Takimi słowami Zbigniew Ziobro,skomentował zamknięcie dr G. Podstawą do stwierdzenia były nie dowody na korupcję czy mobbing w pracy. Za tym stwierdzeniem, stały oskarżenia rodziny zmarłego w wyniku komplikacji pooperacyjnych,pacjenta dr G.Kilka dni temu, Czarek Krysztopa, miał starcie panią Partycją Kotecką, w związku ze swoim postem o niej. Przypomniał przy tej okazji, kontrowersyjną( dla wielu) wypowiedź ministra Ziobro. A we mnie obudziły się wspomnienia. Bo dla mnie ta wypowiedź była gorzką konstatacją „medycznej” rzeczywistości. Tym bardziej dla mnie zrozumiałą, że minister stracił z powodu błędu lekarzy, swojego ojca.
Był rok 1989. Miałam sporo kłopotów zdrowotnych, związanych z chorobami kobiecymi, dlatego kolejna wizyta u ginekologa, z powodu bólu jajnika, zwiastowała konieczność zakupu antybiotyków. Rok wcześniej, miałam z powodu komplikacji, kolejną, chyba już 4 operację.
Wynik badania jednak wprawił w osłupienie zarówno lekarza, jak i mnie. Okazało się, że tym razem to nie zapalenie jajników, a po prostu jestem w ciąży. To był szok. Dwójka, mocno podrośniętych dzieci, w świadomości jednoznaczne opinie lekarzy, że o ciąży u mnie kolejnej mowy nie ma. Z powodu braku jajowodu i jajnika. Lesio czekał na mnie w samochodzie przed szpitalem. Kiedy powiedziałam mu o diagnozie, najpierw sądził, że to żart,a potem osłupiał podobnie jak lekarka i ja, przed niespełna kilkunastoma minutami.
Potem już była tylko radość. Z tego niespodziewanego daru Boga. Radość przerwana udarem mózgu u mojej mamusi i koniecznością całodobowej niemal opieki nad nią w szpitalu, a później w domu, ale radość. Niestety,stres wywołany przeżyciami związanymi z mamusią, doprowadził do kłopotów z ciśnieniem. Doszło zatrucie ciążowe. Opiekująca się mną lekarka,powiedziała krótko: musi pani być w szpitalu. Kolejny duży skok ciśnienia i trzeba będzie natychmiast przeprowadzić operację cesarskiego cięcia. Może nie być czasu na przewóz pani z domu do szpitala. Musi pani mieć salę operacyjną w pobliżu. To był ósmy miesiąc ciąży. Wysokie nadciśnienie, które utrzymywało się mimo wielu leków mających je obniżyć., powodowało bardzo mały przyrost wagi dziecka.
Trafiłam do szpitala z mocnym postanowieniem, że muszę wytrwać do 9 miesiąca. Pediatrzy pocieszali mnie, że niska waga, urodzeniowa nie jest już dramatem. Byle narządy dziecka były dostatecznie rozwinięte. 29 grudnia,późnym wieczorem,w 9 miesiącu nastąpił kolejny wzrost ciśnienia. Pielęgniarka badająca tętno dziecka, wezwała lekarza. Szefem dyżuru był doświadczony lekarz z ponad 30 letnia praktyką. Znany z uporu, apodyktyczny.To on odpowiadał za wydanie dyspozycji o operacji.
Odmówił mi możliwości wezwania mojej lekarki(była etatowym pracownikiem tego szpitala) i powiedział,ze musimy poczekać,może tętno dziecka się wyrówna,. Błagałam o operację...o ratowanie maleństwa. Wierzyłam temu, co mówiła mi moja lekarka wcześniej, że jedynym ratunkiem dla dziecka jest błyskawiczna operacja. Miałam do jej doświadczenia ogromnie zaufanie. Przyjęła szczęśliwie dwa ,skomplikowane porody moich dzieci. Dyżurny był niewzruszony...W pewnym momencie powiedział: „to dziwne, że serce jeszcze bije. Poczekamy,może urodzi samodzielnie..”
Tego koszmaru nie zapomnę nigdy. Nie wytrzymali lekarze,obecni na sali porodowej. I to oni zmusili lekarza do zmiany decyzji. Po około godzinie od wystąpienia zaburzeń rytmu, po tym, jak zażądał ode mnie publicznego oświadczenia, ze mam pełna świadomość, ze operacja w moim stanie może zagrozić mojemu życiu, wydał polecenie przewiezienia mnie na sale operacyjną. W windzie jechał z nami internista i pediatra. Ten ostatni,pocieszający mnie, że dadzą sobie rade.
