zbigniewstefanik zbigniewstefanik
263
BLOG

Instrumentalizacja III RP przez ukraińskich graczy politycznych

zbigniewstefanik zbigniewstefanik Polityka Obserwuj notkę 0

Czternastego lipca bieżącego roku uroczystości z udziałem Bronisława Komorowskiego w Łucku, upamiętniające rzeź na Wołyniu, zostały zakłócone. Młody Ukrainiec trafił rzuconym przez siebie jajkiem w ramię prezydenta RP. Informacja o tym incydencie obiegła już świat, powstało wiele wersji, mających na celu wyjaśnienie motywów czynu tego młodego człowieka. Między innymi można się spotkać z opinią, iż napastnik był członkiem ukraińskiej nacjonalistyczno-populistycznej partii Swoboda. Świadkowie twierdzą bowiem, że właśnie napis « Swoboda » widniał na jego plecaku. Inni zaś wierzą, że incydent ten został zorganizowany przez Rosję, która nieprzychylnym okiem patrzy na polsko-ukraińskie zbliżenie, widząc w partnerstwie obu państw zagrożenie dla swoich gospodarczych i geopolitycznych interesów. Kolejni komentatorzy zwracają natomiast uwagę na podwójną grę ukraińskiego obozu władzy, czyli partii Regionów i prezydenta Janukowycza, który miał wiele do zyskania na tego rodzaju incydencie. Wszak napad na polskiego prezydenta służy przecież politycznym interesom Janukowycza i jego partii, który za strategię wyborczą w kolejnych wyborach prezydenckich, zamierza przyjąć retorykę jedynego możliwego hamulcowego dla nacjonalistów na Ukrainie.

Na chwilę obecną trudno ustalić, która z powyższych wersji jest najbliższa prawdy i jakim motywem kierował się ów młody człowiek, który rzucił jajkiem w Bronisława Komorowskiego. Co więcej, ustalenie czy sprawca tego czynu działał sam, czy z czyjejś inspiracji, może okazać się niemożliwe. Sam prezydent Komorowski mówi o tym incydencie niewiele, starając się całą sprawę bagatelizować. Jednak niewątpliwie zdarzenie to stało się przyczyną niepowodzenia jego dyplomatycznej wizyty na Ukrainie w siedemdziesiątą rocznicę ludobójstwa na Wołyniu.

Chociaż poznanie kulisów całej tej sprawy może się nigdy nie ziścić, to z całą pewnością jedna kwestia nie pozostawia wątpliwości. III RP jest przez graczy ukraińskiej sceny politycznej traktowana w sposób instrumentalny. Wykorzystują oni kraj nad Wisłą dla swoich własnych celów politycznych. Z kolei najwyżsi przedstawiciele Rzeczypospolitej - z prezydentem, premierem i ministrem spraw zagranicznych na czele - mimo woli, choć poniekąd na swoje własne życzenie, zostali wmieszani w polityczny konflikt ukraińsko-ukraiński, który trwa od wybuchu Pomarańczowej Rewolucji.

Wiktor Janukowycz, od pierwszych dni sprawowania urzędu prezydenta, walczy o polityczny monopol na Ukrainie. Nie cofa się przed niczym, byle tylko zrealizować cel, jakim jest uzyskanie pełnej władzy w kraju, któremu przewodzi. Prezydent Janukowycz nie tylko dąży do wyeliminowania swoich przeciwników ze sceny politycznej, zależy mu również na tym, by zniszczyć ich wizerunek, ich wiarygodność oraz ich legendę. Właśnie w tym celu obecny przywódca Ukrainy postanowił posłużyć się Polską i jej politycznymi elitami.

