zbigniewstefanik zbigniewstefanik
472
BLOG

Słów kilka o Platformie Oburzonych

zbigniewstefanik zbigniewstefanik Polityka Obserwuj notkę 6

 

 

               Po Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej, Grecji oraz Francji, Polska również może się pochwalić swoim ruchem oburzonych; swoją "Platformą Oburzonych", która - dodam dla uściślenia – jest nazwą dla rodzącego się w naszym kraju ruchu społecznego.

Co do treści przekazu, polska „Platforma Oburzonych” porusza te same tematy, co jej odpowiedniki w Europie Zachodniej, m.in. protest przeciwko klasie politycznej, „nie” dla wykluczenia społecznego, więcej demokracji obywatelskiej i partycypacyjnej. Wymienione tezy stanowią już fundamenty retoryki ruchów oburzonych w państwach, w których funkcjonują.

Jednak warto poświęcić nieco więcej uwagi polskiej „Platformie Oburzonych”. Wydaje mi się, że jest ona dla Polski i Polaków zjawiskiem zarówno nowym, jak i w dużej mierze importowanym z zagranicy. „Platforma Oburzonych” jest dowodem na to, iż rodzi się w Polsce społeczeństwo obywatelskie i partycypacyjne, które w ciągu minionych dwudziestu lat raczej nie występowało; masowe protesty były czymś niespotykanym, społeczeństwo nie uczestniczyło zbyt licznie w wyborach parlamentarnych i samorządowych. Jednak „Platforma Oburzonych” może skłonić Polaków do większego, niż miało to miejsce dotychczas, zaangażowania się w sprawy publiczne. Osobiście podpisuję się pod głównymi postulatami „Platformy Oburzonych”: obywatelskimi referendami (które są wiążące dla procesu decyzyjnego), okręgami jednomandatowymi, zwiększeniem demokracji obywatelskiej i partycypacyjnej.

Odnoszę wrażenie, że od wielu lat polskie społeczeństwo czuje się wykluczone z procesu decyzyjnego w swym kraju. Wśród obywateli panuje poczucie bezradności i przekonanie o braku wpływu na to, co dzieje się w „kraju nad Wisłą”. Polacy czują się pominięci, są świadomi, że nikt się z nimi nie konsultuje podczas opracowywania najważniejszych reform. I mają rację! Wystarczy podać tylko dwa przykłady, kiedy taka sytuacja miała miejsce: gdy w zeszłym roku - bez większych konsultacji społecznych - rząd RP postanowił wprowadzić reformę emerytalną oraz zreformowanie systemu OFE (bez pytania o zdanie kogokolwiek). Wprowadzenie możliwości stanowienia prawa za pomocą referendum najprawdopodobniej sprawi, iż Polacy odzyskają wiarę w obywatelską możliwość współtworzenia polskiej rzeczywistości w sferze publicznej i politycznej.

„Platforma Oburzonych” poświęca również wiele uwagi polskim partiom politycznym, a konkretnie - zarzuca tym ugrupowaniom wodzowski charakter.  Jako były uczestnik polskiej polityki potwierdzam, iż zarzut ten jest niestety uzasadniony. Polskie ugrupowania polityczne cierpią na brak debaty wewnętrznej, a co za tym idzie - na brak demokracji partycypacyjnej ich członków. To przewodniczący, prezes, lider, ewentualnie najbliższe otoczenie „Wodza” decyduje o kształcie list wyborczych. To „Wódz” wyrokuje o strategii wyborczej. Kandydat na posła nie ma - kolokwialnie mówiąc - nic do gadania. Kandydat na posła nie ma wpływu na program swojej partii, jak również na wywiązanie się ze złożonych podczas kampanii wyborczej zapewnień i obietnic. A ich nigdy w takim okresie nie brakuje.

Po wyborach przedstawiciele narodu, którymi są przecież posłowie, nie mają wpływu na przyjętą przez swoją partię strategię polityczną, ani na stanowisko, które ta partia zajmuje. To władze partyjne decydują, jak należy głosować. Poseł dostaje SMS-a i - zgodnie ze swoim politycznym, czy raczej sms-owym sumieniem - głosuje. Tym, którzy uważają, że przesadzam, polecam film dokumentalny Tomasza Sekielskiego «Władcy marionetek».

