14 obserwujących
292 notki
401k odsłon
387 odsłon

Gómez Dávila w postmodernistycznym sosie

Wykop Skomentuj

Nie ma wątpliwości, że Nicolas Gómez Dávila to postać, która fascynuje. Dzięki mrówczej pracy Krzysztofa Urbanka coraz więcej scholiów słynnego kolumbijskiego reakcjonisty jest dostępna czytelnikowi polskiemu. Pośród książek, które w ostatnich latach poświęcono Gómezowi na omówienie zasługuje napisana w języku niemieckim książka Tilla Kinzla „Nicolás Gómez Dávila. Stronnik przegranych spraw” (Nicolás Gómez Dávila. Parteigänger verlorener Sachen. Schnellroda 2006).

Sama rekonstrukcja myśli Gómeza przez Kinzla nie budzi zastrzeżeń. To na co koniecznie trzeba tu zwrócić uwagę, to umieszczenie jego pisarstwa w pewnym kontekście, który budzi sprzeciw i zdziwienie. Historię filozofii europejskiej można podzielić na etapy, np.: myśl klasyczno-chrześcijańska, nowożytna, postmodernistyczna. Co jednak ważne, nie można przyjąć zasady klasyfikacji polegającej na tym, iż w którymś momencie jedna epoka się kończy, a druga tego samego dnia się zaczyna. Dlatego właśnie po dziś dzień występują przedstawiciele myśli klasycznej (np. E. Voegelin, L. Strauss), nowożytnej (hegliści, np. Fukuyama, Kojève), mimo że naszą epokę określa się mianem „ponowożytnej”, gdzie dominują postmoderniści. Podobnie nadejście Pozytywizmu nie oznaczało, że nagle wymarli Romantycy. Tradycje intelektualne bytują obok siebie, rozwijają się lub zmierzchają, prowadząc zacięte polemiki. Jeśli mówi się o naszej epoce, że jest postmodernistyczna, to znaczy to tylko, że nurt ten dominuje w filozofii, ale to wcale nie oznacza, że inne znikły.

Najbardziej charakterystycznym elementem pracy Tilla Kinzla jest to, że tak nie postrzega świata. Jego zdaniem w momencie w którym dana epoka się kończy, zaczyna się następna do której automatycznie zalicza się myślicieli w niej żyjących. A więc skoro dziś żyjemy w momencie przełomu między nowożytnością a ponowożytnością, to można być albo modernistą, albo postmodernistą. Tertium non datum. Czyli Gómez także musi być wpisany w ten schemat. Skoro zawzięcie krytykuje Oświecenie i racjonalizm, technikę, świat maszyn to nie może być uznany za przedstawiciela Nowożytności; czyli – zdaniem Kinzla - automatycznie musi być postmodernistą! Zabieg ten wydaje się nam nie do zaakceptowania, nie do przyjęcia. Jest to skandaliczne nadużycie, które fatalnie rzutuje na całą pracę.

Cała książka Kinzla utrzymana jest w kontekście postmodernizmu. Już we wstępie czytamy, że celem pisarstwa Gómeza jest „psychoterapia” dla „neurotyków”, którzy są zmęczeni i znużeni techniczno-racjonalistyczną cywilizacją. A więc lektura Gómeza to forma psychicznego odreagowania na nowoczesność, na stechnicyzowany świat jaką zaleca lekarz-freudysta pacjentowi w epoce schyłku Nowożytności. Autor ma wątpliwości czy Gómez jest rzeczywiście reakcyjnym pisarzem politycznym – „być może jest to reakcyjny myśliciel”, ale nie ma wątpliwości, że jest wybitnych psychoterapeutą, specjalistą od „akupunktury dla dogmatycznie ułożonych dusz”. A więc Kinzel sprowadza filozofię do terapii, psychoanalizy i innych pseudowynalazków postmodernistycznych dekonstruktorów. „Na myśl reakcyjną należy patrzeć jako na akt psychohigieny” pisze w zakończeniu książki Kinzel. Ważnym elementem tej freudystycznej interpretacji jest seksualność, która miałaby odgrywać w myśli Gómeza olbrzymie znaczenie.

W książce kilkakrotnie pojawia się sugestia, że pisarz nie był autentycznym reakcjonistą. Przeciwnie – zdaniem Autora – to tylko figura literacka: „Źródło figury literackiej reakcjonisty tkwi zarówno w egzystencjalnych, jak i estetycznych zainteresowaniach pisarza formą i językiem”. A więc znów interpretacja klasycznie postmodernistyczna, sprowadzająca głębię ludzkiej myśli do gry językowej, sekwencji znaków, które postmodernista traktuje tylko jako intelektualną zabawę. Gómez nie pisze poważnie, lecz bawi się w „Guerillero antyoświecenia” prowadzącego „myślowe wojny partyzanckie”. Dlatego jego scholia to tylko zabawa, a sam Gómez jawi się jako „najdoskonalszy reprezentant pseudo-krytycznego akompaniamentu i estetyczno-intelektualnego oflagowania świata w którym rozwija się rewolucyjny proces”. Gómez nie jest tedy żadnym reakcjonistą, gdyż nie jest możliwe aby nim być. To nieszkodliwa, choć skrajna postać prawicowego „nonkonformisty”, którego źródłem jest „refleksja estetyczna”, poczucie szpetoty charakteryzującej Nowożytność.


Gdybyśmy mieli podsumować pracę Tilla Kiznla, to trzeba powiedzieć, że gdyby wyciąć z niej fragmenty stylizujące Gómeza na postmodernistę, to byłaby to przyzwoita, choć nie wybijająca się książka. Niestety, Autor zamieścił w niej te ideologiczne wstawki, które wypaczają myśl Samotnika z Bogoty w sposób trudny do wyobrażenia, co powoduje, że tak naprawdę to nie jest książka o Gómezie. To książka o Tillu Kinzlu zamkniętego w postmodernistycznej klatce intelektualnej.

Adam Wielomski
==============
Till Kinzel: Nicolás Gómez Dávila. Parteigänger verlorener Sachen. Schnellroda 2006.
 

Wykop Skomentuj
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale