0 obserwujących
5 notek
1951 odsłon
  139   0

Narodowość, krzesło i przyszłość — 
czyli jak pochodzenie wpływa na siedzenie

Pewnego razu będąc w Krakowie — i nie jest to wstęp do kolejnego przewodnika po Małopolsce — przechadzałem się uliczkami, przeżywając architektoniczny klimat miasta. Kiedy głowa rozbolała mnie od zadzierania jej wysoko przy oglądaniu ceglanych fasad, przeszedłem w miejsce, gdzie wszystko dzieje się na poziomie wzroku. Znalazłem się oczywiście na Rynku pełnym turystów, na którym tętni kultura i nowoczesność. Z uwagi na moje zainteresowania psychologią i filozofią, nie umykali mojej uwadze ludzie, których często — przyznaję — obserwuję i fascynuję się wieloma aspektami ich jestestwa. Nie przechodzę obojętnie również obok rozwoju osobistego i rozpoznawania emocjonalnych ekspresji, przez co wiadomo, że nie o wyglądzie a o pewności siebie i sposobie bycia będzie mowa.
Na rzeczonym rynku oprócz Bazyliki Mariackiej i Sukiennic, kolejną atrakcją turystyczną są liczne ogródki, ustawione blisko siebie przez sąsiadujące ze sobą lokale gastronomiczne i bary. Nie jest też tajemnicą, że w sezonowych weekendach panuje w nich taki tłok, że nie sposób szukać tam wolnego miejsca bez obawy o zderzenie z kelnerami obsługującymi gości. Ostatni wspomniani pochodzą bowiem z Polski i innych części Świata, a Ci drudzy napływają do Krakowa w hurtowy sposób. Nie dziwi więc fakt, że składając gdziekolwiek swój życiorys, pracodawca kładzie solidny nacisk na znajomość języka obcego w stopniu komunikatywnym.
Zagraniczni klienci naszych barów, restauracji i hoteli, którzy przybyli oglądać nasze rodzime strony, w zamian za gościnę, przywożą nam własną kulturę, obycie i pewność siebie. Elementy te przejawiają się w tym jak rozmawiają, zaczepiają pytając o ulicę, bawią się w okolicznych klubach czy nawet — siedzą na krzesłach przy stoliku. Zakładając, że w tekście nie ma błędu, a autor nie zwariował, to ostatnie warto przybliżyć — przynajmniej w tej części.
Większości osób wydaje się, że o tej czynności wie wszystko lub całkiem sporo. Nie powinna być trudna czy skomplikowana, bo gdyby tak było, nie wykonywalibyśmy jej codziennie z taką swobodą. Siedzimy w samochodach, w pracy, w biurze i… no właśnie, tam też. Wbrew znanemu powiedzeniu kwitującemu, że każdy ma własne cztery litery, to uważamy, że w tej czynności nie różnimy się wyjątkowo od siebie. Ale teraz warto wrócić do moich oczu poszukujących społecznych sensacji.
Po kilkudziesięciu minutach spędzonych w tym tłoku, zauważyły one pewną prawidłowość, która uwidaczniała się w sposobie siedzenia przy stoliku, traktowania towarzyszy rozmowy i otaczającego miejsca. W większości rozpoznanych narodowościowo przypadków, kiedy nasi rodacy najczęściej zajmowali miejsca zataczając ramionami koło, rozmawiali twarzami do środka stolika i frontem do „swoich”, tak część obcokrajowców, przyjmowała odwrotny trend zostawiając rozmówców z tyłu, kierując spojrzenia na otwarty krajobraz przed sobą. Powodów takiego zachowania mogłoby być wiele. Sceptycy wycelują w małą grupę badawczą a inni w niską szkodliwość społeczną takiego czynu i nie będą się nad nim zastanawiać. Wybierając trzecią drogę prowadzącą do rozwiązania, odpowiedzi upatruję w różnicach kulturowych spowodowanych historią, która nie doświadczała innych negatywnie tak wiele razy.
Polska sprzed kilkudziesięciu lat, ta występująca jeszcze pod innymi nazwami oraz innym zasięgiem terytorialnym, wielokrotnie borykała się z trudnościami niespotykanymi w przeszłości innych narodów. Aby nie wybiegać nadmiernie w przeszłość, wystarczy spojrzeć na czas rozbiorów, przejść przez powstania i skończyć na PRL-u, który do dzisiaj okrywa cieniem wiele sfer naszego postrzegania rzeczywistości. Polacy wielokrotnie znajdowali się pod presją wymuszającą tworzenie kręgów zaufania, „samych swoich” czy utrzymywanie tajnych konspiracji politycznych. Grona te powstawały podczas długich rozmów przy stołach, gdzie poprzez patrzenie na siebie zamiast otaczający Świat, tworzyło się warunki do cichej współpracy oraz ograniczało możliwości dostępu osobom z zewnątrz. Jako że przy domowych stołach zmieści się mało osób, dokładnie tyle mogło znać prawdziwe powody spotkań w mrocznych czasach przeszłości.
Świat poszedł do przodu i problemy pamiętane jeszcze przez rodziców i dziadków pokolenia Y, nie dotyczą już jego większości. Nie mamy potrzeby żeby ukrywać się ze swoimi poglądami, orientacją czy narodowością. Po tamtych wydarzeniach pozostał nam jednak surowy przekaz w formie rodzicielskiej rady, by nie prać domowych brudów poza nim.
Mechanizm z krakowskiej wycieczki potwierdził się jeszcze wielokrotnie w innych miejscach, co oczywiście nadal nie tworzy go „prawdą ogólną”, ale co zaobserwowane, to się wydarzyło.
