Niespodziewany telefon z Warszawy,od profesora Romualda Kukołowicza,zaskoczył mnie zupełnie. Profesor pytał, czy jestem w stanie porozumieć się z prezydentem miasta Gdańska bądź wojewodą, w celu przyjęcia delegacji przedstawicieli władz miasta Rotterdamu,która chce nawiązać kontakt przez „zaufanych” obywateli. Delegacja ta miała charakter inicjatywy obywatelskiej społeczeństwa Rotterdamu.
Nie zastanawiając, się wiele nad dziwną sytuacją, w której delegacja,w sumie mająca charakter semi-oficjalnej, szuka kontaktu z władzami miasta,przez Episkopat –oczywiście podjęłam stosowne starania. Pomocny w nawiązaniu kontaktów, stał się przyjaciel, sąsiad ówczesnego prezydenta miasta Gdańska prof., Jerzego Młynarczyka.
Zrelacjonowałam ówczesnemu asystentowi wojewody Jerzego Kołodziejskiego,że celem wizyty jest nawiązanie współpracy obywatelskiej pomiędzy miastem Rotterdam i Gdańskiem.Ustaliłam termin spotkania z prezydentem Młynarczykiem i rozpoczęły się tzw. "schody". Otóż okazało się, że miasto nie może (nie ma bądź nie chce oficjalnie) środków finansowych na podjecie tej półoficjalnej delegacji.Po dyskusji.przydzielono mi...dodatkowe kartki na żywność i zaproponowano, abym przyjęła gości u siebie w domu.!Dla zapewnienia zaopatrzenia, asystent wykonał przy mnie telefon do sklepu delikatesowego, w którym załatwił mi mozliwość realizacji tych kartek na dobra „luksusowe”. W trakcie trzydniowego pobytu, przewidziana byłe spotkanie godzinne z wojewodą, oraz obiad wydany przez prezydenta Młynarczyka w restauracji „pod Łososiem w Gdańsku”. Pozostała już tylko rezerwacja hotelu i oczekiwanie na przyjazd gości.
W kilka dni potniej w Gdańsku pojawiło się trzech Holendrów. Szefem był senior –senator miasta Rotterdamu, Vim Baggerman. Pełen kultury, starszy Pan,który zainicjował pomysł pomocy dla mieszkańców Gdańska.
Wreszcie mogłam poznać kulisy całej akcji. Otóż okazało się,że panowie chcieli zorganizować dla mieszkańców Gdańska,przyjacielską pomoc, polegająca na zaopatrzeniu miejskich szpitali w leki. Znając trudną sytuację w zaopatrzeniu medycznym, uchwałą Senatu miasta Rotterdamu, utworzyli fundusz pomocy dla przyjacielskiego miasta Gdańsk, z którego miały być dokonywane zakupy brakujących leków.
Nie mieli zaufania do samych władz, stad pomyśl, aby poszukać wiarygodnych dla nich,Gdańszczan, który mieli być gwarantem, że leki trafią dla potrzebujących mieszkańców, a nie dla władzy. Najlepszym rozmówcą dla nich był, więc Episkopat, który skierował sprawę do doradców księży Prymasa.Dlatego adresatem stał się profesor Kukołowicz, a z kolei profesor (był tą osoba, która wciągnęła mnie do grupy doradców Prymasa ds. rzemiosła) w sposób naturalny przekierował sprawę na mnie.Byłam przecież z Gdańska.
Należało stworzyć formalnie Komitet Współpracy Gdańsk Rotterdam,który miał być odpowiedzialny za całość akcji.Do Komitetu zostali powołani: Vim Baggerman, Ivo Bloom (odpowiedzialny w Senacie Rotterdamu za kontakty z zagranicą) przedstawiciel wojewody Kołodziejskiego, Jan Samsonowicz z Solidarności AM, honorowo ksiądz Henryk Jankowski oraz ja.Do Komiteu nie wszedł trzeci czlonek mini-delegacji,Był nim holenderski biznesmen ,który sfonanswoał pobyt wszystkich panów w Polsce, a równocześnie był kierowcą. Pikanterii tej sytuacji dodaje fakt ,że pan był włąścicielem ogromnej firmy transportowej...