Dlatego uważam, że okręgi jednomandatowe mogą sprawić, iż wybrany w tego rodzaju głosowaniu poseł byłby o wiele bardziej suwerenny, podczas podejmowania decyzji w trakcie sejmowych głosowań. Dzisiaj to partyjni liderzy decydują o politycznym bycie czy niebycie każdego posła. Przy systemie wyborczym, w którym mielibyśmy okręgi jednomandatowe to wyborcy, a nie lider, decydowaliby o politycznej przyszłości posła. To byłby również sposób na to, by sprawdzić poziom wiedzy i umiejętności kandydata na posła. Przy systemie proporcjonalnym głosuje się na osobę, której się nie zna, o której praktycznie nie wie się nic. Dlatego większość wyborców głosuje na tzw. „jedynkę” - osobę zajmującą pierwsze miejsce na liście wyborczej. Hipotetycznie wybiera się do Sejmu konkretną osobę, ale w praktyce wybiera się nie kandydata, tylko partię, która wystawiła listę. Przy systemie wyborczym, w którym są okręgi jednomandatowe, głosowalibyśmy na konkretne osoby, które przedstawiałyby konkretne programy. Wybranych przez siebie parlamentarzystów moglibyśmy rozliczać z obietnic wyborczych po upływie kadencji bowiem poseł personalnie odpowiadałby za swoje dokonania, a nie jego ugrupowanie czy też lider jego partii. Powtórzę: odpowiadałby tylko poseł.

Postulaty „Platformy Oburzonych” są - moim zdaniem - jak najbardziej słuszne. Jednak warto się zastanowić, czy inicjatywa „Platformy Oburzonych” nie jest tak naprawdę strategią i sposobem na uzyskanie tzw. leadershipu na prawicy. PiS nie tylko utracił już monopol, ale - dodatkowo - roztrwania powoli decydujący głos po prawej stronie sceny politycznej. Oprócz PiS-u należy bowiem wymienić co najmniej dwa potężne prawicowe byty, czyli Niezależną Gazetę Polską i środowisko związane z Radiem Maryja. Do tych dwóch graczy dochodzi jednak trzeci. Piszę tutaj o „związku zawodowym” NSZZ Solidarność i jego przewodniczącym, albowiem Piotr Duda nie zamierza iść drogą swojego poprzednika i uzależniać się od PiS-u. 

Wydaje mi się, że Piotr Duda - choć jest człowiekiem bardzo ambitnym - jeszcze nie podjął ostatecznej, definitywnej decyzji, co do swojego miejsca i roli, jaką chce uzyskać i ewentualnie pełnić w polskiej przestrzeni publicznej i politycznej. Spotkanie „Platformy Oburzonych” w sali BHP w Stoczni Gdańskiej stanowiło swojego rodzaju próbę, dla tego ruchu i dla samego Piotra Dudy. Uczestnicy tego spotkania mogli się przekonać, że ich inicjatywa, choć pozostaje na ten moment zjawiskiem mało znaczącym w polskiej przestrzeni publicznej, dobrze rokuje na przyszłość. Na spotkanie przyszło ponad 600 osób. Ktoś mógłby powiedzieć, że jest to zaledwie 600 osób. To prawda, jednak biorąc pod uwagę, że „Platforma Oburzonych” stawia ledwie pierwsze kroki, równie dobrze można stwierdzić, iż było to aż 600 osób. Dla Piotra Dudy przebieg tego spotkania oznacza, że udaje mu się mobilizować ludzi. Należy jednak zwrócić uwagę, iż wciąż pozostaje on liderem początkującym, przed którym jeszcze długa droga, zanim dojdzie na sam szczyt.

