O Mazurach oczami stałego bywalca
Moja siostra cioteczna spędza w Karwicy wiele weekendów i większą część lata, już od ponad 30 lat. Była więc świadkiem zachodzących w okolicy przemian, a także obserwatorem losów jej mieszkańców.
Ziemia w okolicy to puszcza, piachy i łąki. W przeszłości większość mężczyzn dorabiała w licznych lennictwach. Wraz z postępem,zapotrzebowanie na pracowników malało. Sporo osób wywędrowało do miasta lub w inne rejony kraju, a ich sprzedane domy stanowią dzisiaj odrestaurowane letniskowe „dacze”. Inni sprzedawali nieurodzajną ziemię i pastwiska po kawałku, czerpiąc z tego środku na życie. Część jednak pieniądze,zdobyte ze sprzedaży ziemi, inwestowała we własne przedsięwzięcia. Sezonowe restauracje,sklepy,stadniny koni. Inni pobudowali na swojej ziemi letniskowe domki do wynajęcia. Jeszcze inni, stanowią zaplecze „złotych rączek”, dla okolicznych domów.
Tak jak dawniej, wiele dzieci,dorabia sobie zbieraniem runa leśnego, sprzedawanego na pniu” miejscowym turystom. Tak jak w innych rejonach kraju, margines stanowią miejscowi okupanci wiejskiego sklepiku z wodą rozmowną. Woda działa nie tylko w rejonie sklepu, ale także na łące, w pierwszych promieniach słońca. Co mocą doświadczeń moich własnych uszu, niniejszym potwierdzam.
Mazurska cepeliada
Gdyby mnie ktoś zapytał kilka miesięcy temu, czy znam Mazury, odpowiedziałabym bez wahania: tak, przecież byłam na Mazurach wielokrotnie. Zdarzyły mi się noce w mazurskich hotelach i pływanie po jeziorach.. Jakżebym skłamała.. zatrzymywałam się, bowiem, z jednym chlubnym wyjątkiem, który stanowił klasztor w Wigrach, w hotelach zbliżonych do Hotelu Gołębiewski. W których ilość i jakość gości,odbiega zupełnie od Mazur,którym miałam się okazję przyglądać z perspektywy turystki, przez kilkanaście dni sierpnia tego roku.
Mały drewniany domek w Karwicy. Własność mojej siostry ciotecznej,do której byłam zapraszana wielokrotne. Urządzony tak, że spełnia wszystkie warunki, aby spędzać w nim nie tylko ciepłe lato, ale także chłodne, jesiennie dni. Spora działka zadrzewiona starymi świerkami,sosnami i pięciodrzewiem,stanowiącym wysepkę liści wśród iglaków; której koniec stanowi struga wzdłuż niej trwa wieczna wojna:bobry vs gospodarze,
Niezbędnikiem przy kapryśnej aurze,jest świetnie zaplanowany duży taras, na którym nawet w razie deszczu, można pozostawać na świeżym powietrzu. Rankiem obserwować dzięcioła, który przylatuje na podeschnięta olchę,wiewiórki, którym ewidentnie zasmakowały rosnące tutaj w wielu miejscach, „glubki” (zwane także mirabelkami) i malutkie kowaliki,które płochliwie uciekają przy każdym gwałtowniejszym ruchu człowieka. Z tarasu doskonale można obserwować wschód słońca,nad przeciwległą do domu łąką.
W Karwicy, jak i w okolicznych wsiach,obowiązuje pruska zasada: domy gospodarzy przy drogach, ich pola w głębi wsi. Przekraczanie starych granic jest, zatem łatwe do rozpoznania:, kiedy pojawiają się pola z domami,posadowionymi w dowolnym miejscu na nich, to oznacza, ze wjechaliśmy na teren rdzennej Polski. Ta zasada jest obecnie nieco łamana w głębiach tych wsi, z powodu masowego wykupu gruntów od miejscowych, pod zabudowę „letniskową”.
Obecnie 90 do 70 to stosunek domów „najeźdźców z miasta’” do tubylców. To „miastowi” niepodzielnie dyktują rytm życia wsi,od wczesnej wiosny do późnej jesieni, z apogeum przypadającym na okres od czerwca do końca sierpnia.
Wędrówki po okolicy rozpoczęłam od wyprawy do Krzyże.3,5 Km wędrówki przez las,urozmaiconej rozmową z moimi towarzyszami,panną Paulinką( lat niespełna 9)) oraz panem Mateuszem (lat7).Oraz kuzynką. Mniej więcej kilometr za Karwicą, do naszej czwórki dołączył spory, biały pies, w porywach zbliżony do labladora.Dzieci ochrzciły go Puszkiem. Jak się okazało, pełnił od tej pory rolę naszego przewodnika.
Krótki,wymuszony deszczem odpoczynek nad bindugą Bobrową (skąd Puszek wiedział, że tam mamy zboczyć z drogi?).Dzieci jedzą kanapki, słuchając opowieści mojej i kuzynki o tym, czym były bindugi i jak spławiano w danych czasach drewno pozyskane z puszczy. Puszek otrzymuje godną zapłatę, w postaci zabranego przeze mnie nadprogramowego kotleta...Ruszamy dalej. Mija nas ciężarówka wypełniona dłużycą.
Zieleń puszczy wyraźnie już łamią odcienie żółci. Gdzieniegdzie widać zalążki czerwieni. Wrzosy tworzą liliowe dywany. Pierwsze zwiastuny nadchodzącej jesieni.
Puszek bezbłędnie wiedzie nas do wsi. Kto w tych Krzyżach nie bywał czy nie bywa: aktorzy, piosenkarze, poeci i pisarze. Ich lista wisi na tablicy, umieszczonej na pierwszym skrzyżowaniu.W zależności od stanu kasy stołują się „U Szczypiorka” bądź „U Kaczorka.” Oba mają status barów i sklepików. W menu królują ryby ,pierogi ,placki ziemniaczane, i jak na Euroland przystało, pizza z pieca. Tym razem wypadło nam na Kaczorka. Tam trzeba zjeść pizzę z pieca i placki ziemniaczane. Polegając na sugestiach kuzynki, nie zrobiliśmy błędu. Część domów w Krzyżach posiada charakterystyczne, zadaszone ganki. W niektórych domach zachowano niebieskie okiennice, dawny znak, że w domu przebywa panna wydaniu. Nie brak też posiadłości, na miarę wielkomiejską.
Przystań z jachtami , żaglówkami i wszelakiej maści sprzętem pływającym, nie odbiega jakością od światowych marin. Tylko nie można używać motorów-jezioro Nidzkie jest strefą ciszy. Miejsce urokliwe. Nic dziwnego, ze stało się letnim miejscem wypoczynku rodzimych ludzi kultury.
Wracamy do Karwicy. Mijają nas rowerzyści, których tutaj jest „zatrzęsienie”. Mirka pokazuje mi ślady działalności nowoczesnych turystów: połamane szlabany, tarasujące wjazd samochodem do lasu. I rozjeżdżone przez quady ,drogi .
Pamiętam o tym doskonale, gdy w kilka dni później ,podczas konnej jazdy Paulinki i Mateuszka przez las ,właścicielka koni mówi mi o protestach turystów, wobec takich jazd.. Podobno ślady końskich kopyt ,są utrudnieniem dla rowerzystów. Zaiste.
Ci sami turyści pewnie ,uczynili przy zejściu na cypel w Karwicy, sposobny wychodek. Miejsce śliczne, tylko aby dojść do niego, trzeba pokonać wśród krzewów malin i jeżyn, kilkadziesiąt metrów w straszliwym fetorze. Jakby nie można było mieć przy sobie saperki, żeby załatwiwszy potrzebę, jej ślady zakopać.
(Przypomniałam sobie pobyt na Wyżynie Gujańskiej, gdzie rankiem Indianie kopali w okolicznych zaroślach na skraju puszczy dołki ,pozostawiając narzędzia do ich zakopania. Tam nie śmierdziałoJ )
Wojtek, mąż kuzynki, powiedział mi pierwszego dnia, że noce są w Karwicy wyjątkowo ciemne. Rzeczywiście tak było. Ale ta głośna uwaga, przysporzyła nam mały kłopot. Otóż Mateuszek zażądał nocnego światła w pokoju. Jednak i to było mu za mało , w związku z powyższym, jego noga musiała sięgać mojej ręki. I nic by strasznego nie było, gdyby Paulinka nie potrzebowała dostępu do mojego ucha(od maleńkiego „ładuje się” muskając uszy kogoś bliskiego). Dobrze, że łóżka były ustawione w taki sposób, że przy odrobieni ekwilibrystyki i dyplomacji ze strony babci, oba wymogi były do wypełnienia .Problem znikł zupełnie, gdy dołączył do nas na ostatnich kilka dni ,dziadek.
c.d.n.
Inne tematy w dziale Rozmaitości