Partia Regionów zaapelowała do Sejmu RP, by ten przyjął uchwałę potępiającą rzeź na Wołyniu, używając w tym celu określenia « ludobójstwo ». Z kolei rządowe kręgi Rzeczypospolitej, które u steru Ukrainy najchętniej widzieliby kogoś innego, postanowiły podjąć tę  grę. Przy okazji całkowicie zlekceważyły polityczne ryzyko, związane z taką rozgrywką. Platforma Obywatelska pozytywnie odpowiedziała na apel premiera Donalda Tuska i ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego, którzy starali się przekonać Zgromadzenie Narodowe o konieczności przyjęcia uchwały dotyczącej rzezi na Wołyniu w tonie łagodnym, zarówno w sferze języka, jak i w ogólnej wymowie. Wszak ani premier Donald Tusk, ani minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski, nie zamierzali pójść prezydentowi Janukowyczowi na rękę. Zasugerowana przez ukraińskiego przywódcę uchwała Sejmu RP, miała mieć ostre zabarwienie i służyć miała jego politycznym interesom. Dzięki niej Wiktor Janukowycz mógłby pokazać ukraińskiemu społeczeństwu, że oto stał się obrońcą historycznej prawdy i Ordonem nowoczesnej Ukrainy, która potrafi zmierzyć się ze swoją historią. Jednak polska strategia dyplomatyczna zakładała wsparcie politycznych przeciwników Janukowycza, wywodzących się z obozu Pomarańczowej Rewolucji. Jednak owa „wyważona” uchwała Sejmu RP, dotycząca rzezi na Wołyniu była gestem w stronę tych polityków, którzy również posługują się nacjonalistycznym elektoratem dla powiększenia swojego kapitału wyborczego i swej wyborczej bazy. Na zachodniej Ukrainie Polacy są postrzegani przez wielu Ukraińców jako zaborcy i byli okupanci. Jednocześnie większość ukraińskich elit politycznych zdaje sobie sprawę z tego, że najprostsza droga do Unii Europejskiej - mówiąc kolokwialnie - idzie przez Polskę. Dlatego też wielu Ukraińców traktuje kraj nad Wisłą, po prostu, jako zło konieczne.

Antypolskie akcenty są na Ukrainie politycznie opłacalne; szczególnie w jej części zachodniej. Warto przypomnieć, iż były prezydent Ukrainy Wiktor Juszczenko, krótko przed wyborami prezydenckimi w lutym 2010 roku, nadał Stepanowi Banderze status bohatera Ukrainy. Nobilitację uzyskała więc postać, która przez Polaków jest utożsamiana z ukraińskimi zbrodniami na Kresach Wschodnich II RP. Polityczna inicjatywa Juszczenki stanowiła swoisty ukłon w stronę elektoratu nacjonalistycznego z zachodniej Ukrainy. Gest  ten wpędził w niemały ambaras prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego. Polski przywódca był bowiem najwierniejszym sojusznikiem Juszczenki. A także jego największym obrońcą, zarówno w Polsce, jak również w Unii Europejskiej. Jednak przedwyborczy, polityczny gest Juszczenki był w Polsce nie do obronienia. Prezydent Lech Kaczyński znalazł się w sytuacji bez wyjścia. Musiał uznać, że sojusz z Wiktorem Juszczenką pozostaje strategią ryzykowną. Ostatecznie sprawa ta nie miała dalszego ciągu, ponieważ Juszczenko przegrał w wyścigu o reelekcję.

Warto się jednak zastanowić czy prezydent Bronisław Komorowski nie znalazł się w podobnej sytuacji. Sejm RP przyjął politycznie poprawną uchwałę, która dotyczyła rzezi na Wołyniu, a Bronisław Komorowski - wypowiadając się o upowskich zbrodniach - czynił to w sposób niezwykle delikatny; tak, aby nie urazić Ukraińców. W nagrodę został ugodzony - jajkiem w ramię. Doprowadziło to do upadku prezydencko-rządowej strategii małych kroków w polsko-ukraińskim pojednaniu. Z jednej strony partia rządząca krajem nad Wisłą i najwyżsi przedstawiciele Rzeczypospolitej wyciągają do strony ukraińskiej rękę, nie mówiąc wprost o ludobójstwie na Wołyniu. A z drugiej strony, prezydent Wiktor Janukowycz w obchodach siedemdziesiątej rocznicy zbrodni na Wołyniu nie uczestniczy. Tymczasem prezydent Komorowski, po wygłoszeniu ugodowego i bardzo wyważonego przemówienia, dostaje jajkiem w ramię.