Na ten moment „Platforma Oburzonych” pozostaje inicjatywą, która co prawda buduje pewne fundamenty w przestrzeni publicznej, jednakże sam ruch pozostaje w Polsce zjawiskiem mało znaczącym. Z czasem ten projekt może jednak rozrastać się i zajmować coraz bardziej istotne miejsce w debacie politycznej i publicznej. Piotr Duda, człowiek zdolny i ambitny, ma realne szanse wpisać się na stałe w polski system polityczny. Aktualny przewodniczący „Solidarności” jest jednak dopiero początkującym liderem i wciąż pozostaje jedynie „młodym wilkiem”. Ewolucja projektu „Platformy Oburzonych” - jak również sukcesy czy porażki samego Piotra Dudy - będą stanowiły odpowiedź na pytanie: czy można wkroczyć do polskiej polityki z pozycji outsidera?

Nie wolno lekceważyć również samej „Platformy Oburzonych”, zarówno jej inicjatorów, jak i jej członków. Myślę, że cała polska klasa polityczna winna wyciągnąć lekcję z tego „antypolitycznego, antyestablishmentowego ruchu” i podjąć się refleksji nad samą sobą. W dzisiejszej Polsce ruch oburzonych jest zjawiskiem marginalnym, już jutro może się to zmienić.

Polska klasa polityczna musi zrozumieć, że nie może dłużej ignorować głosu obywateli i interesować się wyborcami wyłącznie podczas kampanii wyborczych. Obywatelski głos winien być usłyszany, a obowiązkiem każdego przedstawiciela narodu, zadaniem każdego polityka jest wysłuchać głosu obywatelskiego i nie lekceważyć jego autora. Tylko wtedy, kiedy jest zachowany społeczny dialog, tylko wtedy, kiedy ludzie ze sobą rozmawiają jest nadzieja na lepszą przyszłość, nadzieja na lepsze jutro. Nadzieja na lepszą, sprawiedliwszą Polskę!

 

Zbigniew Stefanik

 

 

