Nie jestem wrogiem akcji charytatywnych. Żadnych. Więcej, czuję się zbudowany kiedy widzę ludzką ofiarność i chęć niesienia pomocy potrzebującym; cieszę się, że ludzie gnębieni problemami codzienności nie zobojętnieli na cudze nieszczęście. I nie obchodzi mnie kto akcję organizuje, jakie są jego motywy, nie zastanawiam się czy przypadkiem pod płaszczykiem dobroczynności nie chce wypromować własnej osoby. Jednak WOŚP budzi we mnie mieszane uczucia i to wcale nie związane z osobą (kontrowersyjnego dla niektórych) Jurka Owsiaka...
Co roku w dniu finału Orkiestry widzę na ulicach oznakowanych ludzi. Papierowe serca przyklejone do kurtek i płaszczy kojarzą mi się nieodmiennie z etykietami, swoistymi „znakami jakości”, które mają odróżniać tych dobrych – którzy wrzucili przysłowiowy grosz do orkiestrowej puszki – od tych złych – skąpych, wrogich, w najlepszym wypadku nieprzyjaznych. Nakładająca się dodatkowo na to wszystko nachalna reklama (by nie rzec – propaganda) sprawia wrażenie, jakby Polska na ten jeden dzień stała się wielkim, surrealistycznym supermarketem, w którym zatarła się granica między klientem, sprzedawcą a towarem i już nie wiadomo kto płaci, kto kupuje, od kogo, za co, za ile, co, dla kogo, dlaczego... Nie tak, moim zdaniem, powinna wyglądać dobroczynność.
„Kiedy zaś ty dajesz jałmużnę, niech nie wie lewa twoja ręka co czyni prawa” (Mt 6 : 3) – te słowa Jezusa brzmią mi w uszach za każdym razem, kiedy widzę pompatyczne akcje pomocowe: bale, kwesty, koncerty – służące głównie autopromocji organizatorów. Wypada na nich bywać, pokazać się, do dobrego tonu należy wypisanie czeku na okrągłą sumkę lub przekazanie czegoś na charytatywną aukcję. A wszystko to w blasku fleszy, przed kamerami, żeby cały świat zobaczył...„Gdy więc dajesz jałmużnę, nie trąb przed sobą, jak to czynią obłudnicy w synagogach i na ulicach, aby ludzie ich chwalili. Zaprawdę powiadam wam: ci odebrali już swoją nagrodę (Mt 6 : 2)


Komentarze
Pokaż komentarze