Obudziłam się tuż po zabiegu, na sali operacyjnej. Słyszałam,jak lekarze walczyli o życie mojego synka. Te głosy przywróciły mi pełną świadomość. Synek żył. Więc miałam nadzieję. Ta umarła wraz z Piotrusiem, którego ochrzciła w momencie ustawania akcji malutkiego serduszka,pielęgniarka –instrumentariuszka, kilkanaście minut później.
Przez kolejne dwie godziny, lekarze ratowali mnie. Kiedy wreszcie udało się im ustabilizować ciśnienie i akcję serca przewieziono mnie na salę pooperacyjną Byłam w szoku. Wstałam z łóżka, przyciskając do świeżo zoperowanego brzucha, ciężki worek z piaskiem, który miał gwarantować obkurczanie macicy. Zażądałam do młodego lekarza papierosów,które paliłam bez skrępowania,czekając nadejścia poranku, aby móc skontaktować się z mężem. On nie wiedział, że nasze dzieciątko jest już w szpitalnej kostnicy, z gałązką, bzu,która od niego dostałam parę dni wcześniej z okazji Świat Bożego Narodzenia
Przestałam spać,mimo środków nasennych. Opuchłam, działy się z moim organizmem dziwne rzeczy. 5 stycznia,kiedy przyszli do mnie mamusia, dzieci i Leszek, ubrani odświętnie, zrozumiałam ze pogrzeb Piotrusia się odbył.
Po 12 dniach, na prośbę zaprzyjaźnionej lekarki,wypisano mnie ze szpitala do domu. Tam, objęta opieką i ciepłem moich bliskich, po raz pierwszy od wielu dni przespałam kilka godzin.
Ale kiedy wychodziłam ze szpitala,poszukałam lekarza dyżurnego z 29 grudnia i powiedziałam „pan zabił nasze dziecko. A on mi odpowiedział” Żałuje,ze nie podwiązałem pani jajowodu w trakcie operacji, bo pani może się znowu zdecydować na ciążę tak dbał o mnie..
Mogłam pójść do sądu i próbować oskarżyć lekarza, o uchylanie się od podjęcia decyzji o cesarskim cięciu,co skutkowało śmiercią naszego synka. Szpital powołałby biegłych, ja musiałabym swój koszmar przeżywać od nowa. A skutek, wobec lobby lekarskiego, był trudny do przewidzenia. Użyłam więc drogi nieformalnej. Przez kontakt z różnymi lekarzami, w tym, tymi z Izby lekarskiej, doprowadziłam do tego, że ów pan dyżurny lekarz, został poproszony o przejście na emeryturę.
To nie była chęć zemsty za moją tragedię. Zrobiłam to dlatego, żeby już nigdy żadna matka. nie straciła dziecka,z powodu tego pana...
Od tej tragedii w moim życiu nastąpiła wielka zmiana. Chęć wyrwania się z ogromnej traumy,dała asumpt, do rzucenia się w wir realizacji najbardziej szalonych pomysłów. Po to, aby zabić pracą smutek, który nie opuszczał mnie ani na chwilę. Nasz synek skończyłby w tym roku 20 lat. Nie dane nam było poznać jego uśmiechu. A niespełna 19 upłynęło, gdy jeden z moich szalonych pomysłów, zaczęłam wdrażać w życie. O tym pomyśle, zamierzam napisać bardzo wiele. Ten wpis, dał temu początek. To był najtrudniejszy do napisania z wszystkich tekstów, jakie do tej pory napisałam. Tak trudny, jak moja pierwsza wizyta na grobie syna. Ale bez niego, nie powstałyby te inne, które muszę napisać. Wiele lat minęło, zanim pogodziłam się z tą śmiercią i z pokorą mogłam ją zaakceptować :
Oto Ja posyłam anioła przed tobą, aby cię strzegł w czasie twojej drogi i doprowadził cię do miejsca, które ci wyznaczyłem .
Biblia Tysiąclecia
Wszystkich potencjalnych komentatorów proszę o odejście od jakiejkolwiek politycznej argumentacji. Z góry dziękuję.


Komentarze
Pokaż komentarze (39)