i ambrozyjne. To byla najlepsza wodka jaka kiedykolwiek mialem okazje, a w swoim dlugim zyciu okazji mialem przeciez nieskonczona ilosc. Czy moze ktos sie dziwic ze zostalismy przy tej sliwowicy (Podbeskidzka sie nazywala) przez caly tydzien?
Mieszkalismy prawie przy Krupowkach wiec odwiedzalismy knajpy glownie przy Krupowkach, wszystkie albo prawie wszystkie. Jest ich kilkaset, ale jak ktos mial dluga przerwe w zyciu to pozniej mu sie chce to nadrobic, przyspiesza i stara sie zaliczyc wszystko. Nie wiem czy nam sie udalo wszystko, w kazdym razie staralismy sie. Lazilismy od jednej do drugiej, probowalismy niesamowitego polskiego zarcia, nieskonczona ilosc zup borowikowych, zury, kapusniaki, flaki, a na drugie pstragi, bo u nas tego sie nie dostanie, nawet za duze pieniadze. I caly czas, na okraglo, cudowna muzyka goralska, albo z plyt, albo grana na zywo, radosnie i swiezo, tak jakby sie chcialo.
Zapomnialem juz o dawnych uprzedzeniach, sluchana muzyka nosila mnie, czulem sie nia zafascynowany, chlonalem ja i upajalem sie nia. To bylo cos czego mi przez kilkadziesiat lat brakowalo, cos czego uczylem sie od nowa, rwalem sie do sluchania tego bezrozumnie. No i kupilem szereg dyskow, pewnie kupilbym wiecej ale sprzedawca uliczny zupelnie nie rozumial na czym polega handlowanie, zaproponowalem mu ze kupie pietnascie roznych nagran jesli mi da upust 5%, nie chcial wiec kupilem tylko 5. U nas by to przeszlo, on nie chcial, pal licho, co mi tam. Chodzilo mi o pryncypia, nie bylem trzezwy wiec bardziej pryncypialny niz zwykle.
No i teraz te dyski slucham na okraglo od ponad pol roku, w samochodzie, w domu gdy mam okazje i jestem w pokoju “muzycznym”. Mam swiadomosc ze tam jest masa chlamu i muzyki jak to sie kiedys mawialo “dancingowej”, ale ciagle fascynuje sie tym goralskim zaspiewem, ta cieplota spiewu i unikalnoscia. Niektore nagrania sa nawet niegoralskie, sa byle jakie, to jednak ich barwa, ich radosc przemawiaja do mnie, chce mi sie ich i juz. Takie jest zycie, pewnie mam to w genach a genow sie nie przewroci. To jest dzika biologia i religia, od tego nie da sie uciec.
Nie jestem juz trzezwy, moje wspomnienia sa coraz dziksze i niezorganizowane. Gdy wspomnialem o muzyce ‘dancingowej’ przypomnialy mi sie czasy szkolne, moze wczesnostudenckie, na dancingi chodzilo sie wowczas do knajp z muzyka i wodeczka. Chodzilismy tam z kolegami bo bylo latwiej, bo ciagnelo nas, bo taki byl wowczas styl zycia w niewielkich miastach. Muzyka byla przeokropna, tandetna i obrzydliwa, dziewczyny byly zupelnie nieciekawe, odrzucajace i spocone, ale mialy olbrzymia przewage nad kolezankami z klasy, byly nieporownanie latwiejsze. Czy mozna dziwic sie mlodemu, nagrzanemu chlopakowi ze wybieral to co latwiejsze?
****
Moja corka ma ponad 40 lat, ale ciagle pamieta sytuacje gdy wracalismy z jej lekcji muzyki, bylo pozno, mama miala jakies zajecia i nie bylo szansy na obiad w domu wiec ja zaprowadzilem (zupelnie nieswiadomie) do knajpy z dancingiem, gdzies na Karolkowej lub Nowolipkach lub jeszcze gdzies indziej, na obiad – kolacje. Bramkarz mial jakies obiekcje, latwo go przekupilem, zaraz zorientowalem sie ze dziewczyna na scenie przygotowywala sie do striptease’u, posadzilem wiec corke plecami do sceny i zajelismy sie obiadem, ktory w tych ciezkich wojennych czasach byl wyjatkowo dobry. Corka mi ciagle wypomina ze ona sie odwracala i widziala co sie dzieje, ja tego wowczas nie zauwazalem i nie bardzo teraz pamietam.
Takie to byly czasy w komunie.


Komentarze
Pokaż komentarze