Trudno powiedzieć, kto jest największym wygranym, czy po prostu wygranym tego zajścia. Albowiem nie wiemy, i raczej nigdy się nie dowiemy, dlaczego doszło do incydentu Łuckiego. Ale jedno wiemy na pewno, największym przegranym jest polska dyplomacja i rząd RP, który chciał stać się graczem ukraińskiej sceny politycznej, a sam został przez jej uczestników rozegrany! Jeden tylko komentarz najdobitniej może opisać stosunki polsko-ukraińskie na obecną chwilę, z ludobójstwem na Wołyniu w tle. Tak to się kończy kiedy chce się kogoś uszczęśliwiać na siłę i wtykać nos w nie swoje sprawy! Tak to się właśnie kończy! Polska przegrała bój o historyczną prawdę dotyczącą rzezi na Wołyniu. Polska przegrała dyplomatyczna rozgrywkę, rozpoczętą przez Wiktora Janukowycza i podjętą przez rząd RP. Polska zdecydowanie przeceniła swoją moc oddziaływania na ukraińską rzeczywistość polityczną, a sama została przez ukraińskich polityków rozegrana i potraktowana przedmiotowo!

Nic na siłę, a co nagle to po diable! Zamiast politycznego sukcesu mamy jedynie polityczną kompromitację III RP i jej najwyższych przedstawicieli. Zamiast polsko-ukraińskiego pojednania mamy jedynie politycznie bardzo, bardzo! Poprawną uchwałę, która mija się z prawdą, co do wydarzeń na Wołyniu w 1943 i 1944 roku. W stosunkach międzynarodowych, jak w życiu - na wszystko przychodzi czas. Obserwując wydarzenia ostatnich dni stwierdzam, że na szczere polsko-ukraińskie pojednanie, zbudowane na solidnych fundamentach, nie nadszedł jeszcze czas!

*****

Nieopublikowane na tym portalu teksty publicystyczne mojego autorstwa znajdą Państwo na blogu: http://www.zbigniew-stefanik.blog.pl/. Serdecznie zapraszam do ich lektury i merytorycznej dyskusji.