Mnie przypadła rola. odpowiedzialności za koordynację i kontakty z Rotterdamem. Zasada była następująca: Senat przeprowadza zbiórki pieniędzy, informuje mnie o zebranej kwocie, a ja mam podać, jakie leki zakupić. Z uwagi na inne obowiązki Jana Samsonowicza, to ja miałam się kontaktować z poszczególnymi szpitalami i zaopatrzeniem aptek, w celu ustalenia najpilniejszych potrzeb, ale zawsze ,przed przekazaniem zapotrzebowania Holendrom, potwierdzałam z nim listę zamówionych leków. A potem odpowiadać za rozdział leków,pomiędzy poszczególne szpitale. Następnie miałam zdawać relację pozostałym członkom Komitetu z całej akcji. Wszyscy mieli natomiast zadbać o to, aby pomoc trafiła tam, gdzie miała, czyli do miejskich szpitali, a nie np. do szpitala MSW
Pierwsze dwa transporty,rozdzielane były w obecności lekarza wojewódzkiego. Była to pomoc niezwykle cenna. Dlaczego? Do Polski, w tym do Gdańska,w tym okresie docierało bardzo dużo leków z darów. Najczęściej były to końcówki serii,po kilka opakowań leków różnych firm farmaceutycznych. Ich segregacja i opis zajmowały farmaceutom wiele czasu, a pacjentom, korzystającym z nich, nie gwarantowały ciągłości leczenia specyfikiem. Dlatego w większości trafiały do aptek z darami.
Tymczasem w przypadku dostaw leków z Rotterdamu, po wcześniejszym ustaleniu braków w zaopatrzeniu przeze mnie, Holendrzy kupowali niezbędne leki w opakowaniach klinicznych.W ten sposób trafiały leki jednorodne i w ilościach umożliwiających cała kurację dla wielu pacjentów.We wszystkich spotkaniach z Holendrami brał udział asystent pana wojewody Kołodziejskiego, który od rana dzwonił do naszych drzwi, a opuszczał nas z chwilą, gdy wychodzili Holendrzy.
W miesiąc po wizycie,Vim Baggerman zadzwonił do mnie z propozycja, abyśmy wzięli udział w wystawie w Rotterdamie,jako polska część Komitetu Współpracy. Senat opłacił nam miejsce na wystawie i gwarantował utrzymanie w trakcie tygodniowej wystawy. Chodziło o promocję Gdańska oraz polskich członków Komitetu Współpracy. Powiedział, że powinniśmy przyjechać z jakimś rękodziełem może z wyrobami z bursztynu.Poinformowal także, że to jest rodzaj targów, na których eksponaty się sprzedaje.
Czasu było niewiele, bo wystawa miała się rozpocząć za niecały miesiąc. Asystent wojewody miał odpowiadać za sprawy formalne (paszporty,zgoda na wywóz ekspozycji) a ja nawiązałam kontakt ze Spółdzielnia,zrzeszającą wytwórców biżuterii ze srebra i bursztynu.
Ustaliliśmy ceny wyrobów,po których mieliśmy w razie sprzedaży,zapłacić ich twórcom, (ceny gwarantowały zwrot nakładów). Ustalony został skład delegacji: z urzędu miał jechać asystent Wojewody, z Komitetu ja, a dodatkowo fachowiec z branży,który był znanym jubilerem i członkiem Spółdzielni. Podróż oczywiście była na nasz koszt,jedynie asystent korzystał z delegacji służbowej. Pozostałym osobom umożliwiono ponadnormatywną wymianę złotówek, chyba równowartości 100 USD.
