Zaczynam odnosić wrażenie, że niezależnie od tego kto aktualnie nami rządzi najważniejszym elementem stosunków polsko-amerykańskich jest wazelina, dzięki której nie boli tak bardzo. Trzymając się dalej tej obrzydliwej analogii, można powiedzieć, że Rosjanie z reguły nie dawali nam czasu, aby ją zastosować.
W chwili obecnej znajdujemy się, wbrew geografii, dokładnie pomiędzy USA, a Rosją. Obie potęgi mają swoje strategiczne interesy w Polsce, których nie zmieni wiernopoddańcze uwielbienie Kaczyńskiego wobec Ameryki, ani szerokie uśmiechy Tuska w Moskwie. Równie mały wpływ na to będzie miała ostentacyjnie demonstrowana wrogość.
Żyjemy w kapitalizmie. Systemie gdzie nawet cnota ma swoją cenę. Tak samo jest z rurociągiem Amber i Północnym, tarczą antyrakietową i zaangażowaniem w Iraku. Poparcie lub jego brak dla każdego z tych projektów ma swoją cenę. Odnoszę jednak wrażenie, że polskie władze przeceniły te „produkty” tnąc cenę poniżej granicy opłacalność, w imię dobrych stosunków z klientami. Ale ci klienci nie znają pojęcia konsumenckiej lojalności... Znają za to pojęcie „Realpolitik”.
O tym, że Rosjanie wciąż starają się nas traktować jak swoją strefę wpływów przypominać nie trzeba. Nie wynika to z „kampanii wyborczej”, której wynik znamy z góry, a raczej mentalności ludzi, którzy tęskną za narodową dumą, którą utracili wraz z upadkiem ZSRR. Wciąż pokutującym w Rosjanach przekonaniu, że byli dla polaków „wyzwolicielami”, a nie kolejnymi oprawcami. Wniosek? Bierzmy to pod uwagę, uśmiechając się i obstając przy swoim.
Ale problemem jest Ameryka. Przedstawiciel idealizowanego przez PRLowską opozycję zachodu. Państwo, które stało się dla Polaków symbolem wolności, którą utracili wraz z wkroczeniem Rosjan. Utrudnia to najwyraźniej polskim politykom zrozumienie, że Ameryka sama z siebie nic nam nie da. Mimo sławetnego offsetu na F-16 i tego, że oddaliśmy polską krew w Iraku za darmo.
Mam w głębokim poważaniu „spłacanie naszego długu wobec wolnego świata”, gdy ów świat nie ma zamiaru opłacać się nam za Jałtę i Katyń. Pytam się, co MY z tego mamy, że Polscy żołnierze giną w Iraku? Co będziemy mieli w zamian za umieszczenie na naszym terenie tarczy, która najprawdopodobniej nie będzie w stanie chronić naszego terytorium?
Podniosą się zapewne głosy, że już sama obecność amerykańskich żołnierzy na polskim terytorium jest gwarancją bezpieczeństwa. Rozumiem. Ale zastanawia mnie jedno. Mimo że Czesi za pewne kalkulują biorąc pod uwagę te same czynniki co my, targują się. W ciągu dwóch dni przeczytałem dwie depesze. Jedna informowała o bliskim wprowadzeniu ruchu bezwizowego dla Czechów, a druga o nagłym postępie w rokowaniach na temat tarczy antyrakietowej.
Niestety, ani przez 2 lata rządów PiS, ani po wizycie Sikorskiego w USA nie usłyszałem żadnych konkretów. „Dziennik” na swoim portalu rozwodził się co prawda nad gigantycznym postępem, ale już PAP informował tylko okólnikach. Nikt nie podał konkretnych informacji. Co tarcza ma chronić, co otrzymamy za stanie się kolejnym celem na liście terrorystów i za prowokowanie rosyjskiego niedźwiedzia? Kwestia tarczy, mimo niewątpliwie innych warunków geopolitycznych podejrzanie przypomina „kryzys kubański”, ale teraz już nawet nie kwestie militarne, lecz wizerunkowe odgrywają najpoważniejszą rolę.
Daliśmy się zrobić w „bambuko” w sprawie F16 i Iraku. Nie powtarzajmy tego w sprawie tarczy antyrakietowej. Ma być? Dobrze! Ale jeśli nie będziemy się targować, to z „dobrego serca” amerykanie nic nam nie dadzą. Szczerze współczuję wszystkim którzy po konferencji Jałtańskiej i 50 latach nazywanej PRLem niewoli wierzą jeszcze w przyjaźni między narodami. Buissnes is buissnes.


Komentarze
Pokaż komentarze (24)