Szanowni Państwo, nazywam się Zbigniew Stefanik. Ze względu na pojawiające się od pewnego czasu zarzuty pod moim adresem, w pierwszej kolejności pragnę Państwa poinformować, że jestem osobą niewidomą, co znacząco utrudnia mi korzystanie ze wszystkich możliwości, które oferują media internetowe, na których publikuję moje artykuły. Niestety, z powodów technicznych nie mam możliwości odpisania na komentarze, które, Szanowni Czytelnicy, umieszczacie pod moimi notkami. Mimo to, za niezależny od mojej woli brak odpowiedzi, wszystkich Czytelników najmocniej przepraszam! Pragnę jednak podkreślić, że mam możliwość czytania Państwa komentarzy i bez wyjątku zapoznaję się z nimi wszystkimi. Dlatego bardzo proszę o nie zrażanie się moim brakiem technicznych możliwości niezbędnych do odpowiedzi na komentarze i aktywne włączenie się do dyskusji. Zapraszam wszystkich Czytelników do komentowania moich tekstów. Wszystkie Wasze komentarze są dla mnie cenne, te nieprzychylne również. Jednocześnie, drodzy Czytelnicy, informuję Was, że jeśli będziecie chcieli, bym odpowiedział na Wasz komentarz, dotyczący jakiegoś mojego artykułu, to możecie go Państwo przesłać na następujący adres e-mail: solidarnosc.stefanik@laposte.net. Gwarantuję, iż odpowiem na wszystkie Państwa ewentualne uwagi i komentarze - drogą e-mailową. Jednocześnie przepraszam za niedogodności, które wynikają z kwestii niezależnych ode mnie oraz z góry dziękuję za wyrozumiałość. Urodziłem się w Polsce, lecz od ponad dwudziestu pięciu lat mieszkam we Francji. Z wykształcenia jestem politologiem i europeistą, ukończyłem Instytut Studiów Politycznych w Strassburgu oraz College of Europe w podwarszawskim Natolinie. Obecnie jestem publicystą, polsko-francuskim obserwatorem i komentatorem zarówno polskiego, jak i europejskiego życia politycznego. Posiadam polskie i francuskie obywatelstwo. Na co dzień żyję pomiędzy Strassburgiem i Wrocławiem, między Francją i Polską. Aktualnie nie jestem członkiem żadnej partii politycznej w Polsce. Do czasu wyborów parlamentarnych, które odbyły się w październiku 2011 roku, byłem aktywnym uczestnikiem polskiego życia politycznego. Początkowo działałem w krakowskich strukturach PiS. W szeregi tej partii wstąpiłem w maju 2005 roku. Następnie współpracowałem z posłanką Aleksandrą Natalli-Świat, jako jeden z jej asystentów. Po katastrofie smoleńskiej postanowiłem opuścić partię Prawo i Sprawiedliwość. Swoją rezygnację ogłosiłem w sierpniu 2010 roku. Opuszczenie partii - z którą współpracowałem przez ponad pięć lat - było dla mnie niezwykle trudną decyzją. Wpływ na nią miały przede wszystkim dwie kwestie. Po pierwsze, podjąłem tę decyzję ponieważ nie potrafiłem zaakceptować retoryki Jarosława Kaczyńskiego i jego najbliższych współpracowników, która niemal od 10 kwietnia 2010 roku zaczęła przypominać postulaty skrajnej prawicy. Po drugie, nie mogłem się zgodzić na sposób, w jaki liderzy PiS traktowali najwyższych przedstawicieli Najjaśniejszej Rzeczypospolitej; rządzących, którzy zostali przecież wybrani większością głosów w demokratycznych wyborach. Po wystąpieniu z Prawa i Sprawiedliwości zaangażowałem się w budowę partii Polska Jest Najważniejsza. Z ramienia tej partii w 2011 roku zostałem kandydatem do Sejmu RP w okręgu wyborczym nr 3. Jestem zwolennikiem politycznego centrum. Moje poglądy na problemy gospodarcze są bardziej zbliżone do wizji społecznej, niż liberalnej. Jestem zwolennikiem państwa opiekuńczego, jednak na ściśle określonych zasadach. W mojej opinii państwo powinno być opiekuńcze, dopóki nie dławi inicjatywy społecznej i gospodarczej. Uważam bowiem, że to właśnie indywidualna inicjatywa jest główną siłą, która napędza rozwój gospodarczy i społeczny; jest niezbędnym czynnikiem dla utworzenia silnej klasy średniej, jak również dla społeczeństwa obywatelskiego. Jestem zwolennikiem państwa o świeckim charakterze, mimo, iż jestem ochrzczonym i wierzącym katolikiem. Uważam jednakże, że wiara to indywidualna sprawa każdego obywatela. Dlatego państwo nie powinno popierać, ani finansować żadnej wspólnoty religijnej. Jestem zwolennikiem polskiej integracji z Unią Europejską, bowiem uważam, iż dla Polski to bezprecedensowa szansa na udoskonalenie naszego Państwa i na niespotykany dotąd rozwój gospodarczy. Jednakże - w moim przekonaniu – o integracji europejskiej nie można mówić, iż jest dobra lub zła. Rozpatrywanie jej w takich kategoriach jest błędem! Integracja europejska jest po prostu konieczna w zglobalizowanym świecie, gdzie gospodarcza i polityczna konkurencja jest bezwzględna i nie pozostawia żadnego miejsca dla osamotnionych państw, które pozostawałyby poza ponadregionalnymi wspólnotami. Świat się zmienia, należy się więc zmieniać razem z nim! Tylko w zintegrowanej i silnej Unii Europejskiej można budować silną Polskę, gdyż pojedyncze państwa nie mają żadnych szans na sprostanie gospodarczej konkurencji i społeczno-politycznym wymogom świata w dwudziestym pierwszym stuleciu. Stąd konieczność polskiej integracji z Unią Europejską, bez której Polska nie ma żadnych szans na rozwój, żadnych szans na obiecującą przyszłość pod względem znaczenia politycznego w Europie i na świecie. Zapraszam wszystkich do zapoznania się z moimi artykułami, w których pragnę podzielić się z Państwem swoim punktem widzenia na tematy związane z wydarzeniami na polskiej i europejskiej scenie politycznej. Zapraszam także do kulturalnej i merytorycznej dyskusji. Mam świadomość, iż polityka budzi wiele bardzo silnych emocji. Mimo to byłbym wdzięczny za debatę pozbawioną niepotrzebnej agresji i zacietrzewienia.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Polityka