Portiernia, maj 2009 r.
Na fali wspomnień w dwudziestą rocznicę odzyskania prze Polskę niepodległości - Moja skromna reminiscencja ze zdarzenia w stanie wojennym.
W sierpniu 1982 roku w całym kraju odbywały się wielkie anty wronie demonstracje. Również taka wielka, imponująco liczna anty wronia demonstracja odbyła się w Łodzi. Część osób zebrało się przy katedrze na ulicy Piotrkowskiej, część osób, w której znalazłem się i ja zebrała się przy kościele Jezuitów przy ulicy Sienkiewicza (u sławetnego ojca Miecznikowskiego). Obie grupy połączyły się w imponująco licznym, długim pochodzie. W nastroju oporu i buntu przeciw reżimowej władzy i manifestacji przywiązania do ideałów „Solidarności” demonstranci podążyli ulicą Piotrkowską do placu Niepodległości a następnie, nie pamiętam już którymi ulicami pochód dotarł w okolicę ulicy Łąkowej. W zbiorowej euforii nieustająco wznoszone były okrzyki, wśród których dominowało: „Chodźcie z nami.” Z okien i balkonów pozdrawiali nas ludzie (starsi lub obawiający się wziąć bezpośrednio udział w manifestacji), pokazując znaki poparcia. Z tyłu i z boków pochodu (w bocznych ulicach i na sąsiednich pasach alei) cały czas obecne były oddziały milicji i ZOMO. Ponieważ manifestacja była niezwykle liczna oddziały umundurowanych bały się zaatakować demonstrujących bezpośrednio, wyłapywały z tłumu idące z tyłu lub z boku pojedyncze osoby. Gdy dotarliśmy do szerokich alei ukazały się nam oddziały ZOMO, które próbowały zastraszyć i wywołać nastrój grozy demonstrując swą siłę. Zomowcy ustawieni w oddziałach w groźnie wyglądającym uzbrojeniu robili hałas uderzając pałkami o tarcze. Z innych miejsc wystrzeliwano rakiety i petardy. Celem tych działań było rozproszenie uczestników pochodu i zaatakowanie mniejszych grup.
Pochód coraz bardziej się kurczył, coraz mniej osób brało w nim udział. Pozostawali ci, którym zabrakło rozsądku. Niestety do tych nierozważnych należałem i ja. Niewielkie już grupy osaczone zostały przez ZOMO i policję. W grupkach próbowaliśmy przebić się do ulicy Piotrkowskiej. Gdy znalazłem się z innymi osobami na Piotrkowskiej w okolicy katedry zaczęli gonić nas zomowcy. Wpadliśmy z kilkoma osobami w podwórko ale od strony ulicy Kościuszki leciały na nas rakiety, wpadliśmy więc do kamienicy. W kamienicy, co zrozumiałe lokatorzy w strachu pozamykali drzwi swoich mieszkań. Dotarliśmy na trzecie, ostatnie piętro i to był koniec naszej ucieczki. Nawet ewentualne wyskoczenie z okna skończyłoby się wpadnięciem w ręce zomowców, których kilku już było na podwórku. Pamiętam, że widząc wbiegających za nami po schodach uzbrojonych zomowców, w hełmach, z długimi tarczami i długimi pałkami, wyglądających jak skrzyżowanie robotów z kosmosu z opancerzonymi rycerzami przemknęła mi przez głowę myśl: „To już koniec. Zapałują.”. Okładając pałkami ściągnęli nas na ulicę. Szczególnie dotkliwie pobili chłopaka, który przewrócił się na podwórku. Dopadli do niego jak sępy do zdobyczy, wyładowali na nim całą swoja furiacką złość i nienawiść. Powrzucali nas jak śledzie do Nysy, na mnie leżał jakiś chłopak. Pamiętam też, że w pewnym momencie u jednego z zomowców ujawniły się odruchy człowieczeństwa i do okładających nas jeszcze w samochodzie zomowców powiedział: „Wystarczy im, przestańcie.” Zawieziono nas do aresztu. Tam w wejściu i w korytarzu przez który przegoniono nas do jakiegoś pomieszczenia stali zomowcy lub policjanci z pałami i oberwaliśmy kolejne ciosy.
W pomieszczeniu w którym się znaleźliśmy było już dużo osób. Nie pamiętam już jak długo nas tam, w tym zatłoczonym lokalu trzymano, pamiętam tylko, że w pewnym momencie rozeszła się po sali, pewnie przyniesiona przez kolejnych zatrzymanych wiadomość o tym, że umarł Gomułka. Musiał to być już 1 września. Z pomieszczenia wzywano pojedynczo osoby, część chyba wypuszczono do domów, część trafiła do aresztu. Po odebraniu mi do depozytu zegarka, paska od spodni, sznurówek od butów i kilku monet, które miałem przy sobie trafiłem do zimnej, obskurnej celi. Tłok panował w niej ogromny, ledwie można było wygospodarować sobie jakieś miejsce do siedzenia podkurczonymi nogami i przespania się. Godziny spędzane w celi okrutnie się dłużyły, marzłem też gdyż byłem w samej koszulce, bez swetra. Z celi wzywano co jakiś czas pojedyncze osoby. Niektórzy wypisywali popiołem z nadpalonych zapałek na skrawkach papieru, na biletach tramwajowych numery telefonów i prosili tych, którzy byli wzywani, by po ewentualnym wyjściu powiadomili rodziny. Z celi wychodziły kolejne osoby a ja byłem wśród tych, którzy ciągle czekali na swoją kolej. Różne czarne myśli krążyły po głowie, między innymi o wywózce do jakiegoś więzienia. Wreszcie przyszła i na mnie kolej, zawieziono mnie do jakiegoś budynku przy ulicy Zachodniej i osądzono przez kolegium. Do dziś nie wiem jakim cudem odnaleźli mnie na kolegium siostra Jolanta z księdzem profesorem Bakiesem z Pabianic. Wpłacili zasądzoną kwotę i nie musiałem odsiadywać zamiennej kary w areszcie. Pamiętam, że wracając już do domu, idąc w gronie czterech osób również uwolnionych od kary zatrzymaliśmy się na moment przy Grand Hotelu, gdyż jedna z tych osób, młoda dziewczyna chciała zadzwonić z hotelu do rodziców, by ich powiadomić, że już wraca do domu i gdy zobaczył nas wychodzący z hotelu cudzoziemiec popatrzył na nas z litością i prawie jęknął „My God”. Byliśmy brudni, śmierdzący dymem z rakiet i petard, ja miałem porozrywaną koszulkę, siniaki na całym ciele i guzy na głowie.
Nie zapisuję tych wspomnień, by epatować swoim zaangażowaniem w ruch „Solidarności” i przykrościami doznanymi od wroniego reżimu, traktuję to o czym napisałem jako przygodę, która trafiła mi się jak wielu innym szeregowym ludziom „Solidarności”. Chciałbym tylko, by moja kontestacja sposobu przeprowadzonej po 1989 roku transformacji ustrojowo- gospodarczej nie była traktowana jako podważanie potrzeby transformacji w ogóle i jako mój sentyment do PRL-u. Byłem bardo mocno zaangażowany emocjonalnie w ruch „Solidarności” a zawód ze sposobu przeprowadzenia przemian w wolnej już RP jest sprawą wtórną i podrzędną w stosunku do satysfakcji z odzyskania niepodległości i uwolnienia naszego kraju od komunizmu. Zresztą zawód jest udziałem wielu nieporównanie bardziej ode mnie zasłużonych członków i działaczy tego wolnościowego ruchu.
Komentarze
Pokaż komentarze