Przekręcam zapadkę w drzwiach w lewą stronę dwa razy. Otwieram drzwi i wychodzę na ganek. Łapię się na tym, że nie wyłączyłem automatycznej lampy. Szukam ręką po ścianie – pstryk- wyłączyłem. Patrzę w prawo- tam, gdzie słońce leniwie wstaje - mrużąc oczy i spuszczając głowę jednocześnie. Odwracam się w drugą stronę oswajając wzrok na długich cieniach rzędu tuj. Schodzę po dwóch stopniach schodów i idę w kierunku tych długich cieni. Towarzyszy mi Atos, bo on takich spacerków nie przepuszcza. Po prawej róże, taki rządek, bezlitośnie potraktowany przez zimę. Purpurowe, czerwone, żółte, różowe, białe, szkarłatne – takie były jeszcze w ubiegłym roku. Dziś zmarznięte pędy niemrawo wypuszczające pąki co na poniektórych pędach.
Hortensja, ale ta pnąca, zielona, bujna i żywa. Zalążki białych, drobnych kwiatuszków, a za nią klematis, spóźniony jak zawsze na swych zdrewniałych łodygach, wypuszczający niewiadomo dlaczego i wbrew logice, swe zmechacone listeczki. Rząd tuj, jak żołnierze w szeregu, rzucające równy, długi cień w zakątek ogrodu, a za nimi dzika róża Babci. To ta róża, którą pamiętam od dziecka. Kłuła mnie wielokrotnie, a Babcia robiła herbatkę z jej wysuszonych płatków. Suszyła te płatki na gazetach w dużym pokoju, gdzie zapach róży nadawał temu pomieszczeniu i sprzętom magiczny wymiar w lipcowo-sierpniowe upalne popołudnia.
Skręcam w lewo, rząd forsycji bujnych jak najgorszy chwast, obsypane złotem, nieposkromione, błagające o ujarzmienie. Mijam je ze świadomością zaniedbania, zaniechania powinności gospodarza, który nie potrafi od lat ich okiełznąć. One są takie żywotne…
Bez, bez szykujący się do majowej eksplozji zapachów wdarł się pomiędzy forsycje i wkomponował w ten żywioł. To dla mnie ponad siły. Ta ściana chaosu czyni mnie bezradnym. Jestem wprost na południe, w kącie ogrodu. Zawracam na wschód idąc pod światło. Najpierw rozłożysty orzech, który dopiero zacznie się budzić. Krzewy pigwowca, aronii w cieniu morwy, a potem już tylko dwa małe świerki, dwie sosny pomiędzy którymi plęgną się maliny. Mijam wiatę i patrzę na wschodni kąt ogrodu. Grusza, dwie jabłonki młode, a pomiędzy nimi porzeczki, czerwone , białe i czarne. Wracam na ganek. Wchodzę do domu, stawiam wodę na poranną kawę. Słyszę Gabrysię, która budzi się na piętrze…
Myślę o zaczarowanym wnętrzu ogrodu, którego jeszcze dziś nie zwiedziłem. To poletko mojej żony.
Kochanie, kawa gotowa !


Komentarze
Pokaż komentarze (6)