Szanowni Państwo, nazywam się Zbigniew Stefanik. Ze względu na pojawiające się od pewnego czasu zarzuty pod moim adresem, w pierwszej kolejności pragnę Państwa poinformować, że jestem osobą niewidomą, co znacząco utrudnia mi korzystanie ze wszystkich możliwości, które oferują media internetowe, na których publikuję moje artykuły. Niestety, z powodów technicznych nie mam możliwości odpisania na komentarze, które, Szanowni Czytelnicy, umieszczacie pod moimi notkami. Mimo to, za niezależny od mojej woli brak odpowiedzi, wszystkich Czytelników najmocniej przepraszam! Pragnę jednak podkreślić, że mam możliwość czytania Państwa komentarzy i bez wyjątku zapoznaję się z nimi wszystkimi. Dlatego bardzo proszę o nie zrażanie się moim brakiem technicznych możliwości niezbędnych do odpowiedzi na komentarze i aktywne włączenie się do dyskusji. Zapraszam wszystkich Czytelników do komentowania moich tekstów. Wszystkie Wasze komentarze są dla mnie cenne, te nieprzychylne również. Jednocześnie, drodzy Czytelnicy, informuję Was, że jeśli będziecie chcieli, bym odpowiedział na Wasz komentarz, dotyczący jakiegoś mojego artykułu, to możecie go Państwo przesłać na następujący adres e-mail: solidarnosc.stefanik@laposte.net. Gwarantuję, iż odpowiem na wszystkie Państwa ewentualne uwagi i komentarze - drogą e-mailową. Jednocześnie przepraszam za niedogodności, które wynikają z kwestii niezależnych ode mnie oraz z góry dziękuję za wyrozumiałość. Urodziłem się w Polsce, lecz od ponad dwudziestu pięciu lat mieszkam we Francji. Z wykształcenia jestem politologiem i europeistą, ukończyłem Instytut Studiów Politycznych w Strassburgu oraz College of Europe w podwarszawskim Natolinie. Obecnie jestem publicystą, polsko-francuskim obserwatorem i komentatorem zarówno polskiego, jak i europejskiego życia politycznego. Posiadam polskie i francuskie obywatelstwo. Na co dzień żyję pomiędzy Strassburgiem i Wrocławiem, między Francją i Polską. Aktualnie nie jestem członkiem żadnej partii politycznej w Polsce. Do czasu wyborów parlamentarnych, które odbyły się w październiku 2011 roku, byłem aktywnym uczestnikiem polskiego życia politycznego. Początkowo działałem w krakowskich strukturach PiS. W szeregi tej partii wstąpiłem w maju 2005 roku. Następnie współpracowałem z posłanką Aleksandrą Natalli-Świat, jako jeden z jej asystentów. Po katastrofie smoleńskiej postanowiłem opuścić partię Prawo i Sprawiedliwość. Swoją rezygnację ogłosiłem w sierpniu 2010 roku. Opuszczenie partii - z którą współpracowałem przez ponad pięć lat - było dla mnie niezwykle trudną decyzją. Wpływ na nią miały przede wszystkim dwie kwestie. Po pierwsze, podjąłem tę decyzję ponieważ nie potrafiłem zaakceptować retoryki Jarosława Kaczyńskiego i jego najbliższych współpracowników, która niemal od 10 kwietnia 2010 roku zaczęła przypominać postulaty skrajnej prawicy. Po drugie, nie mogłem się zgodzić na sposób, w jaki liderzy PiS traktowali najwyższych przedstawicieli Najjaśniejszej Rzeczypospolitej; rządzących, którzy zostali przecież wybrani większością głosów w demokratycznych wyborach. Po wystąpieniu z Prawa i Sprawiedliwości zaangażowałem się w budowę partii Polska Jest Najważniejsza. Z ramienia tej partii w 2011 roku zostałem kandydatem do Sejmu RP w okręgu wyborczym nr 3. Jestem zwolennikiem politycznego centrum. Moje poglądy na problemy gospodarcze są bardziej zbliżone do wizji społecznej, niż liberalnej. Jestem zwolennikiem państwa opiekuńczego, jednak na ściśle określonych zasadach. W mojej opinii państwo powinno być opiekuńcze, dopóki nie dławi inicjatywy społecznej i gospodarczej. Uważam bowiem, że to właśnie indywidualna inicjatywa jest główną siłą, która napędza rozwój gospodarczy i społeczny; jest niezbędnym czynnikiem dla utworzenia silnej klasy średniej, jak również dla społeczeństwa obywatelskiego. Jestem zwolennikiem państwa o świeckim charakterze, mimo, iż jestem ochrzczonym i wierzącym katolikiem. Uważam jednakże, że wiara to indywidualna sprawa każdego obywatela. Dlatego państwo nie powinno popierać, ani finansować żadnej wspólnoty religijnej. Jestem zwolennikiem polskiej integracji z Unią Europejską, bowiem uważam, iż dla Polski to bezprecedensowa szansa na udoskonalenie naszego Państwa i na niespotykany dotąd rozwój gospodarczy. Jednakże - w moim przekonaniu – o integracji europejskiej nie można mówić, iż jest dobra lub zła. Rozpatrywanie jej w takich kategoriach jest błędem! Integracja europejska jest po prostu konieczna w zglobalizowanym świecie, gdzie gospodarcza i polityczna konkurencja jest bezwzględna i nie pozostawia żadnego miejsca dla osamotnionych państw, które pozostawałyby poza ponadregionalnymi wspólnotami. Świat się zmienia, należy się więc zmieniać razem z nim! Tylko w zintegrowanej i silnej Unii Europejskiej można budować silną Polskę, gdyż pojedyncze państwa nie mają żadnych szans na sprostanie gospodarczej konkurencji i społeczno-politycznym wymogom świata w dwudziestym pierwszym stuleciu. Stąd konieczność polskiej integracji z Unią Europejską, bez której Polska nie ma żadnych szans na rozwój, żadnych szans na obiecującą przyszłość pod względem znaczenia politycznego w Europie i na świecie. Zapraszam wszystkich do zapoznania się z moimi artykułami, w których pragnę podzielić się z Państwem swoim punktem widzenia na tematy związane z wydarzeniami na polskiej i europejskiej scenie politycznej. Zapraszam także do kulturalnej i merytorycznej dyskusji. Mam świadomość, iż polityka budzi wiele bardzo silnych emocji. Mimo to byłbym wdzięczny za debatę pozbawioną niepotrzebnej agresji i zacietrzewienia.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (6)

Inne tematy w dziale Polityka