Dyrektorzy państwowych przedsiębiorstw, ich zastępcy, prezesi spółdzielni oraz działacze partyjni okazali się zwycięzcami w wyścigu przy podziale prywatyzacyjnego tortu. Bowiem faktyczna prywatyzacja zaczęła się w Polsce jeszcze przed 1990 rokiem.
W naszym kraju utarło się powiedzenie o tak zwanym uwłaszczeniu nomenklatury - mówi prof. Jacek Tittenbrun, poznański socjolog, który od kilkunastu lat bada prywatyzację, autor książki "Meandry polskiej prywatyzacji". - W rzeczywistości majątki przedsiębiorstw za bezcen przejmowali nie tylko członkowie ówczesnej władzy, ale także kierownicy, dyrektorzy, czy ich rodziny i znajomi. To stwarzało pole do wielu nadużyć.
Wprowadzone w 1990 roku przepisy miały taką dziką prywatyzację ucywilizować - tłumaczy prof. Jacek Tittenbrun. - W rzeczywistości jednak zwłaszcza pierwsza połowa lat 90. to niekończące się gry, układy. Kierownicy przedsiębiorstw państwowych często próbowali dogadywać się z inwestorami, zawierali z nimi zakulisowe porozumienia. A inwestorzy, zwłaszcza zagraniczni, musieli na nich polegać, bo przecież nie mieli wiedzy o lokalnym rynku.
NFI były, jak się wkrótce okazało , fiaskiem. Od początku PPP, zarządzane przez nie firmy, straciły około dwie trzecie swojej wartości, zwolniły też trzy czwarte pracowników.
Jeżeli mówić w kategoriach "wygranych na prywatyzacji" , to takimi wygranymi są pracownicy dużych firm, którym udało się skorzystać na pakietach akcji pracowniczych. Budżetówka obeszła się w całości smakiem.
Osobny rozdział w opowieści o prywatyzacji stanowi sprzedaż akcji banków, które w większości trafiły w ręce zagranicznych inwestorów.
Obok wielkich sprzedaży, o których było głośno w całej Polsce, prywatyzacja to przede wszystkim setki mniejszych zakładów, których sprzedaż w wielu przypadkach okazywała się totalnym fiaskiem i lokalnym dramatem.
Z perspektywy czasu można ocenić, że to był właśnie największy błąd prywatyzacji. Ministrowie finansów patrzyli na nią tylko z punktu widzenia sprzedawcy, który chce zarobić jak najwięcej. A częściej lepszym rozwiązaniem było wprowadzenie inwestora, który miał przede wszystkim sensowny program restrukturyzacji przedsiębiorstwa i chciał go finansować - twierdzi Wiesław Kaczmarek w wywiadzie dla money.pl
Ciekaw jestem, jak będzie wyglądała, zapowiadana na ten rok, wielka prywatyzacja, opiewająca na ponad 30 mld złotych. Przeszłość nie napawa zbytnim optymizmem.
Nie interesuje mnie , ile rząd zyska. Mnie bardziej interesuje, ile my stracimy.


Komentarze
Pokaż komentarze (30)