Mlody, wyksztalcony z duzego miasta.
Klocilem sie ostatnio z takim sobie Salonowiczem, nie byl specjalnie madry, nie byl specjalnie przyjemny, byl ograniczenie agresywny i jak to u wiekszosci Salonowiczow przekonany o swojej nadinteligencji. Z niejasnych powodow, pewnie z rozgoryczenia, ze stracilem czas na zrozumienie czegos co nie bylo do zrozumienia mozliwe, zwrocilem mu uwage na nielogicznosc tego co pisze i obracanie sie w zakletym dla niego kregu belkotliwego wyrazania tego co sadzil ze jest jego myslami. Po wymianie wstepnych niegrzecznosci raczyl podsumowac czyms takim “Cóż. Pański poziom, to poziom "młodego, wykształconego, z dużego miasta. To widać, słychać, a przede wszystkim – czuć”.
Trudno bylo z nim dyskutowac cokolwiek, nie zamierzalem sie przed nim tlumaczyc skad jestem i jakie mam wyksztalcenie, ale w tym wszystkim rozbawil mnie swoim brakiem rozeznania. Jak mozna mnie bylo nazwac “mlodym” skoro pewnie moglbym byc jego dziadkiem? W czym sie objawialo to ze jestem z duzego miasta (w rzeczywistosci nie jestem) i dlaczego on to uznal za cos negatywnego? Czy w jego przekonaniu bycie z wiochy jest kwintesencja wiedzy, obycia i wszystkiego co dobre? Cos na wzor “nie matura lecz chec szczera…”? Taka monstrualna buta ludzi ze wsi, natchnionych niedouczkow, ktorzy sa dumni, ze sa ze wsi, bo z czego niby mieliby byc dumni skoro szkol nie zdazyli w swoim zyciu…? Bo wies to kwintesencja a skoro oni sa ze wsi to musza miec zawsze racje?
Kiedys, dawno temu prowadzilem bezowocna dyskusje z Salonowa “intelektualistka” Renatka, mialem do niej podobne zastrzezenia co do owego Salonowicza, brak logiki, belkotliwosc, bzdurnosc, ona rowniez podobnie reagowala na moje dobre rady, zamiast przyjac do wiadomosci, zastanowic sie i poprawic bzdury, wchodzila w watki personalne, ublizala i obrazala. Ona wowczas wymyslila ze ja nie doroslem do duzego miasta, ze co najwyzej moge sie pochwalic pochodzeniem z Otwocka. Nawet nie chcialo mi sie jej tlumaczyc, ze Otwock pamietam jako sliczne miasteczko i z checia bym sie do niego przypisal.
Dwoje ludzi z zupelnie innych srodowisk, ona miastowa z Krakowa i bramkarka w klubach PO, on wiesiolek i pewnie propisowiec (chociaz na pewno tego nie wiem, podejrzewam tylko po stylu i zadeciu), ale jakzesz podobny sposob argumentacji. Odejscie od meritum i przejechanie sie po pochodzeniu interlokutora, po jego miejscu zamieszkania. Zadnej rzeczowosci, zarzut z sufitu, ze ktos nie moze byc naprawde madry jesli pochodzi stamtad skad pochodzi.
W swoim srodowisku uznawany jestem za skrajnego prawicowca, nie przeszkodzilo to jednak wielu Salonowiczom w nazywaniu mnie lewakiem. Jest wrecz oczywistym ze w tym kontekscie “lewak” to jest obelga, to nie ma nic wspolnego z merytoryczna klasyfikacja, to takie odpowietrzenie sie i odreagowanie. Zarzucano mi nawet komunistyczne korzenie, choc przed komuna w swoim cxzasie zwiewalem jak zajac. Dlaczego nikomu nie przychodzi do glowy brac odpowiedzialnosci za to co sie mowi, skoro chca mi ublizac czy nie wlasciwiej byloby ublizac z sensem?
W gruncie rzeczy nie sprawia mi roznicy ocena idioty, czy on uwaza ze jestem lewicowcem czy prawicowcem czy czyms zupelnie z sufitu, np uczniem samego Myszki Korwina Mikki. Ale dlaczego jemu nie sprawia roznicy jak mnie nazywa? Czy dlatego ze idiocie i tak wszystko jedno?
Czy ci ludzie poszaleli, czy jest wiecej takich na skladzie, czy to polskie uwarunkowania genetyczne? Ja tego nie mam i trudno jest mi zrozumiec ze inni, niedajboze wiekszosc, tak maja.


Komentarze
Pokaż komentarze (14)