Pakowanie wystawy zajęło nam cały dzień-sami robiliśmy zestawienia oraz przygotowaliśmy spisy, umożliwiające sprawną odprawę celną. Z uwagi na przewidywane trudności z celnikami na granicy z NRD,wybraliśmy drogę promowa via Kopenhaga. Połączenie mieliśmy kiepskie, bo zmuszające nas do noclegu w Kopenhadze. Na szczęście Grzegorz(jubiler) miał tam znajomych. Na promie miałam mały wypadek potknęłam się na jakimś progu tak niefortunnie, że doznałam urazu palca prawej ręki. Lekarz na promie unieruchomił mi go oraz zaopatrzył w środki przeciwbólowe. Niestety,z powodu tego palca, zaraz po przyjeździe musiałam skorzystać z pomocy Szpitala Akademickiego w Roterrdamie.Tam okazało się,ze miałam złamanie i rękę unieruchomiono mi w tzw. longietce gipsowej. Bardzo krótko byłam załamana (problem czesania, ubioru itp.) Vim Baggerman pomyślał o wszystkim: miałam do dyspozycji darmowego fryzjera, pralnię hotelową itp..
Niestety,nie uzyskaliśmy przed wyjazdem zgody Ministerstwa na sprzedaż podczas wystawy. A idea ,przedstawiona przeze mnie, a zaakceptowana przez pozostałych, była prosta: sprzedać ekspozycję w cenach wolnorynkowych, a różnicę pomiędzy ceną ustaloną z polskimi wytwórcami a nią, wpłacić na fundusz pomocy Komitetu. Tak, aby nie tylko wyciągać rękę po dary, ale się do zakupu też dołożyć.
Wśród eksponatów, były małe rękodzieła, kilka rzeźb w bursztynie. Pozostałe to była artystyczna biżuteria. Przygotowaliśmy sami wystawę,Holendrzy zadbali o gabloty, opakowania itp. Mimo wcześniejszych zapewnień, że zgodę na sprzedaż otrzymamy, w dniu otwarcia wystawy nie mieliśmy formalnego przyzwolenia. Musieliśmy podjąć decyzję, głosami 2:1 podjęliśmy ją: sprzedajemy!
Burmistrz miasta,w dzień otwarcia, w błysku fleszy zakupił największą rzeźbę, za 2 tysiące guldenów.....Dla porównania,ta rzeźba kosztowała nas różnowartość 100...I to było hasło dla mieszkańców Rotterdamu. W trakcie wystawy sprzedaliśmy 90 % eksponatów, po cenach kilkakrotnie przekraczających cenę zakupu. Ponieważ z Gdańska nie nadchodziła upragniona zgoda na sprzedaż,w połowie pobytu wysłałam telefax do ówczesnego wiceministra Ozdowskiego,z prośbą o pomoc w uzyskaniu zezwolenia. Zgoda przyszła w..przeddzień naszego wyjazdu...Decyzja o wcześniejszej sprzedaży była bardzo ryzykowna, co zrobilibyśmy, nie mogąc na granicy wykazać się,że wwozimy całość ekspozycji z powrotem? Ale, udało się.
Przez cały okres wystawy,przychodzili do nas Holendrzy z pytaniami o Gdańsk i o Solidarność. Byliśmy wiec punktem informacyjnym o wydarzeniach w Gdańsku. Mieliśmy spotkanie z Ministrem Kultury (byłym burmistrzem Rotterdamu), który osobiście chciał porozmawiać z Gdańszczanami, którzy wnosili świeży powiew do starej EuropyJ
Spotkanie z burmistrzem Rotterdamu i lunch, a przed wyjazdem oficjalna kolacja pożegnalna wydana przez Ivo Blooma, odpowiedzialnego za kontakty Senatu z zagranicą. Ta ostatnia w lokalu zaprzyjaźnionego z miastem Chińczyka, potoczyła się dość niebanalnie. Otóż właściciel, w trakcie obiadu przysiadł się do nas, z pytaniem o Gdańsk, o Solidarność i sama wystawę. Kiedy usłyszał, dołożył do kasy Komitetu 10 000 guldenów...Serwował najlepsze wina ze swojej piwnicy poza rachunkiem oraz,a po zamknięciu lokalu, zaprosił nas do,sąsiadującej z lokalem...dyskoteki!
