No właśnie ... Czy dobrze by się stało gdyby dla jednego z pary JK-PDT referendum warszawskie było bitwą pod Waterloo ? Czy oprócz ostentacyjnego triumfalizmu zwycięzcy byłaby jakaś wartość dodana dla polskiej polityki ?
Jeśli dwie główne partie mają w sobie odrobinę autorefleksji i scala je coś więcej niż kult „wodza - cesarza” to taka przegrana musi w każdej normalnej, powtarzam normalnej, partii wywołać ferment i zmiany. Za dużo wytoczono armat, za dużo położono na szali osobistych autorytetów...Dodatkowo u nas, przy tak spersonifikowanej polityce, jakiekolwiek zmiany programowe czy chociażby narracyjne musiałyby pociągnąć zmianę przywództwa. Paradoksalnie triumfator bitwy W. też nie mógłby się w takim przypadku czuć pewniej – przykład płynący z zewnątrz a mianowicie iż w przypadku przegranej można przestać być prezesem/przewodniczącym mógłby wpływać otrzeźwiająco.
Niestety referendum warszawskie mimo iż remisem się nie zakończy i rzeczywiście jego przegrany poniesie polityczną i wizerunkową klęskę to nie bitwa pod Waterloo... Przegrany nie abdykuje. Przegrany będzie udowadniał , że jest moralnym zwycięzcą . A szkoda...



Komentarze
Pokaż komentarze (7)