Piłkarski świat przewraca się do góry nogami. Spekulacje fachowców stały się nic nie znaczącym bełkotem. Hasło głoszące iż piłka nożna jest sportem nieprzewidywalnym, zwykle cuchnące nieprzyjemnym zapachem banału, znajduje swoje najbardziej wyraziste potwierdzenie podczas południowo afrykańskiego mundialu. W zimnym, nieraz mroźnym o tej porze roku RPA, europejskich potentatów zaskakuje nie tylko pogoda.
Na własne oczy widzimy coś w rodzaju przewrotu. O ile zespół argentyński spisuje się zgodnie oczekiwaniami (może poza nieskutecznością ich cudownego dziecka - Messiego), o tyle cała reszta drużyn o których zwykło się mówić jako o pretendentach do tytułu zaskakuje in minus. Jakiż sens ma teraz obstawianie piłkarskich rozstrzygnięć, kiedy zespół mistrzów świata (już niedługo) zdobywa jedynie punkt w spotkaniu z drużyną dobrze opłacanych bankowców z antypodów? Jakiż sens mają piłkarskie mowy mądrych głów, gdy drużyna zagrożona wizytą w obozie pracy, sprawia spore trudności „piłkarskim czarodziejom” z Brazylii? Co mamy powiedzieć my, dumni Polacy, kiedy galaktyczni Hiszpanie ,mijający jeszcze tak niedawno naszych gwiazdorów z prędkością bolidu Roberta Kubicy , przegrywają z solidną, lecz pozbawioną wyjątkowych indywidualności Szwajcarią? W jakich nastrojach są teraz zakochani w futbolu Anglicy, którym krwi napsuła przeciętna Algieria? I wreszcie, co mają powiedzieć mieszkańcy Paryża, Marsylii czy Bordeaux obserwując piłkarski i moralny upadek swoich „les bleus”.
W tych mistrzostwach nawet, mająca po dwóch potyczkach komplet punktów Holandia, wygrywa swoje mecze w sposób niepewny. Ciężko w przypadku jej obecnych poczynań chociażby odwoływać się do ideologii futbolu totalnego. Drużyny z tak zwanego czuba światowego futbolu, przekonują się iż dobre kopanie staje się coraz powszechniejsze na całym świecie. Reprezentacja USA pokazała się z dobrej strony już na mistrzostwach azjatyckich ( z turnieju wyrzucił ich zidiociały sędzia), jednak to przecież na 2010 rok Jankesi zaplanowali sobie zdobycie tytułu mistrzów świata. Nie są bez szans. Turniej w RPA może okazać się niezwykle wyrafinowanym, żołnierskim bojem, w którym każdy poniesie straty, a wygra tylko jeden. Zespoły które nie miały tu prawa zaistnieć szokują. Ani słabnący Włosi, ani przyzwoici, wydawać by się mogło zaskakująco przyzwoici Paragwajczycy nie byli w stanie odnieść zwycięstwa nad drużyną Nowej Zelandii. Ekipa Słowacji, określona po drugiej kolejce przez niektórych „speców” najbrzydziej grającą drużyną turnieju, nagle, znalazła się w 1/8 finału wuwuzelskiego czempionatu. Nawet, już tylko wspominający portugalskie lato 2004, Grecy nie byli lekkostrawnym kąskiem dla silnych „albicelestes”. Twierdzenie, że każdy może wygrać z każdym jest truizmem, lecz truizmem coraz bardziej realnym. Obserwujemy kryzys piłkarskich potęg, który ujawnił się już w 2004 roku. Teraz widzimy go dosadniej niż kiedykolwiek. Pytanie, czy jest to tendencja stała, zmierzająca do zatarcia jakichkolwiek różnic w klasach zespołów (gdzie tu miejsce dla Polski?), czy też krótkotrwała absencja największych. Warto wziąć też pod uwagę moment rozgrywania mistrzostw. Czerwiec jest miesiącem w którym to najwięksi piłkarze, największych europejskich klubów mają prawo być styrani sezonem. Tego z pewnością nie można z pełnym przekonaniem powiedzieć o agentach ubezpieczeniowych z Nowej Zelandii, czy też, będących na bakier z techniką, piłkarzach słowackich. Może więc, w celu większej miarodajności mundialowych zmagań, warto zastanowić się nad przeniesieniem turnieju na Wrzesień? Sam pomysł nie byłby może głupi, ale czy Włosi grający cztery lata temu w finale niemieckiej imprezy z Francją, nie mieli za sobą długiego i męczącego sezonu? Odpowiedź na to pytanie wydaje się być prosta. Nie płaczmy więc nad kryzysem „wielkich”. Obserwujmy z zapartym tchem rozwój i zmiany zachodzące w ogólnoświatowym organizmie futbolowym. Być może oglądamy jeden z najbardziej zaskakujących i pełnych zwrotów akcji turniejów w historii. Nawet jeśli afrykański, charakterystyczny także przez bzyczące wuwuzele, turniej wygra faworyt (Brazylia? Argentyna? Niemcy?) to i tak mieliśmy do czynienia z kilkoma wydarzeniami wartymi odnotowania. W krainie serów, oraz ojczyźnie past i makaronów coś się bowiem skończyło. Nigdy w historii mistrz i wicemistrz świata nie zakończyli swojego udziału w zmaganiach o puchar świata na fazie grupowej. Pierwszy raz ma to miejsce właśnie na tym mundialu. Na tym, ciekawym, choć nieco dziwnym mundialu.
Jan Staszczyk



Komentarze
Pokaż komentarze (2)