Autor bloga na zdjęciu z przyjaciółmi z wojska
Autor bloga na zdjęciu z przyjaciółmi z wojska
Zebe Zebe
6430
BLOG

Mój 13 grudnia: byłem dowódcą

Zebe Zebe Rozmaitości Obserwuj notkę 107

 

12 grudnia 2009 roku napisałem ponizszy tekst. Dziś, gdyż sporo "nowych" na s24, chciałbym go nieskromnie przypomnieć. Tekst uzupełniam o niepublikowane zdjęcie - pierwszy z lewej to Zebe.
 
Wojsko zabrało mnie do siebie 30 kwietnia 1981 roku, na roczny pobyt. Mijał rok od ukończenia studiów. Pozostawiłem w domu żonę z 8 miesięcznym synem,  na państwowym zasiłku.
 
Dostałem się do szkoły łączności  podchorążych rezerwy. Po trzech miesiącach, czyli po tzw. okresie unitarnym większość kolegów rozjechała się do innych jednostek w Polsce. Ja i jeszcze dwóch kolegów zostaliśmy w jednostce, w szkole podchorążych jako zastępcy dowódców plutonów. Plutonów było trzy. W dwóch dowódcami byli nasi koledzy z poprzedniego naboru, a dowódcą trzeciego był młody, świeżo upieczony podporucznik służby zawodowej. W grudniu mieliśmy przejąć dowodzenie plutonami.
 
Ta cała nasza szkoła była oczkiem w głowie Dowódcy pułku oraz cierniem w oku wyższej kadry oficerskiej jednostki. Oni nas nie lubili. Intrygi wokół szkoły, to była normalka.
Cóż z tego, jak Dowódca uważał nas za dar od Boga. Zawiść części kadry brała się stąd, że we wszystkich klasyfikacjach pułkowych nasza szkoła zajmowała pierwsze miejsca. Statystyki szły do Okręgu, podnosząc ranking jednostki. Oczywiście wyciągano nas za uszy w niektórych „konkurencjach”. Małpi Gaj był jednak nie do przejścia i tam byliśmy dopiero trzeci. Nie dało się tego nagiąć. No ale złote odznaki sprawności fizycznej miało sporo z nas.
 
To już były inne czasy. Były z nami „problemy”, bo byliśmy stanowczo upolitycznieni. Z drugiej strony dramat Dowódcy Pułku polegał na tym, że nie mógł się poskarżyć. Nie dało się nas spacyfikować przy pomocy „fali”, bo jej u nas nie było. Trudno było dyskutować i naginać Regulamin, bo byli wśród nas ludzie po prawie i zajmowali się tymi regulaminami i petycjami do Dowódcy. Mieli z tym problem, ale nie bardzo mogli się nam „odwinąć”. Szli więc na kompromis lub też próbowali się przypodobać.
 
Dowódcą szkoły był Major. Major miał 35 lat, a wyglądał na 50.  Major był alkoholikiem. Był też kłębkiem nerwów. Miał żonę, która go chętnie zdradzała z żołnierzami, których wysyłał do swojego domu, na prośbę żony, pod pretekstem wszelakich napraw. Żona też piła.
Prawą ręką Majora był Sierżant „Kurka wodna”. Był młodszy od Majora o kilka lat. Był surowy, ale też i sprawiedliwy. Nie było u nas takiego, który nie zaliczyłby powtórki z „dyżurnego”.
Trzecim był Kapitan. Kapitan od polityki. Oczytany, elokwentny i nad wyraz łagodny. Nie upierał się przy dogmatach. Zajęcia były ciekawe, bo była dyskusja bez szykan. Zniknął z naszych oczu na zawsze 13 grudnia. No i był Chorąży. Taki od spraw technicznych, któremu podlegał „Sobol”, żołnierz służby zasadniczej, który opiekował się sprzętem będącym na wyposażeniu szkoły.
 
Po 15-tej w szkole zostawaliśmy my, czyli podchorążowie rezerwy. To był czas na „bibułę”, gazety, dyskusje i „Wolną Europę „ przez nasz lokalny radiowęzeł. Schody wejściowe na piętro w którym szkoła się mieściła były zabezpieczone fotokomórką, którą tam zabudowaliśmy. Major udawał, że o tym nie wie, ale było mu to na rękę.
Każdego dnia, Major, po powrocie z odprawy u Dowódcy zwoływał odprawę dowódców plutonów i ich zastępców.
 
