To już w zasadzie nie podlega żadnym wątpliwościom. Nadchodzi koniec świata. Nawet ci co nie wierzyli, wyśmiewali idee bliskiego końca naszej cywilizacji, jakby ściszyli głosy. W zakamarkach ulic coraz wyraźniej daje się słyszeć szepczący niepokój. Jakby częściej przypominamy sobie o naszych dostojnych poprzednikach – dinozaurach. Mnożymy teorie dotyczące ich wyginięcia. Czujemy się bezradni, tak jak i one były bezradne w starciu z potężną asteroidą.
Nasza pycha. Nasze graniczące z pewnością przekonanie, że jesteśmy w stanie powstrzymać każde zagrożenie. Tworzymy kilkusetmetrowe wysokościowce, ważne informacje przechowujemy w kawałkach plastiku,łączymy się bez najmniejszego problemu z drugim końcem globu. Stajemy się samozwańczymi półbogami, kiedy to w kilka godzin pokonujemy odległość dzielącą Londyn z Lublinem. Pomimo tego, wydarzenia pierwszej połowy roku 2010 przerażają nas poddając jednocześnie delikatnej fascynacji. Pytamy się znajomych „Co się tu dzieje?” z iskrą tajemniczego podniecenia w źrenicy. Widok pyłującego islandzkiego wulkanu budzi respekt, jest niecodzienny, a przy tym imponuje swoim ogromem. Katastrofa Smoleńska, przy ogromie smutku jaki dotknął wielu, była też katalizatorem chęci uczestnictwa w wydarzeniu na skalę światową. Wydarzeniu, które obok całego swego tragicznego dramatyzmu, było też niesamowite, nie z tego świata. Kiedy wydawało się że limit nieszczęść na niecałe pół roku został wyczerpany, pojawiła się wielka woda. Podobna do tej z 1997 roku, ale wtedy nie poprzedzały jej natarciu równie apokaliptyczne wydarzenia. Kiedy nasze lokalno – globalne katastrofy połączymy z trzęsieniami ziemi na Haiti, w Chinach, czy też ogromną czarną plamą rozlaną gdzieś w zatoce meksykańskiej i zmierzającej w stronę wybrzeży USA, to obraz zbliżającej się klęski staje się już nie tak stricte bajkową opowieścią, jaką był jeszcze dość niedawno.
Coraz częściej w rozmowach przy piwie dyskutujemy. Czy aby na pewno Nostradamus nie pomylił papieża z prezydentem? Czy Mickiewicz doznał olśnienia, a numer 44 jest bardziej złowrogi niż nam się wydaje? Czy obśmiana przez wielu idea globalnego ocieplenia, w rzeczywistości może mieć coś wspólnego z realnym stanem rzeczy? A może nie bez kozery Majowie zakończyli swój kalendarz w roku 2012? Może faktycznie powinniśmy, jak co poniektórzy, zamawiać już specjalne działki które przetrwają koniec świata. Może ktoś, w Stanach albo w Rosji, winien zająć się budową arki, której zadaniem będzie ocalenie chociaż części rasy ludzkiej przed zagładą. W naszą ultrapewność wdarła się chyba odrobina niepewności. Niby dla żartu, przy wypuszczaniu z ust papierosowego dymu , ale jednak myślimy o końcu naszej cywilizacji. Kochamy te spekulacje, prowadzimy je przecież od zawsze. Nie bez powodu filmy takie jak „Pojutrze”, czy „Dzień niepodległości” cieszą się niemałą popularnością. Kiedy w niepamięć poszły już konwersacje na temat pluskwy milenijnej, na tapetę brany jest zbliżający się grudzień 2012. Przed 2000 rokiem za paranoją i fascynacją stał symbol końca milenium. Dziś stoją za tym południowo amerykańskie legendy, ale także duża ilość kataklizmów w niedługim odstępie czasu. Apokaliptyczne teorie brzmią więc mniej bajkowo niż te sprzed dekady. Choć nadal trącą one opowieściami z gatunku science - fiction, to ich zwolennicy mają w ręku kilka nowych argumentów.
W trakcie pisania tego tekstu natknąłem się przypadkowo na informacje na temat asteroidy Apophis która w 2036 roku, jak twierdzą badacze NASA, może poważnie zaszkodzić naszej planecie. Dziennik.pl zadaje pytanie „Czy to początek końca naszej cywilizacji?”. Mimo że brzmi to groteskowo i nierealnie, to myślę sobie że nie chciałbym podzielić losu naszych przodków, żyjących na ostatniej prostej, w erze mezozoicznej.
Jan Staszczyk



Komentarze
Pokaż komentarze (4)