Widząc irracjonalną determinację Donalda Tuska do szybkiego wprowadzenia unijnej waluty, trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie, czy Premier posiada jakąkolwiek orientację w tym temacie. Pamiętamy przecież jego zdecydowane wypowiedzi w tej sprawie z początków ubiegłego roku, które wyśmiał nawet jego własny minister od „kasy”, Rostowski.
Rząd przedstawił bardzo optymistyczny plan obniżenia deficytu finansów publicznych do 3% PKB w roku 2012. Do spełnienia kryteriów z Maastricht, potrzebna będzie również niska inflacja na poziomie nie wyższym niż 1,5 % od najniższej unijnej i dług publiczny nie przekraczający 60% PKB.
Minister Finansów udowodnił już wcześniej, że darzy sympatią kreatywną księgowość, ale w przypadku wejścia do strefy euro ta metoda zawiedzie. Unia zbyt mocno sparzyła się greckimi akcesyjnymi fałszerstwami - teraz nie uwierzy nam na słowo i wszystko dokładnie sprawdzi.
Gdyby rząd wcześniej dał przykład odpowiedzialności i radzenia sobie w trudnych sprawach, można by było pomyśleć, że nierealistyczne deklaracje w drodze do euro to coś na wzór dobrowolnego związania sobie rąk w celu osiągnięcia wyższego dobra. Reguła wydatkowa byłaby wówczas takim odpowiednikiem esperalu, który wszywa sobie alkoholik. Esperal nie zapobiega w 100% sięgnięciu po kieliszek, ale narzuca pewne bolesne konsekwencje takiego czynu.
Rząd jednak nie stosuje tego typu strategii, o czym najlepiej świadczy to, że nie powiedziano, co się stanie jak się nie uda. No, może niedługo Donald Tusk powie, że zdymisjonuje ministra Grada, jeśli w 2010 nie będzie 27 miliardów przychodów z prywatyzacji, choć w świetle historii ze sprzedażą stoczni zabrzmi to jak kiepski dowcip. Ale premier lubi kiepskie dowcipy. Tak bardzo, że nawet zrezygnował z wyścigu o prezydenturę, by nam ich jeszcze trochę opowiedzieć.


Komentarze
Pokaż komentarze (11)