Tucholanka, położona jest w Tleniu nad Wdą. Kiedy jedzie się od strony Osia,trzeba minąć Samotnię nad Wdą,(wtedy wiejska gospoda z pokojami do wynajęcia),dwa mosty przez główny nurt rzeki i jej odnogę. Potem już tylko lekki podjazd po górę i wjeżdża się na teren pensjonatu. Od strony drogi głównej widoczna jest drewniana część posesji, na którą składa się cześć murowana, w której mieszkała właścicielka wraz z rodziną, z dobudowaną, drewnianą kawiarnią. W której można było zawsze zjeść wspaniałe ,domowe ciasta z owocami, albo pyszny sernik.
Pensjonat, z kilkunastoma pokojami,z jadalnią,połączoną z kuchnią, w której królowały dwa stare piece kuchenne oraz z łazienkami na parterze i piętrze i pralnią,mieściły się w odrębnym, murowanym budynku. To był jedyny prywatny pensjonat w Tleniu, gwarantujący całodzienne wyżywienie. Poza nim, były tylko ośrodki FWP(Wczasów pracowniczych),położone bliżej jeziora. Mieliśmy swoją własną przystań nad odnogą Wdy, z kilkoma łodziami oraz kajakami.
Nieduży pensjonat, z niepowtarzalną atmosferą. Gromadzący ludzi kultury i nauki, a także przyjaciół i znajomych właścicielki pensjonatu. Każdy, kto zawitał w progi Tucholanki, stawał się częścią małej społeczności. Był od razu „swój” może, dlatego że właścicielka nie wynajmowała pokoi nikomu, kto zagroziłby ładowi tego miejsca. Wszystko tam miało swój rytm i klasę. Posiłki, podawane pod okiem czujnej gospodyni, miały charakter domowy. Podawano jest w określonych przedziałach czasowych, gwarantujących możliwość zaspokojenia potrzeb zarówno rannych ptaszków jak i śpiochów. W jadalni można było posłuchać radia, oglądać telewizję. Najczęściej jednak ograniczało się do słuchania radia i gry w canastę albo birdge,a.
Chętnych było zawsze więcej,niż miejsc w pensjonacie. Dlatego, w ogrodzie graniczącym z lasem,schodzącym do Wdy,były rozstawione namioty, w których mieszkali zwykle młodzi studenci, przyjaciele synów właścicielki.(miała ich 4)
Przez przyjaźń z jednym z nich, naukowcem politechniki Gdańskiej, stałymi gośćmi pensjonatu została moja rodzina. Rodzice, z uwagi na swoje zajęcia przyjeżdżali zwykle na weekendy, a ja z bratem spędzałam przez kilka lat w Tucholance, cały miesiąc..To tam miałam okazję poznać wielu tancerzy baletowych Teatru Wielkiego( w tym Szymańskiego) grać w bridge,a z Edmundem Fettingiem, czy urządzać wyprawy łodziami z braćmi Zelnikami. Animatorem rozgrywek sportowych w siatkówkę czy badmintona, był niestrudzony profesor Doerfer.
Przed pensjonatem stało niewiele samochodów. Dalsze wyprawy do lasu polegały na przejeździe pociągiem do najbliższej stacji, a potem było wielkie grzybobranie w drodze powrotnej do Tlenia, z obowiązkowym przystankiem u zaprzyjaźnionych gospodarzy, gdzie serwowano nam pajdy wiejskiego chleba ze swojskim masłem, najczęściej ze śmietaną i posypane cukrem.
