Portiernia – czerwiec 2002 r.
Psychiczne dołki spowodowane brakiem pracy i psychiczna rekompensata we wspomnieniach z okresu „Solidarności” i stanu wojennego.
Do tej pory starając się o pracę nigdy w rozmowach, w życiorysach, w podaniach nie przedstawiałem swoich poglądów, zaangażowań społecznych, politycznych itp. Uważałem, że sfera pracy powinna być od nich niezależna a podpieranie się argumentami innymi od zawodowych kwalifikacji i predyspozycji jest nieodpowiednie. Jednak całe lata stresów, frustracji i poniżeń w jakich pozostawałem z powodu bezskutecznych starań o zatrudnienie i obecna praca, która nie tylko że nie daje mi satysfakcji, ale jest powodem kolejnych frustracji, w sytuacji gdy byli komuniści i wrogowie przemian żerują na tych przemianach, zbierają profity, zbyt często nie dzięki swoim zasługom, kwalifikacjom czy umiejętnościom, ale dzięki różnorakim powiązaniom partyjno- towarzyskim, doprowadziły mnie do skraju psychicznej wytrzymałości.
Jednym z motywów mojego odejścia z zakładu pracy w 1982 roku była chęć odejścia z zakładu nadzorowanego przez pułkownika WP, który mając do czynienia z takimi jak ja pracownikami noszącymi znaczki „Solidarności” i niestosującymi się do jego poleceń, robił awantury nie tylko nam ale też dyrektorowi.
Pamiętam, ze dyrektor nie chciał mnie zwolnić, podarł moje podanie i wrzucił je do kosza. Ja jednak z uporem osiłka (wtedy nazywałem to honorem) zaniosłem, bodajże już następnego dnia kolejne podanie o zwolnienie i nie pozostawiłem mu wyboru.
Po zwolnieniu się z pracy prowadziłem rzemieślniczy zakład produkcji skarpet, z początku z czterema jeszcze kolegami z zakładu w którym pracowałem przed zwolnieniem, a później już samodzielnie. Miałem nadzieję że rozwinę zakład, niestety dochody z produkcji na jednej zdezelowanej maszynie ledwie starczały na bieżące życie. Nie mogłem, a może nie potrafiłem się rozwinąć. Wstyd mi tez było znajomych z zakładu, w którym pracowałem przed 1982 rokiem i nie odnawiałem z nimi kontaktu. W 1991 roku zlikwidowałem zakład dziewiarski i razem ze znajomymi otworzyliśmy mały sklep spożywczy, jednak i on z powodu niezbyt szczęśliwej jak się okazało lokalizacji był niewypałem. Moje kłopoty ze znalezieniem pracy rozpoczęły się już w 1993 r. po rozwiązaniu spółki i zakończeniu własnej działalności gospodarczej. Okazało się, że jestem za stary na zatrudnienie.
Pomimo, że staram się oddzielić moje prywatne niepowodzenia od moich ocen tego co dzieje się w kraju, to jednak radość i nadzieja, które napełniły mnie w 1989 roku stopniowo przemieniały się w coraz to większe rozgoryczenie. Podań o pracę, które rozniosłem lub rozesłałem były już nie setki ale tysiące. Rozmowy z potencjalnymi pracodawcami kończyły się w najlepszym razie zapewnieniom, że o decyzji czy będę zatrudniony będę powiadomiony telefonicznie lub pisemnie. Okazało się, że po wypadnięciu z tzw. „obiegu”, utracie zawodowych kontaktów i braku odpowiednich znajomości i przynależności uzyskanie pracy jest niemożliwe. Brak pracy rzutował w decydujący sposób na moje życie osobiste. Był też powodem zmartwień moich rodziców. Nigdy nie odmówili mi oni pomocy, czułem się jednak jak pasożyt i życiowy nieudacznik. Obecna praca w charakterze ochroniarza jest pracą całkowicie przypadkową. Wykorzystałem podpowiedź znajomych, że istnieje nisza na rynku pracy, szczelina przez którą można do niego się wcisnąć i po ukończeniu kursu i zdobyciu licencji pracownika ochrony mienia i osób znalazłem wreszcie pracę. Jednak i ona jest dla mnie stresująca. Praca ta wydaje mi się bezsensowna. Jej formy: uzbrojenie, umundurowanie, a nade wszystko wojskowo- policyjne zależności, metody i stosunki pracy zdecydowanie górują nad zadaniami (stróżowaniem i ochroną).
Firmy ochroniarskie stanowią „eldorado” dla byłych ubeków, milicjantów i wojskowych. Tak jak inni komunistyczni działacze i funkcyjni z innych grup zawodowych, znaleźli oni sobie, czy raczej stworzyli nowe, kapitalistyczne tym razem oazy dobrobytu i władzy. Moi przełożeni, byli milicjanci i wojskowi, to ludzie o konserwatywnych poglądach, nostalgicznie przywołujący dawne komunistyczne okresy, to przede wszystkim apodyktyczni, wprowadzający dawne policyjne i wojskowe metody zarządzania i kierowania ludźmi intryganci. Bardzo uciążliwe jest też zupełne niestosowanie przez firmę zasad kodeksu pracy, oraz bardzo duża ilość godzin pracy i niewielkie zarobki.
