Byłem dzisiaj na Bitwie Warszawskiej w wersji 3D. Staram się nie czytać „profesjonalnych” recenzji przed przeczytaniem, czy też obejrzeniem czegoś, na czym mi zależy, a tak było w przypadku najnowszego filmu Hoffmana. Poczytałem sobie za to amatora Rybitzy’ego na S24, a w komentarzu napisałem, że zdam relacje z moich wrażeń.
Hoffman zraził mnie produkcją Ogniem i Mieczem, którą uznałem za ckliwy gniot w stylu Quo Vadis Kawalerowicza. Tamtej produkcji Hoffmana dałem dwie gwiazdki w moim prywatnym, subiektywnym rankingu polskich filmów, traktujących o historii naszego Narodu. Dziś zaś nobilituję Hoffmana do gwiazdek trzech i pół. To z moich ust komplement. Zapewne i „czwórka” mogła by mi przejść przez gardło. Tylko, że ja to sobie muszę jeszcze przez parę dni „przetrawić”.
Każdy z nas, tych starszych ( młodym niczego nie odmawiam, ale jednak) ma swoje wyobrażenia dotyczące owych lat po roku osiemnastym ubiegłego wieku. Tak lektury jak i materiały audio dostępne dziś w portalach takich jak youtube, publikacje prasowe, relacje naszych dziadków i babć, domowe zapiski, w jakiś tam sposób kształtowały naszą wiedzę i punkt widzenia na owe czasy, gdy Polska była łatwym kąskiem na tacy. Tak by się przynajmniej mogło wydawać.
Wojna polsko-sowiecka roku 1920 , skondensowana w tytule filmu Hoffmana do Bitwy Warszawskiej jest wg mnie pierwszym, w miarę odpowiadającym naszym oczekiwaniom , przedstawieniem dramatycznego okresu kształtowania się Państwa Polskiego.
Mam żal do Hoffmana o to, że nie wyeksponował należycie kryzysu parlamentarnego Polski w obliczu nawały sowieckiej. Z drugiej strony zaś jestem kontent z przedstawienia roli Kościoła Katolickiego w mobilizacji Narodu. Jestem też wdzięczny za to, że Hoffman pochylił się z należytą atencją nad motywacją Polaków. Jestem wdzięczny za tę nutkę nacjonalizmu, tak potrzebną nie tylko w tamtym czasie narodowego zagrożenia.
Co do szczegółów…
Marszałek Piłsudski w moich wyobrażeniach jawił się zawsze jako postać silna i zdecydowana. Czytałem Piłsudskiego, znam jego rubaszność, znam jego temperament.
Niestety, ale jak dla mnie, to Hoffman do spółki z Olbrychskim nie zdali egzaminu. Nie wystarczy kogoś fizycznie upodobnić. Należy się wysilić bardziej. Tak w kwestii ekspresji wymowy, akcentu i dykcji, jak i w formie zachowań. Naczelnik wg mnie nie był sfrustrowanym i cichym facetem jak chciałby Olbrychski. To porażka. Nie wiem, czy zamierzona.
Najlepszą kreację w filmie może zapisać na swoje konto Adam Ferency, grający Czekistę Polaka. Rola – majstersztyk.
Sama fabuła, miłosna dodajmy, banalna ja k zawsze, ale cóż tu więcej można wymyślić niż podstawianie coraz piękniejszych kobiet ?
Tu świat się wyczerpał, bynajmniej nie za sprawą samego Hoffmana. Chociaż nie do końca, bo po co Hoffman uczył obsługi CKM-u Urbańską włącznie z działaniem, gdy pas z nabojami się zatnie, jak w scenie późniejszej ona strzela z tego CKM-u. Pokazują ten pas z nabojami, który się przesuwa i aż się prosi, żeby się zaciął, a wtedy ona wykonuje trzy ruchy, których ją nauczono i staje się pełnoprawną bohaterką. To Hollywood, podstawy panie Hoffman.
Co do tego 3D. Fajnie jest jak ma się wrażenie, że razem z tą Urbańską pije się kawę przy jednym stoliku, czy też jest się w okopach z naszymi bohaterami. Fajnie, gdy sceny są statyczne. Gdy jednak chodzi już o jakąś tam dynamikę, to dominuje oczopląs i rozmazanie.
Niedługo „polecą” w 3D „Trzej Muszkieterowie” – no to ocenimy biegłość warsztatu „naszych”.
W sumie polecam. Warto pójść.


Komentarze
Pokaż komentarze (66)