Nadszedł ciężki czas. Czas w którym wzrasta sprzedaż plusza koncentracja, nescafe i leków antydepresyjnych. Gdzieś poznikały te wszystkie studenckie pijane gęby (bo jak głoszą prześmieszne żarty o studentach, każdy student to potencjalny alkoholik). Rządy w miejskich klubach na chwilę przejmują licealiści i wkraczający dopiero w alkoholowo-melanżowy tryb życia odważni gimnazjaliści. Na facebooku z każdym dniem pojawia się coraz większa ilość grup uskarżających się na obecność sesji w naszym życiu. Rytualnie dołączamy do nich, tworzymy nowe. Próbujemy w jakiś sposób zaklinać ponurą styczniową rzeczywistość. A przecież jeszcze niedawno styczeń kojarzył się z krótkim mostem, łączącym dwie dwutygodniowe przerwy w edukacji.
Teraz jest inaczej. Teraz jest gorzej. Naszą uwagę od zbliżających się momentów prawdy odwraca wszystko. Nasze myśli wędrują po orbicie wszechrzeczy i złośliwie nie wpuszczają na nią zagadnień związanych z koncepcją platońskiego państwa czy kruczkami prawnymi europejskiej wspólnoty. Nasze przerwy w nauce rozciągają się do niebotycznych rozmiarów, a przecież mieliśmy tylko zejść do lodówki po kabanosa bądź jogobelle. Uciekamy przed nieuchronnością naukowej kosy. Szukamy wiarygodnych wymówek, oszukując siebie. Zresztą fakt bycia oszukiwanymi przez nas samych jest nam doskonale znany, lecz godzimy się z nim aby uniknąć bólu braku koncentracji przed chaosem kartek z notatkami. Kiedy już nad nimi zasiadamy nasze szklące się oczy domagają się snu, a mózg papierosa. Im nasza paczka jest pełniejsza, tym na większe skazujemy się zatracenie, robiąc sobie przerwy w nauce w coraz to krótszych odstępach czasowych.
Wydawałoby się, że interesującym rozwiązaniem naszego palącego problemu mogłoby być udanie się do miejsca do nauki wprost wymarzonego, do biblioteki. Istnieje jednak spore prawdopodobieństwo, że szeregi uniwersyteckich bibliotek zasila w tym czasie spora grupa ludzi, których twarze nie są nam obce. Z niektórymi widzimy się po raz pierwszy od kilku miesięcy (poprzedniej sesji?) i aż nie wypada nie zamienić słowa. Siedząc naprzeciw siebie w bibliotecznych ławach dekoncentrujemy się nawzajem strzelając do siebie głupkowatymi uśmiechami lub kręcąc głową w wyrazie dezaprobaty dla przeglądanej przez nas wiedzy spisanej. Otacza nas cały ogrom pięknych kobiet, które w zaciszu biblioteki wyglądają seksowniej niż w niejednym klubie co także ma raczej negatywny wpływ na poziom naszego skupienia (tutaj sesja zimowa przegrywa mimo wszystko z letnią). Siedząc pogrążeni w całym tym chaosie myśli, które powinny być przecież właśnie teraz poukładane równiej niż książki na bibliotecznych półkach, patrzymy co chwila na zegarek licząc minuty pozostałe do najbliższej umówionej z grupą znajomych przerwy na papieroska. Po kilku minutach czujemy, być może wytworzoną celowo przez nasze nie pomagające nam wcale mózgi, pustkę w żołądku i wygłaszamy do partnerującej nam w nauce osoby zdanie: „Muszę coś zjeść”. Zdanie to jest ukrytą propozycją, pełną nadziei zachętą. Wierzymy że w momencie wypowiedzenia tej magicznej komendy nasz naukowy partner również poczuje braki w swym układzie pokarmowym i razem udamy się na zasłużoną przerwę. Jeśli jednak tak się nie stanie i tak możemy liczyć na jego towarzystwo przy spożywaniu kawiarnianego posiłku. W ową przerwę (której proporcje wobec nauki są jak dwa do jednego) należy wliczyć oczywiście dwa papieroski (przed i po jedzeniu), podczas których można będzie rozpocząć konwersacje o trudach studenckiego życia,którą to z kolei z powodzeniem będzie można kontynuować w bibliotecznej czytelni. Gdy się już jednak w niej znajdziemy, często po nie więcej niż dwudziestu minutach uznajemy że po spożytym posiłku poziom koncentracji jest jeszcze bliższy zeru, i decydujemy się uciec z pola bitwy. Pakujemy więc tornister, przekonujemy partnera, że nauka w obecnych warunkach nie ma już sensu i opuszczamy sesyjną mekkę marnując kolejną godzinę na powrót do domu.
Ciężki jest czas. Niedostateczne pokłady mobilizacji, zamiłowanie do tytoniu i kabanosów sprawiają, że ciężko jest zamienić go nie tyle w pieniądz co w magiczną cyfrę trzy w indeksie. Szukamy wyjścia z krainy nauki i ulegamy dużo bardziej pierdołowatym pokusom. Ja sam od 13 lat edukacji nie znalazłem dobrego sposobu na osiągnięcie efektywnej metody podołania wyzwaniom tej krainy. Napisanie tego tekstu również było sposobem żeby uciec. Chociaż na chwilę.
Jan Staszczyk



Komentarze
Pokaż komentarze (3)