Zanim pomyślicie, że przez nadmiar wolnego czasu zajmuję się abstrakcjami, zacznę opowiadać o innym zjawisku, tym razem na zewnętrznym food court’cie przy centrum handlowym.
Jedząc obiad w takim właśnie miejscu, w pewnej chwili zauważyłem parę w kwiecie wieku, idącą w stronę parkingu. Powolnym krokiem, przesuwali się w moim kierunku wraz ze swoim nastoletnim synem, dzierżąc papierowe torby z zakupami. Kiedy stanęli, by para mogła przez kilkanaście sekund całować się przy swojej niewzruszonej tym latorośli, aż mnie zamurowało. Będąc niezwyczajny takich zachowań wśród innych ludzi, nie mogłem przestać patrzeć na to, jaka roztacza się wokół nich autentyczność. Solidne zdziwienie spowodowała też zupełnie neutralna reakcja nastolatka, który z dużym spokojem, bez zażenowania, wstydu czy chęci odstąpienia na odległość, zwyczajnie oczekiwał na koniec. W chwili gdy mijali mnie wciąż mocno się obejmując z ust mężczyzny wypadło: bella ragazza (włoski: piękna dziewczyna). Cóż, to nadal nie „prawda ogólna”, ale czy nie mamy narodowego problemu z okazywaniem emocji?
Pomocna znów może okazać się historia, w której niewiele mieliśmy miejsca na ckliwość i zarządzanie emocjami. Pomimo wielkiego bumu, który wypełnił nam ludnościowe braki po wojnie, do dzisiaj wykazujemy większe działanie w sferze zarobkowo-finansowej (nauczeni ciężkich warunków i życia z dnia na dzień) zamiast w sferze romantyczno-marzycielskiej, na co miejsce znajdują mieszkańcy krajów niedotkniętych tak mocno działaniami wojennymi czy skutkami politycznych przemian. Pomimo, że tworzenie rodzin i posiadanie dzieci są w Polsce mocnymi ścieżkami i sposobami na życie, nie zawsze znajduje się miejsce na wewnętrzne zarządzanie zasobami emocjonalnymi. Sfera ta jest bowiem kształtowana w młodym pokoleniu przez rodziców, niemających w swej młodości zbyt wiele na nią czasu, oraz przez szkołę uczącą rzeczy, z którymi nigdy w życiu więcej się nie zetkniemy. Oprócz tego, wciąż dominująco uczymy się umiejętności twardych. O miękkich większość słyszała, ale nikt chyba nie bierze na poważnie tego kompetencyjnego braku. W czasie kiedy w Stanach Zjednoczonych dominują bardziej przemyślane programy nauczania, progresywny system oceniania oraz większa przestrzeń do wyrażania poglądów, w Polsce wciąż obecne są przeładowane informacjami zajęcia z równającym w dół systemem oceniania w ramach konwencji „bezpiecznej przeciętności”. W szkolnym procesie nauczania nie uczymy się budowania pewności siebie, zarządzania konfliktami, radzenia z myślami czy zdrowego wyrażania uczuć. O tym ostatnim, agencja badawcza SW Research na zlecenie Babbel (aplikacji do nauki języków obcych), wykonała badania skupiając się na grupie kontrolnej 1095 osób ukazując, że co trzeci Polak określa obecność problemów związanych ze swobodnym okazywaniem uczuć (nawet!) najbliższemu partnerowi.
Wiedza konieczna do zmian w tych strefach życia, powiązanych bezpośrednio z tym, co robimy i tym jak postrzegamy Świat, znajduje się we własnej, emocjonalnej pracy nad sobą oraz w umiejętności porzucenia kulturowych, nieaktualnych już przywiązań i stereotypów.
Dzisiaj jednak, zamiast budować rozległe mosty, tworzymy wysokie bariery i płoty. Swoją drogą, obserwując rosnące wokół prywatnych posesji ogrodzenia, przypominające wojskowe zasieki lub chroniony teren lotniska, przychodzi do głowy kolejny argument ukazujący problem narodowego podwórka, związany z izolacją i mocną potrzebą określania tego co moje, a tego co kogoś innego.
Na sam koniec warto powiedzieć, że nie taki diabeł straszny (co nie znaczy, że zupełnie mamy o nim zapomnieć) jak go malują. Polacy dzięki swojej historii wypracowali też sporą część empatii, w której nawet jeśli pod nosem poburczą na odbieranie z ich miski, to wiedzą, że pomoc potrzebującym jest dobra i słuszna. Ilość tego zjawiska jest ogromna i mogłaby obdzielić sporą część Świata. Jako Polacy tworzymy i wysyłamy za granicę swoje nowe i pozytywne myśli w postaci bestsellerowych książek, dobrych filmów oraz rozwiązań naukowych sprawdzających się w wielu dziedzinach życia. Prywatnie uczymy się otwartości i wewnętrznego spokoju a pokazują to rozwijające się w Polsce coaching i spopularyzowanie zdrowej myśli o własnym, pewnym i świadomym Ja, wolnym od zmurszałych przekonań.

Ostatecznie chodzi też o to, jak sami czujemy się z narodowymi przyzwyczajeniami. Oprócz tego, że jesteśmy wspólnotą, istniejemy też jako autonomiczne jednostki, które powinny działać na własną rękę. Nie warto, by niemające przełożenia na obecną rzeczywistość i skopiowane pokoleniowo instynkty, hamowały naszą własną drogę rozwoju. Przecież warto zobaczyć wreszcie to, czego akurat nie ma na naszym stoliku.


Adam Kaczorowski

Lubię to! Skomentuj Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale