Marysia była dzieckiem „blue baby”.( W tym czasie -lata przełomu 50/60 w Polsce, operacja zszycia przegrody międzykomorowej była zabiegiem stosunkowo rzadkim i niesłychanie skomplikowanym). Urodziła się w wielodzietnej rodzinie, na wsi. Matka zmarła, ojciec sam wychowywał trójkę ‘drobiazgu”. Mieszkał we wsi, w której nie było przystanku autobusowego, ani kolei. Z tego powodu,Marysia, kiedy stan jej zdrowia pozwalał, pomiędzy kolejnymi operacjami, opuścić szpital, trafiała na krótko do Domu Dziecka. Jednak, raz na dwa, trzy tygodnie, ojciec przyjeżdżał do Marysi i przywoził jej swojski serek albo jajka.
Marysia trafiła do sali, w której leżałam z zapaleniem mięśnia sercowego,po pierwszym rzucie choroby reumatycznej, do sopockiego szpitala reumatologicznego. Miała 5 lat, a jej głównym doświadczeniem życiowym były kolejne szpitale,leki, bez których nie mogła pokonać kilku kroków, oraz ogromna,wewnętrzna radość,która pozwalała na cieszenie się każdym drobiazgiem. Wieczorem, przed snem,Marysia klękała w łóżeczku i mówiła pacierz, którego nauczył ją ojciec. Była to modlitwa do Anioła Stróża. Ale zawsze Marysia dodawała do modlitwy własne słowa. Najczęściej dziękowała za coś miłego, co przydarzyło się jej w ciągu dnia.
Wiedzieliśmy o tym,że Marysia jest najbardziej ciężko chorym dzieckiem,w naszej sali. Jej pogoda ducha, zmieniła atmosferę w naszej sali. Było mniej płaczu, z powodu odsunięcia terminu wyjścia do domu, mniej żalu, za zbyt rzadkie wizyty (regulowane przepisami) rodziny u nas samych,. Jakby mocniej zaciskaliśmy zęby, kiedy serwowane nam bardzo bolesne zastrzyki. Jak można było się mazać, skoro Marysia wieczorem dziękowała za zastrzyk, bo „zdrówko jej przyniesie”?
Pewnego dnia,lekarz powiedział do Marysi, że będzie mogła wreszcie wstać z łóżka. Wieczorem Marysia,po „standardowym” podziękowaniu za dobre wydarzenia, rozwinęła swoją modlitwę o prośby..:”Boziu, bardzo Ciebie proszę, daj mi zupkę „midora”, żebym miała dużo siły do chodzenia i „papciuszki”, bo Tatuś nie miał pieniążków....Wiedzieliśmy wszyscy, że kiedy pojawiała się zupa pomidorowa w szpitalu, Marysia zjadała ją z apetytem.
Te prośby,dla wielu z nas, małych wtedy dzieci, były wstrząsem. Mimo różnic, warunków finansowych, w jakich byliśmy wychowywani, każde z nas miało kapcie stojące przy łóżku. Nasze marzenia, to były słodycze, książki,jakieś zabawki. I nagle znalazł się ktoś, dla którego marzeniem były prozaiczne rzeczy, których istnienia nie zauważaliśmy.
Rano poprosiłam o możliwość zadzwonienia do domu. Opowiedziałam mojej Mamusi, o modlitwie Marysi. Tego dnia,Marysia pierwsze kroki stawiała w pożyczonych od nas, lekko za dużych kapciach. Na obiad dostała wymarzoną zupę pomidorową.A następnego dnia, na jej łóżeczku leżały śliczne kapciuszki,położone tam w nocy,przez dyżurną pielęgniarkę. Tylko personel szpitala i ja wiedzieliśmy, że posłanniczką „Bozi”, spełniającą marzenia Marysi, była moja Mamusia.
Minęło blisko 50 lat od tamtej chwili. Modlitwę Marysi znają moje dzieci i moje wnuki. A kiedy wydaje mi się, że świat się przeciwko mnie sprzysiągł,po serii wielu niepowodzeń, ta modlitwa, kojąco wraca i do mnie.


Komentarze
Pokaż komentarze (15)