Zatrudnianie firm zewnętrznych i przetargi są w wielu przypadkach instrumentami korupcji i wyzysku. Zmniejszeniu kosztów firm na rzecz których usługodawcy i podwykonawcy świadczą pracę towarzyszy dodatkowo wyzysk pracowników firm usługowych przez ich właścicieli. Zmniejszanie kosztów, jeśli ma ono miejsce wynika z bardzo niskich, przeważnie głodowych płac jakie otrzymują pracownicy firm podwykonawczych czy usługowych. Nie dość, że firmy zleceniodawcze płacą mniej firmom usługowym niż wtedy gdyby zatrudniały własnych pracowników, to jeszcze ogromne zyski właścicieli firm usługowych i podwykonawczych są dodatkową i podstawowa przyczyną tych głodowych płac.
Ośmielam się, przedstawić w skrócie i tę sferę mojego życia która dotyczy zaangażowania w polityczne przemiany. Byłem bardzo zaangażowany emocjonalnie, tak zresztą jak cała moja rodzina, w ruch solidarnościowych przemian. Ruch sprzeciwu i obrony wartości społecznych, narodowych i obrony robotników zapoczątkowany przez KOR. i inne nielegalne organizacje opozycyjne i niepodległościowe i wybuch spontanicznego, ogólnonarodowego ruchu „Solidarności” było czymś co pozostanie we wspomnieniach jako coś wspaniałego, niezwykłego. Tak jak moje zaangażowanie emocjonalne w ruch i przeżywanie goryczy stanu wojennego były bardzo silne, tak moje konkretne działania w porównaniu z innymi członkami „Solidarności” nie były może zbyt znaczące. Ograniczały się do drukowania razem z siostrą Jolantą, w gronie koleżanek i kolegów ulotek (pierwsze ulotki były pisane na maszynie przy użyciu kilku arkuszy kalki bezpośrednio po aresztowaniu przywódców łódzkiej „Solidarności”: Słowika i Kropiwnickiego) i gazetek lokalnych, rozwieszania ulotek w korytarzach, klatkach schodowych domów mieszkalnych, w zakładzie pracy i na ulicach, do zrywania reżimowych plakatów, przewożenia po Łodzi ryz papieru, matrycy, wałka i farby drukarskiej fiatem 126 P, do noszenia w zakładzie pracy znaczka „Solidarności”. Uczestniczyłem też w anty "wronich” demonstracjach. W 1982 r. pod koniec takiej demonstracji zostałem ujęty na ul. Piotrkowskiej przez ZOMO, dotkliwie pobity (guzy na głowie i siniaki na całym ciele) i przewieziony milicyjną „Nysą” do aresztu. Następnego dnia zostałem przewieziony i postawiony przed oblicze Kolegium. Wymierzono mi wysoką grzywnę z zamianą na bodajże 3 miesiące aresztu. Dzięki mojej siostrze i księdzu profesorowi Bakiesowi z Pabianic, którzy mnie odnaleźli i wykupili (Jestem im do dziś niezmiernie wdzięczny) uniknąłem aresztu i wróciłem do domu. Siostra Jolanta miała zresztą również kontakty, choć innego rodzaju z milicją. Pierwszym jej kontaktem było zatrzymanie jej razem z kolegą przez patrol milicyjny, gdy nierozważnie po drukowaniu gazetek znaleźli się w Łodzi pod blokiem (w którym w jednym z mieszkań odbywało się to drukowanie), w czasie trwania jeszcze godzin milicyjnych. Poproszono ich do milicyjnego samochodu i przewieziono na komendę. Na szczęście w czasie jazdy zdążyli usunąć /wylizać/ farbę drukarską z rąk i udając parę zakochanych zdołali uniknąć zdemaskowania. Później była wzywana na komendę milicji przy ulicy Lutomierskiej w Łodzi na przesłuchania. Było to spowodowane jej kontaktami z dziewczyną o imieniu Kler, którą poznała w Warszawie, a która była pracownicą ambasady australijskiej i z którą uczestniczyła w spotkaniach ze znanymi ludźmi opozycji, miedzy innymi z Jackiem Kuroniem, Jackiem Fedorowiczem. Kler była dość częstym gościem u nas (w mieszkaniu rodziców) w Pabianicach. Zresztą dzięki panu Keplerowi z Pabianic również ja miałem przyjemność z Kler i z siostrą uczestniczyć w spotkaniu mającym miejsce w domu u państwa Palków z przywódcami łódzkiej „Solidarności” panami: Słowikiem i Kropiwnickim i Palką. Siostrze podsuwano „na rozmowach” na ul Lutomierskiej do podpisania jakieś pisma i straszono nie wydaniem wizy. Na szczęście potrafiła się oprzeć namowom i szantażom i żadnego pisma nie podpisała.
Komentarze
Pokaż komentarze (5)