Sporo pisałam o kłamstwie w ostatnim czasie. Głównie, w aspekcie „kłamstwa z przyczyn politycznych”. Każdy z nas ma na sumieniu jakieś kłamstewka lub kłamstwa. Wielu z nas,potrafiło się boleśnie przekonać, że oprócz tego, że kłamstwa maja krótkie nóżki, to ich konsekwencje bywają naprawdę dokuczliwe. Dzisiaj jednak chce opisać historię,w której próba „tuszowania” kłamstwa,zakończyła się...Ale ab ovo.
Był piękny, listopadowy dzień w Poznaniu, Właśnie spadł pierwszy śnieg, wiec mogłam założyć nowe zupełnie kozaczki. Tego dnia, w ramach zajęć z PO(Przysposobienie Samoobronne, nie mylić!),podpułkownik o swojskim nazwisku Gałązka, postanowił zapoznać nas z materią samoobrony w terenie. Wybrał do tego siedzibę Straży Pożarnej, gdzie mieliśmy mieć zajęcia praktyczne w maskach przeciwgazowych.
Nie był to mój ulubiony przedmiot, a wizja zakładania maski na świeża fryzurkę, z uwzględnieniem pracowicie wykonanego,delikatnego makijażu”,nie nastrajała do tego pomysłu, radośnie. Podobnego zdania była,idąca razem ze mną, w kierunku remizy strażackiej, koleżanka. Po ustaleniu zbieżności poglądów,postanowiłyśmy wprowadzić w życie plan konkurencyjny, w stosunku,do zbożnych zamierzeń pana pułkownika.
Wszyscy wiedzieli wokół, ze mam nadzwyczajną zdolność do upadania na ziemię, w najmniej spodziewanych okolicznościach. Była ona,ta zdolność, przyczyną różnych zabawnych i mniej,zdarzeń w moim życiu. Na niej oparty, więc był Plan. Otóż, miałam niby upaść i, symulować skręcenie nogi,co byłoby wystarczającym powodem, abyśmy były obie zwolnienie od dokuczliwych zajęć.
Zatem „upadłam”, a koleżanka, podniosła głośne larum, ogłaszając wszystkim, że skręciłam nogę. Dla wszystkich,, jasne było, że koleżanka musi mnie odprowadzić do domu. Nie dla pana pułkownika, który jakoś był wyjątkowo podejrzliwy. Zaordynował zatem, że mam iść (jakieś 400 m) do głównego budynku Uczelni, wejść na 4 piętro i tam dać się zbadać wojskowemu felczerowi. Plan, wedle którego następne 2 godzinki miałyśmy spożytkować na plotki w kawiarni, upadł z kretesem. Na horyzoncie pojawiły się poważne problemy. Nic to, że tylko felczer miał mnie badać, Nawet baran, nie jest w stanie zauważyć śladu skręcenia na zdrowej nóżce. Odwrotu jednak nie było: utykając przez pierwszych 100 m, a potem idąc zupełnie normalnie, przemieszczałam się wraz z koleżanką do gmachu uczelni. Miny miałyśmy nietęgie. Zadarcie z pułkownikiem mogło spowodować poważne kłopoty. Należy wspomnieć, że zawalenie zaliczenia z samoobrony na studiach w tym czasie równało się z relegowaniem z uczelni! Żadnych urlopów zdrowotnych...
Trzeba było wiec uruchomić „plan awaryjny”. W drodze uzgodniłyśmy, że dla uwiarygodnienia fatalnego upadku, zanim poprosimy o wizję lokalną, kapitana-felczera- Lidka kopnie mnie lekko w nogę. Miałam tendencje do siniaków,więc byłyśmy pewne, ze przynajmniej jakieś zaczerwienienie w okolicach kostki, się pojawi. Ona wtedy poprosi kapitana na korytarz.On skręcenia nie stwierdzi, ale też nie zakwestionuje samego upadku.
Po wejściu na 4 piętro, usiadłam w wielkim holu, na ławeczce. Postanowiłam zdjąć but, aby efekt był bardziej wyraźny. Lidka kopnęła mnie nie w okolice kostki, a dokładnie w stopę. Lekko przesadziła, dlatego krzyknęłam na tyle głośno, że kapitan sam wyłonił się z sali, w której prowadził właśnie zajęcia. Nóżka ślicznie się zaróżowiła, a( szczęśliwie) felczer, nie zakwestionował miejsca tego śladu. Pierwsza część planu została zrealizowana z sukcesem. Dalej już było zdecydowanie gorzej. Oto felczer zaordynował umieszczenie mojej nogi w łupkach,zawezwał pogotowie ze szpitala Studenckiego oraz wydał polecenie zniesienia mnie rosłym adeptom Studium Wojskowego,do karetki. Plotki w kawiarni przepadły. Ba, procedura działania studenckiego szpitala, gwarantowała mi pobyt tam przynajmniej przez 2, 3 godziny. A ja byłam umówiona za 1,5 godziny z moim ukochanym! Uzgodniłyśmy z Lidką, że o sfingowaniu upadku nikomu ani mru,mru. Także Lesiowi. Wyjścia nie było. Zawieziono mnie do szpitala, Lidka przywędrowała doń na piechotę, razem z Lesiem.