Dwa tygodnie minęły bardzo szybko. W dzień. wyjazdu miało nastąpić oficjalne przekazanie przez Senat miasta,zakupionej porcji leków. W miejsce, po eksponatach, mieliśmy zabrać sporo plazmy, leków i kardiologicznych większość była zapakowana już w samochodzie i przyczepie, symboliczne przekazanie polegało na wręczeniu mi jednego kartonu,tradycyjnym shake hand i kilku słowach o Komitecie dla prasy.
Rotterdam miał reprezentować Ivo Bloom. Dla poprawy wizerunku, do uścisku zdjęłam longietkę gipsową,a Ivo został poinstruowany, że musi „markować” uścisk dłoni. Ivo przypominał wyglądem niedźwiedzia. Ponad 1,90 wzrostu,potężnie zbudowany, był autorem kilku dyplomatycznych „ wpadek".Na przyjęciu tak energicznie potrząsnął ręką jednego z oficjeli,przyjmowanych przez Senat Miasta,że w efekcie wyrwał protezę swojemu gościowi...Kolejna wpadka, to tak serdecznie składane życzenia,100 –letniej mieszkance Rotterdamu, że w trakcie nich doszło do złamania kruchych kości staruszki.
Ivo i tym razem nie zawiódł. Pierwsze przekazanie darów wyglądało następująco: Ivo wygłosił krótkie przemówienie o Komitecie dla prasy i telewizji, w trakcie, którego ewidentnie zapomniał o koniecznej ostrożności,ścisnął mi rękę wraz ze złamanym palcem tak, że niemedialnie wrzasnęłam z bólu. Całość musieliśmy powtórzyć...
Przywieźliśmy pieniądze pozyskane ze sprzedaży do Polski. Rozliczyliśmy się z rzemieślnikami ze Spółdzielni. Nadwyżkę,która miała być przekazana formalnie do Holandii, wpłaciliśmy na konto Komitetu w Polsce Do końca 1981 r. niestety,przekazanie nie nastąpiło. Ostatnie spotkanie Komitetu w Gdańsku odbyło się 11 grudnia 1981 r. Wtedy zdałam relację z pobytu w Rotterdamie. Ponadto ustaliliśmy, że ostatni transport leków który został właśnie przywieziony do portu W Gdańsku (darmowo, polskim statkiem),będzie rozdzielany jeszcze przed Świętami Bożego Narodzenia. Z tego posiedzenia wracałam razem z Janem Samsonowiczem, którego w drodze do domu podwiozłam do AM w Gdańsku Wtedy widziałam Go po raz ostatni.
Wraz ze stanem wojennym, Komitet został formalnie rozwiązany Dzieje ostatniego transportu leków ,wyjaśniłam dzięki ludziom z Solidarności portowej. Całość trafiła do szpitali MSW i MW w Gdańsku... Nie zakończyła się jednak pomoc Holendrów w zaopatrzeniu w leki dla Gdańska,. Zmieniły się tylko zasady, od tej pory,leki były wysyłane na moje nazwisko,a adresem odbioru był Szpital Studencki w Gdańsku., gdzie miałam możliwość nadzoru nad rozdziałem leków pomiędzy inne szpitale ,przez niemal kolejne 3 lata.
P.S.
O Ivo Bloom pisałam w swoich wspomnieniach z Bułgarii. Wtedy obiecałam wytłumaczyć przyczynę zaproszenie dla mnie i dla Lesia do rządowej rezydencji Ministra Rolnictwa Bułgarii . (Figle sponsorowane )Była nią praca w Komitecie Współpracy, w której Ivo był członkiem. A implikacjami spotkania w Bułgarii, był nasz kolejny wyjazd do Rotterdamu, tym razem już „prywatnie” Ale to już zupełnie inna historia...


Komentarze
Pokaż komentarze (79)