Po wczorajszym meczu z Wybrzeżem Kości Słoniowej przez chwilę poczułem się nieco dziwnie. I wcale nie dlatego że nasze orły uraczyły nas zwycięstwem po raz pierwszy od 259 dni. Powodem dziwnego odczucia nie było chyba też to, że gra Polaków (ta ofensywna) momentami była naprawdę przyjemna dla oka. Lekkiego dyskomfortu doznałem dopiero w trakcie oglądania pomeczowych wywiadów. I wcale nie było to spowodowane faktem iż nasz selekcjonej włada polszczyzną niewiele lepiej niż żul pod dworcem proszący o papierosa. Do tego stanu rzeczy trzeba się po prostu przyzwyczaić. Dziwnie zrobiło mi się dopiero wtedy, kiedy reprezentant Polski, zaczął odpowiadać na pytania dziennikarza płynnym francuskim.
Nie w tym rzecz, że mam coś przeciwko Ludovicowi Obraniakowi. To piłkarz kadrze przydatny, przyzwoity technicznie. Wyciągnięty jakby z innego świata niż większość polskich kopaczy. Na jego twarzy maluje się pozbawiona kompleksów mentalność zwycięzcy. Jego dobra gra może pomóc biało-czerwonym podczas polsko- ukraińskiego czempionatu. Mimo wyżej wymienionych zalet, coś mi jednak w zawodniku OSC Lille przeszkadza. A mianowicie to, że jest on w moim przekonaniu elementem pewnej, desperackiej tendencji. Nasza narodowa kadra staje się bowiem pionierem w zatrudnianiu piłkarzy którzy nie łapią się do reprezentacji państw z którymi to mają wiele więcej wspólnego niż krajem położonym nad Wisłą. Byt mieniący się dumną nazwą reprezentacji Polski, prawie 40 milionowego kraju, zmierza do tego aby Franciszek Smuda na trenerskich odprawach posługiwał się współczesną łaciną, czyli językiem angielskim (wątpliwe). Sebastian Boenisch twierdzi, że jest dumny z reprezentowania Polski, choć wiadomym jest, że gdyby seniorska kadra naszych zachodnich sąsiadów wysłała doń powołanie nie wahał by się ani chwili. Podobnie byłoby pewnie z Obraniakiem gdyby w porę zwrócił się do niego trenerski wariat Raymond Domenech. Obaj ci piłkarze reprezentowali zresztą barwy, kolejno Niemiec i Francji w reprezentacjach młodzieżowych tych krajów. Przy okazji warto wspomnieć fakt oczywisty; Obraniak i Boenisch nie są pierwszymi naturalizowanymi piłkarzami w biało-czerwonych barwach. Dawno już zapomniany Emmanuel Olisadebe, którego z Polską połączyła miłość do długonogiej blondynki Beaty i ładne występy w barwach warszawskiej Polonii, zapewnił nam przecież awans do azjatyckich mistrzostw świata. Witaliśmy go wtedy w kadrze jak zbawcę i faktycznie zbawcą się okazał. Jego przyjście wydawało się jednak elementem jednostkowym, pomysłem ciekawym ale nie wkładanym na taśmę produkcyjną w celu masowej produkcji zwycięstw naszej kadry. Kiedy słuch o Emsim zaniknął, i przebojem wdzierał się on do I ligowej drużyny ligi chińskiej, przed kolejnym ważnym turniejem spolszczyliśmy kolejnego zawodnika. Brazylijczyk Roger Guerreiro stał się Polakiem z tych samych powodów co jego nigeryjski poprzednik. Z tym jednak wyjątkiem, iż w jego przypadku nie było tak głośno na temat miłości do naszych rodzimych piękności, mówiło się tu jedynie o dobrej grze w trykotach innej stołecznej ekipy- Legii. Z tego też powodu dla Guerreiro znalazł się w zaciszach urzędów polski paszport, i Brazylijczyk mógł zadebiutować w reprezentacji 27 maja 2008 roku, tuż przed czerwcowymi mistrzostwami europy na boiskach Austrii i Szwajcarii. Na euro Roger nas jednak nie zbawił, i mimo zdobytej na stadionie Ernsta Happela ze spalonego bramki nie stał się chyba nigdy później lekiem na zło w kadrze Leo Beenhakkera. W kadrze Smudy brazylijski Dyzma jeszcze nie zadebiutował. Jego związki z Polską nieco straciły na znaczeniu gdy rozpoczął reprezentowanie barw greckiego AEK Ateny. Niestety – ani Olisadebe, ani Roger nie mogą już zmienić