W międzyczasie skierowano mnie na rtg. Teraz już nie musiałam symulować „utykania”: łupki zmuszały mnie do skakania na jednej nodze. Tuż przed samym zdjęciem, zdołałam -dzięki utracie równowagi- autentycznie wywalić się na korytarzu. Uznałam to jako zasłużoną karę i zacisnęłam zęby. Po odczekaniu jakiegoś czasu, weszłam do chirurga, który kazał położyć mi się na wysokiej kozetce. Leżałam wiec w oczekiwaniu na diagnozę. Ale lekarz do mnie nie podchodził...Zdziwiona, podniosłam głowę i zobaczyłam, że pan doktor,coś tam robi,odwrócony do mnie tyłem. Grzecznie powiedziałam, że zgodnie z jego wolą się położyłam. A on na to: wiem, ale musze przygotować pani opatrunek.Na to ja: to ja musze opatrunek mieć,ja nie mam rany? A pan doktor na to: ja przygotowuje dla pani opatrunek gipsowy. Zatkało mnie.. A dlaczego,?-wybąkałam. Bo ma pani złamanie piątek kości śródstopia.
Wtedy już poszłam na całość. Zaczęłam się śmiać jak głupia...Na wpół z własnej głupoty, na pół z determinacji Lidki, aby ukryć skutecznie wspólny przekręt...Lekarz potraktował moje turlanie się po kozetce, jako objaw szoku powypadkowego...co absolutnie nie pomogło mi w uspokojeniu się.
Doktor założył mi gips do połowy uda. Na 6 tygodni, bagatela. Zanim pojawiłam się „cała’ w wąskim korytarzyku, przed gabinetem lekarza, prze drzwi wystawiłam swoją zagipsowaną nogę. Na ten widok, oczekująca spokojnie na moje wyjście Lidka,zareagowała, w opinii wszystkich zgromadzonych, jak wariatka. Otóż, widząc moją nogę, padła na ziemię, histerycznie się śmiejąc.
Reakcja mojego Ukochanego była bardzo emocjonalna::mówiąc do mnie, moja biedulka”, równocześnie gniewnym okiem łypał na moja nieodpowiedzialna koleżankę. W końcu burknął do niej: a myślałem, ze Ty Małgosię po prostu lubisz:...
Tłumaczyłam Lidkę, że zareagowała tak, bo śmiesznie z tym gipsem wyglądałam. Teraz, tym bardziej wstydziłam się przyznać, ze nóżkę w gipsie mam,na własne życzenie. Że została złamana, aby ukryć,niewinne wydawało się, małe kłamstewko. O szczegółach Planu nr I i „awaryjnym” opowiedziałam w końcu. Na wszelki wypadek już po ślubieJ
Epilog
Absolutnie nieprzewidywalne konsekwencje tej siurpryzy: pułkownik, który wpisał Lidce nieusprawiedliwioną nieobecność na zajęciach, po uzyskaniu informacji ze szpitala studenckiego o mojej „przypadłości”,dostał upomnienie. Jako jednoznaczny powód jego problemów, zyskałam w nim śmiertelnego wroga. Oficjalnie oświadczył, ze zajęć u niego na pewno nie zaliczę. Było to równoznaczne z relegowaniem z uczelni. Jedynym ratunkiem, było uzyskanie zwolnienia z zajęć, co było niezwykle trudne, bo należało wykazać wysoki stopień inwalidztwa, lub ciężką,przewlekłą chorobę. Nie chcąc kusić losu więcej, przed Komisją stanęłam z „czystą, żywą prawdą” oraz z indeksem, na dowód dobrych wyników w nauce. Szef Komisji zlitował się nade mną. Zwolnienie otrzymałam. I mogłam w terminie i bez problemu ukończyć studia .A opisywany przypadek był na szczęście jedynym, w którym próba tuszowania kłamstwa, obróciło je w prawdę.


Komentarze
Pokaż komentarze (8)