Na bezrobociu, sierpień 1997 r.
Denerwują mnie skrajnie nieodpowiedzialne, niesprawiedliwe wypowiedzi niektórych publicznych osób, którym tak łatwo przychodzi negatywne osądzanie innych, którzy twierdzą, że bezrobotni i ludzie żyjący w skrajnej biedzie są sami sobie winni, gdyż nie chcą pracować, zmieniać swego losu. Narzekania na biedę nie są nieuzasadnionym zrzędzeniem, utyskiwaniem, nie są podyktowane tęsknotą za PRL–Em ani mentalnością, która pozostała po komunistycznym okresie tak jak to komentują niektórzy politycy i dziennikarze. Trzeba być szczelnie zamkniętym w swoim zaskorupiałym światku, albo mieć tyle egoizmu i cynizmu aby wypowiadać tak dziwne i nieprawdziwe sądy. Za nic mają nauczanie naszego Papieża o potrzebie ludzkiej solidarności, za nic mają ideały towarzyszące masowemu, społecznemu ruchowi „Solidarność”, dzięki któremu do przemian w ogóle doszło. Widząc tyle biedy dookoła, oglądając choćby telewizyjne reportaże, widząc, że gospodarka kuleje i nie może wchłonąć bezrobotnych i jednocześnie twierdzić, że biedni, bezrobotni są sami sobie winni gdyż nie chcą pracować lub że są nie mobilni, ze nic nie robią, by pracę znaleźć, to skrajna nieodpowiedzialność. Ciekaw jestem jaka część z tych osób, które tak zdecydowanie wyrażają swoją dezaprobatę dla tych, którzy nie pracują, którzy nie mogą jej znaleźć, znalazła pracę lub rozpoczęła własną działalność zarobkową sama, bez pomocy rodziny, znajomych, wyłącznie przy pomocy własnej inicjatywy, przy pomocy składanych podań, przeprowadzonych osobiście rozmów. Na pewno wśród bezrobotnych są i tacy, którzy nie chcą pracować, jednak uogólnianie, nie dostrzeganie wysiłków i bezsilności ludzi, którzy starają się o pracę, o wyjście z nędzy, często z nędzy skrajnej, jest czymś niezrozumiałym. Mało jest osób, które potrafią być całkowicie obiektywne, na których osobista sytuacja czy otoczenie w sposób świadomy lub podświadomy nie rzutują na ich sposób postrzegania rzeczywistości. Sprawdzają się niestety powiedzenia, że sposoby widzenia zależą od miejsca siedzenia i że syty nie zrozumie głodnego, zdrowy chorego itd. itp. Ci którym dobrze się powodzi, którzy mają np. własne biznesy powinni zrozumieć to, że wszyscy bogaci i biedni, pracodawcy i pracobiorcy, producenci i odbiorcy dóbr, funkcjonujemy w tej samej gospodarce, na tym samym rynku, jesteśmy ze sobą powiązani i gdy będzie się wiodło dobrze wszystkim obywatelom, całemu społeczeństwu, to i im będzie łatwiej funkcjonować, a ryzyko załamania się ich godnego bytowania będzie mniejsze. Im mniej biedy, im mniej obywateli, współmieszkańców terytorium naszego kraju znajdzie się poza „burtą”, tym większa będzie chłonność rynku, tym szerzej gospodarka będzie funkcjonować wewnątrz kraju, tym lepiej funkcjonować będzie podział pracy, tym mniej będzie ograniczeń, tym większe będą możliwości rozwoju, a gospodarka nie będzie się wtedy zawężać, nie będzie się kisić w okrojonych kręgach odbiorców, producentów i usługodawców. Problemy społeczne, społecznych dołów nie docierają do świadomości elit politycznych, biznesowych, elit działających w informacji i kulturze. Nawet wtedy gdy przedstawiciele tych elit deklarują, że są zorientowani, ich wiedza jest powierzchowna, „nieprzeżyta”. To tak jakby wypowiadali się o czymś co jest daleko i o czym usłyszeli przypadkowo i tak naprawdę nie dociera to do nich w pełni. Z niektórych komentatorów wychodzi albo głupota i lenistwo- podchodzą do problemu mniej niż powierzchownie, zupełnie nie dociekają przyczyn zjawiska- albo sadystyczna natura, natura właścicieli niewolników Sami zarabiając godziwe pieniądze lekko i bezproblemowo wygłaszają kwestie, że ludzie są leniwi bo nie chcą pracować za proponowane im stawki, gdy te ich zarobki nie wystarczyłyby nawet na najpotrzebniejsze wyżywienie, na uzupełnienie spalonych w czasie pracy kalorii i które to oficjalne zarobki były by im odebrane na zaległe opłaty.
W dzisiejszej audycji radiowej upatrywano przyczyn życia w nędzy pracowników byłych PGR-ów w tym, że ludzie ci nie potrafią odnaleźć się w dzisiejszej rzeczywistości, że w PRL-u żyli biednie, ale mieli poczucie bezpieczeństwa, a dziś są w stanie inercji, nie potrafią zadbać o zmianę swego losu. Takie przedstawianie problemu ludzi bezrobotnych jest dla mnie bezdusznym traktowaniem ludzi, może prostych, może niezaradnych, jako nic nie znaczących śmieci, które tylko przeszkadzają, zakłócają spokój sumień i psują krajobraz społeczny. Mam nawet wrażenie, że chyba najchętniej pozbyto by się ich w sposób fizyczny. Prawdą jest, że nieszczęście pracowników PGR-w i ich rodzin ma swe źródło w bezsensownym systemie stworzonym za czasów komuny. Jednak zbyt łatwo po istnieniu 8 lat demokratycznego ustroju usprawiedliwia się nędzę swych współobywateli tylko winami PRL-u. Oczywiście nie jest winą dzisiejszego systemu i dzisiejszego państwa to, że zlikwidowano nieefektywne PGR-y i ludzie pracujący w nich stracili pracę, ale winą dzisiejszego systemu i dzisiejszego państwa jest to, że rynek pracy ich nie wchłonął, że państwo pozostawiło ich samym sobie.
Wbrew twierdzeniom niektórych osób, które zaliczają siebie do elit, przeciętni Polacy nie są wrogo nastawieni, nie występują przeciw elitom, przeciw autorytetom i przeciw ludziom bogatym. Przeciętnym Polakom nie chodzi o to, by nikt nie wyrastał ponad przeciętność, chodzi im o to, by nie było w Polsce ludzi wyrzuconych za nawias społecznej wspólnoty, ludzi „zatopionych”.
Komentarze
Pokaż komentarze (1)