Och, jak on potrafił opierdalać ! Jak potrafił rzucać raportami i ołówkami o ściany ! Robił się czerwony jak burak i za każdym razem kazał nam „spierdalać” do zajęć no i żywił nadzieję, że przez resztę dnia nas nie zobaczy.
Miałem 2 godziny zajęć z kolegami każdego dnia w bloku wykładowym oraz dwa razy w tygodniu zajęcia w terenie, takie półdniowe. „Wykładałem” obronę przeciwlotniczą, o której nie miałem zielonego pojęcia. Skrypty, które miałem do pomocy były „ściśle tajne” i nie wolno ich było zabierać „na szkołę”. Skrypty te opisywały w zasadzie posługiwanie się saperką oraz rozróżnienie rodzaju chmur. Szczegóły zaś uzbrojenia samolotów  wisiały na korytarzach i były ogólnie dostępne.
 
Chwile bez „żołnierzy” trzeba było tak spędzić, aby nie być widocznym, ale w każdej chwili dostępnym.
 
 
Gdzieś na początku grudnia wprowadzono najwyższy stopień gotowości bojowej. W nocy z 12/13 zaczęto odpalać pojazdy. Wyjazd z jednostki trwał dobre 4-5 godzin, bo duża część tego szmelcu nie chciała w ogóle zapalić.
 
Wyjechała większość jednostki. Zostaliśmy my, szkoła podchorążych rezerwy. Przejęliśmy wszystkie obowiązki wartownicze oraz kuchnię.
 
Kadra zawodowa  szkoły została „spacyfikowana” w naszej siedzibie.
Oj się działo,  po 2-3 dniach puszki latały po korytarzach, a Major z kompanami, nie tylko ze szkoły, prawie nie trzezwiał. Po tygodniu mogli wrócić do domów. Gdyby nie to, to chyba Major by nie przeżył.
 
My, dowódcy na szkole, dostaliśmy „gaziki” z kierowcami do dyspozycji i jeździliśmy bez sensu po mieście w dzień i w nocy. Naoglądałem się: splunięć  pod nogi, zaciśnięte pięści, zły wzrok. Nie byłem uzbrojony. Miałem pistolet ze ślepakami. Rozmawiałem z ludzmi. Była nieufność, ale i chyba zdziwienie, gdy w rozmowach okazywało się, że też czekam na wyjście do cywila za trzy miesiące.
Była otucha i zrozumienie. Jeden człowiek przyniósł 2 butelki bimbru i prosił, żeby kolegom zawiezć, bo on też ma syna w wojsku. Przymykaliśmy oczy w nocy, jak jakieś postacie przemykały między domami. Trwało to tydzień. Tydzień spania z pistoletem pod koszulą oraz 18 godzin na dobę w butach.
 
Przyszła Wigilia Świąt. Zebraliśmy się w piątkę w naszej świetlicy na kolacji wigilijnej. Był barszcz czerwony, taki cienki i przezroczysty z ziemniakiem oraz ryba (mintaj ?) z ziemniakami i czerwonymi burakami.
Wstaliśmy i pomodliliśmy się. Zaczęliśmy śpiewać „Boże coś Polskę”…
 
W tym momencie drzwi się otworzyły i wszedł Dowódca pułku. Sam. Głos się nam załamał, ale po chwili zaczęliśmy dalej śpiewać. Skończyliśmy i nastała chwila ciszy. Odezwał się Dowódca: „chciałem wam złożyć osobiście życzenia z okazji świąt… proszę ciszej”. Odwrócił się ,wyszedł i zamknął za sobą drzwi. My staliśmy chwilę jeszcze w milczeniu…
 
Po nowym roku rozpoczęły się przesłuchania w kontrwywiadzie, ale to już wykracza poza zakres tej notki. Do cywila wyszliśmy w terminie.
Zebe
O mnie Zebe

Large Visitor Globe

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (107)

Inne tematy w dziale Rozmaitości