swoich barw narodowych, piłkarskie prawo nie pozwalałoby im teraz stać się reprezentantami Chin bądź Grecji, choć kto wie czy drużyna Hellady nie pokusiłaby się na tego, swoją drogą przeciętnego, piłkarza.Piłkarza w którego zainwestował Beenhakker,aby ponad rok później zainwestować w kolejnego i nadać status Polaka Obraniakowi. Jednak dopiero Franciszek Smuda, w obliczu rosnącego zagrożenia kompromitacją podczas Euro 2012 zdecydował się na negocjowanie występów z białym orzełkiem na piersi ze wszystkim możliwymi piłkarzami których przodkowie władali polszczyzną zdecydowanie lepiej niż część obecnych reprezentantów ( i być może niż on sam). Powodem spolonizowania Obraniaka jest fakt iż jego dziadek pochodził z Pobiedzisk koło Poznania. Babcia Daniela Perquisa (negocjacje trwają) jest Polką, natomiast mama Roberta Aqufresci uczyła się pływać żaglówkami w okolicach Giżycka. W styczniu polski paszport ma otrzymać Manuel Arboleda, środkowy obrońca Lecha Poznań który po wielu meczach wielkopolskiej drużyny nie krył szczerego przywiązania do swej kolumbijskiej ziemi ojczystej. Jeśli dołączyć do tego rozmyślania nad spolonizowaniem Thiago Cionka (Brazylijczyk, podobno ma Polskie korzenie, w canarinhos raczej nie zagra) to na Euro w pierwszej jedenastce naszej drużyny mogło by się znaleźć 6 Polaków nie mówiących po Polsku! Taką drużynę, bardziej przypominającą klub pod nazwą „Rodziny i przyjaciele Polaków” możemy mieć już za półtora roku, bo jak widać nasza desperacja sięga dalej niż jakiekolwiek poczucie normalności i przyzwoitości.
Jak już wspomniałem nie miałem nic przeciwko naturalizowaniem zawodników, kiedy zdawały się to być jedynie jednorazowe wyskoki mające na celu poprawę jakości gry. Lecz kiedy oglądam wywiad z Obraniakiem, czy Boenischem i aby moich reprezentantów zrozumieć potrzebuje tłumacza, to coś się we mnie buntuje. Na chwilę obecną, przy obecnych dążeniach trenera i związku, w kadrze na euro 2012 możemy mieć piłkarzy posługujących się 6 językami. Ze świecą szukać drugiej takiej drużyny. Owszem można utyskiwać na Niemców. Ich mieszanka narodowościowa również jest imponująca. Ale oni sobie tych piłkarzy wychowali, ci zawodnicy większość swojego życia spędzili właśnie nad Renem i w dużym stopniu czują się Niemcami. To trochę tak, jakby w reprezentacji Polski zaczęli teraz grać masowo młodzi Wietnamczycy. Tacy co to z kraju swych przodków pamiętają niewiele lub wcale, a zamiast ryżowych pól chowali się wśród swojskich pól ziemniaczanych. Ich gra dla Polski byłaby jak zupełniej naturalna. Występy Manuela Arboledy z orzełkiem na piersi już tak naturalne nie są. Uważam że przy całej mizerii naszego futbolu, powinniśmy starać się aby reprezentacja Polski nie była nią tylko z nazwy. Wolę po raz kolejny przeżywać moralnego kaca po dwóch meczach grupowych, niż cieszyć się ze sztucznie zaprogramowanych, obliczonych na potrzebę chwili zwycięstw . Nie zamazujmy obrazu polskiej piłki sztucznymi dodatkami, a przynajmniej starajmy się ograniczyć ilość tych dodatków do minimum. Pokażmy to co mamy, i starajmy się zrobić z tym najwięcej dobrego bo wtedy satysfakcja po wygranych może być jeszcze większa. Nie wierzę, że na jeden turniej nie jesteśmy w stanie tak przygotowywać naszych przeciętnych kopaczy, aby byli w stanie powalczyć z każdym. Nowa Zelandia pokazała na mundialu, że nawet amatorzy mogą wygrać z mistrzami świata.
Swoją drogą, warto zastanowić się, czemu taki Peter Schmeichel, syn Polaka i Dunki, niegdyś jeden z najlepszych bramkarzy świata, nie chciał grać nigdy dla Polski, i czemu skoro jego sentymantelny związek z naszym narodem powinien wręcz rozkwitać, wybrał on grę dla Danii.
Jan Staszczyk



Komentarze
Pokaż komentarze (3)