Ci co mnie znają, wiedzą, że lubię podkochiwać się w śpiewających dzierlatkach. To moje prawo starego pryka !
No bo Pink jest dla mnie czymś w czym pięćdziesięciolatek „ ponad” , może spokojne się zadurzyć, bo i tak nie pojedzie na jej koncert, a co najwyżej kupi sobie DVD. To samo z paniusią Brooke Fraser. Nie dość, że ta szelma jest urocza, ma coś z Joan Birkin , to jeszcze rewelacyjnie śpiewa na dodatek ! No i ta Amy, ta zmarła Winehouse, czysta rozkosz dla duszy.
Nie za bardzo podniecają mnie cukierkowe laleczki w typie Dody, czy też filigranowej Steczkowskiej, lub też monstrualnej Kayi. To nie to. Nie to co było, a było wiele fascynujących kobiet, o których wartałoby przynajmniej wzmiankę napisać. Czasu zbyt mało, a i chęci już nie taki.
Spróbuję jednak, tylko bez kolejności rankingowej, bo sam mam w głowie mętlik. Tych kobiet było… ojojoj !
Michelle Phillips, Karol King
, nadgruba Kass Eliott,
brzydula Patty Smith
, słodka Emmylou Harris
, cycata Dolly
, no I Nico
, ta, co nie miała pojęcia o śpiewaniu, a swoje z „Lju” Redem zrobiła.
Kościasta Joan Baez, półkrwi Indianka, egzaltowana Denevue
w „Paris, Paris” .
Kobieta ma w sobie coś. To nie chodzi o urodę. Chodzi to coś, co nas mężczyzn nad wyraz intryguje.
Właśnie zabrałem się ponownie za lekturę Witkiewicza, czyli 622 upadki Bunga.
Nie wiem na ile to moje upadki ;)


Komentarze
Pokaż komentarze (18)