Rok 1968 był wyjątkowy pod względem aktywności fizycznej. W dużej mierze za sprawą Jurka Zelnika, który w dbałości o swoją kondycję, wyciągał nas wszystkich codziennie bez względu na pogodę, na kąpielisko nad jeziorem, żeby wykonać –dla utrzymania sprawności fizycznej- założony trening pływacki(minimum 4 długości prowizorycznego „basenu”). Z powodu Jurka było tez sporo zamieszania w całym Tleniu. Ledwie dwa lata wcześniej na ekranach kin ukazał się Faraon, dlatego Zelnik był w miejscach publicznych nagabywany o autografy, od młodych fanek jego,widocznego już kunsztu aktorskiego, ale przede wszystkim,atrybutów jego urody. Czy tylko dlatego ogromnie dbał o swój wygląd – nie wiem. Faktem jest, że nawet na wyprawę na grzyby o 4 rano,ubrał się w nieskazitelnie białe spodnie i takie same tenisówki. Dla mnie i młodszego o rok syna właścicielki, (uczniów liceum)który był zawsze przewodnikiem podczas wypraw, było to hasłem do brzydkiego psikusa. W miejscu, w którym musieliśmy po drągach przejść przez doskonale nam znany, (ale nie Jurkowi) niewielki,bagnisty strumyk –zatrzymałam się na środku, udając,że nie mogę dalej pójść. Jurek,jak na dżentelmena przystało, ruszył mi w sukurs z pomocą, kiedy znalazł się koło mnie, ja przesunęłam się lekko w bok, a nasz przewodnik nastąpił w odpowiednim miejscu na belkę, którą się uniosła...dzięki czemu Jurek znalazł się po kolana w bagienku.I chyba czegoś się nauczył, bo na następną wyprawę, powędrował już w dżinsach.
Któregoś dnia, Jurek powiedział, że przyjadą znajomi jego rodziców, ponieważ chcą się pożegnać przed wyjazdem z Polski. Zaproponował, żeby wieczorem urządzić ognisko z tej okazji. Piotr, syn właścicielki,powiedział, że gośćmi Zelników będą państwo Kołakowscy z córką, Agnieszką.
Tym razem, spadło ze mnie i z Piotrów (brata Jurka Zelnika) odium najmłodszych w gronie,Agnieszka była chyba o rok lub dwa młodsza od nas. Dzięki niej Piotr Zelnik, młodszy o dobre dziesięć lat,brat Jurka, zyskał rówieśniczkę.
Jak tylko rodzina Kołakowskich znalazła się na terenie pensjonatu, skrupulatnie zamknięto bramę wjazdową. Normalnie, bramę zamykano dopiero koło 22-ej. Żeby nam „nikt” nie przeszkadzał, powiedział starszy z synów właścicielki(student medycyny) i puścił starszej grupy młodych, czyli mojego brata i kilku studentów,konspiracyjne oczko. O tym, kim jest Leszek Kołakowski, wiedziałam tylko tyle, że jest znanym profesorem-wywrotowcem. I bardzo mądrym człowiekiem, wobec którego wszyscy wokół okazywali ogromny szacunek. Nie sądziłam, więc, że rozmowa przy ognisku będzie miała tak ciepły i niewymuszony przebieg, w którym uczestniczyli po chwili wszyscy. Rozmawialiśmy o życiu :profesor mówił nam, młodym o znaczeniu autorytetu i tradycji w życiu każdego człowieka, bez których człowiek nie umie tworzyć więzi i jest niczym. Prowokowany przez Jana Zelnika, opowiadał dowcipnie o różnych wydarzeniach ze swojego życia. Agnieszka natomiast pochwaliła się, ze tata napisał, dla niej specjalnie, książkę,(kto chciałby rozweselić wspaniałego nosorożca).Oczywiście dalsze dyskusje były już na temat literatury. Gdy usłyszałam dojrzałe wypowiedzi Agnieszki,na temat klasyki światowej, byłam pod wrażeniem. Cóż, ojciec profesor filozofii, matka-dr psychologii..Miałam przeczucie, że niedaleko padnie jabłko od jabłoni.. Kiedy się rozstawaliśmy,Agnieszka ze smutkiem powiedziała,jak bardzo nie chce wyjeżdżać z Polski, ale tata musi wyjechać, bo nie może dłużej w Polsce pracować.
I tak właśnie zapamiętam profesora Leszka Kołakowskiego. Jako człowieka, który umiał spowodować, że dwugodzinna rozmowa przy ognisku, na tematy niełatwe, stała się zwykłą rozmową o życiu i wartościach. Rozmową, która bez znużenia mogła trwać i trwać. Bo on miał coś do powiedzenia.
PS
Dr Tamara Kołakowska jest tłumaczem wielu ksiażek z zakresu psychologii
Agnieszka Kołakowska filozofem i tłumaczką


Komentarze
Pokaż komentarze (20)